Zobaczyłam kątem oka jak młoda alfa osuwa się na podłogę. Posłałam Znachorowi zaniepokojone spojrzenie, bałam się co Lizzie mogła zobaczyć i co gorsza - czy moja wizja też zakończy
się podobnie? Zawsze bałam się przepowiedni i innych takich, więc ich unikałam jak ognia, a teraz? O bogowie, ratunku! Spojrzałam w stronę oczu swojego męża, miałam nadzieję, że on nie denerwuje się tak samo jak ja. Tak bardzo się tym przejęłam, że nawet nie zdałam sobie sprawy kiedy alfy oglądały swoje wizje, nawet nie zobaczyłam ich reakcji...
- Twoja kolei... - lis klepnął mnie w plecy nakłaniając do podejścia, moje nogi nawet nie miały siły się zaprzeć, więc już po chwili stałam koło wyroczni.
Co to za muzyka? Czekaj, muzyka... na pustyni?! Nie... To tylko ziarenka piasku o siebie uderzają. Rozejrzałam się dookoła, jedynym punktem na horyzoncie który nie był związany z tą pustką była jakaś ogromna góra. Miałam ochotę tam iść, ale... nagle po niebie zaczęły przesuwać się błyskawicznie niebieskie gwiazdy i tuż koło moich łap przemknęły trzy czy cztery skorpiony. Z ich kolców jadowych kapała trucizna, czułam, że coś dzieje się źle, wyjątkowo źle, ale wizja się nie kończyła. Z wierzchołka tamtej góry zaczął unosić się dym... Nie to nie jest dym, to tylko jakaś dziwna chmura... burzowa. Nie wiedziałam na czym się skupić: horyzont czy mordercze stworzenia? Czułam jak głowa mi powoli pęka, nad moją głową przeleciał jakiś orzeł i ze smętnym jękiem rozpłynął się w... kłębowisku czarnych obłoków. Muzyka piasków powoli nabierała siły nie pozwalając mi się skupić. W pewnym momencie poczułam jak na mój kark spadają krople deszczu i co zwróciło moją uwagę - w miejscu w którym spadały na podłoże błyskawicznie rozwijały się pęki bujnej roślinności, więc już po chwili równina zazieleniła się. Wtem mój wzrok padł na jadowite skorupiaki, nie wyglądały zbyt przyjaźnie... Przyjrzałam się im bliżej, a one... jednocześnie wbiły kolce jadowe w jedno z kwiatów, a to - obumarło.
Otworzyłam błyskawicznie oczy, może nie zasłabłam, ale poczułam jak okropny ból powoli pulsuje w mojej głowie. Znachor już poganiał następnego lisa. Co mogła oznaczać ta wizja?!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorianna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lorianna. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 lipca 2017
czwartek, 6 lipca 2017
Od Lori CD opowiadania Brooke'a
Delikatnie położyłam łapę na gęsie pióra, wydawały się idealną wyściółką legowiska noworodków. Przez myśl przeszły mi kolejne elementy posłania - mech, jakieś prześcieradło podkradzione dwunogom i... cóż, będę musiała się miejscami pożegnać z kawałkami futerka.
- Kochanie, chyba o czymś zapomnieliśmy... - w pewnym momencie przypomniałam sobie o pewnej wyjątkowo ważnej rzeczy. - Przecież nasze dzieci nie mają nawet jeszcze imion! - wskazałam na trzy puchate kulki. - Nawet się jeszcze nad nimi nie zastanawialiśmy...
Jak można popełnić taką gafę na samym początku rodzicielstwa?! Przez krótką chwilę w norce zapadła cisza, którą przerywało jedynie ciche piszczenie szczeniąt oraz lekko stłumione ptasie trele z zewnątrz. Położyłam swoje spojrzenie na młodych, jakie godności pasowałyby do nich?
- Masz jakiś pomysł? - zapytał się Brooke. - Mi przez myśl przeszło już jedno...
Uśmiechnęłam się by zachęcić mojego partnera do powiedzenia tego.
- Ashley, idealnie by pasowało do... tej! - lis pogłaskał lekko po główce szczenie znajdujące się pośrodku zwartej grupki.
- Idealne - w sumie to nie miałam pod tym względem szerszego arsenału słów. - Hmm... To może nazwiemy tą, eee... Candy? Nie... - oto jak prosto wpaść w zakłopotanie, w końcu trzeba mieć świadomość, że młode będzie przez całe życie tak nazywane ( chyba, że postanowi się inaczej przedstawiać, jak jest w przypadku Brooke'a).
- Przejdźmy od razu do samczyka - zasugerował. - Ja już mam... Valour.
- Mezzo! - dodałam, a partner pokiwał zadowolony głową. Valour Mezzo całkiem ciekawie to brzmi. Dobrze teraz została ostatnia, już miałam zamiar powiedzieć lisowi, żeby on wybrał, bo mi nic nie chodzi po głowie, ale ten spodziewając się tego co zaraz oznajmię, poinformował.
- Teraz twoja kolei...
Wiedziałam, że zamęt w mojej głowie nie pozwoli mi wymyślić niczego sensownego. Zdenerwowana przejechałam wzrokiem po półkach z książkami. Julia? Nie... Cirilla? Ładne, ale nie pasuje... Wtem przyszedł mi przez myśl tytuł pewnej książki napisanej przez pewnego nie żyjącego już człowieka, jeśli dobrze pamiętam to czytałam ją jeszcze w czasach w których żyłam razem z rodziną w szopie. W pustyni i w puszczy w tym momencie olśniło mnie.
- Nelly! - omal nie krzyknęłam.
Brooke? <3
Ciesz się, że nie pisałam tego pod napływem francuskiej weny xd
- Kochanie, chyba o czymś zapomnieliśmy... - w pewnym momencie przypomniałam sobie o pewnej wyjątkowo ważnej rzeczy. - Przecież nasze dzieci nie mają nawet jeszcze imion! - wskazałam na trzy puchate kulki. - Nawet się jeszcze nad nimi nie zastanawialiśmy...
Jak można popełnić taką gafę na samym początku rodzicielstwa?! Przez krótką chwilę w norce zapadła cisza, którą przerywało jedynie ciche piszczenie szczeniąt oraz lekko stłumione ptasie trele z zewnątrz. Położyłam swoje spojrzenie na młodych, jakie godności pasowałyby do nich?
- Masz jakiś pomysł? - zapytał się Brooke. - Mi przez myśl przeszło już jedno...
Uśmiechnęłam się by zachęcić mojego partnera do powiedzenia tego.
- Ashley, idealnie by pasowało do... tej! - lis pogłaskał lekko po główce szczenie znajdujące się pośrodku zwartej grupki.
- Idealne - w sumie to nie miałam pod tym względem szerszego arsenału słów. - Hmm... To może nazwiemy tą, eee... Candy? Nie... - oto jak prosto wpaść w zakłopotanie, w końcu trzeba mieć świadomość, że młode będzie przez całe życie tak nazywane ( chyba, że postanowi się inaczej przedstawiać, jak jest w przypadku Brooke'a).
- Przejdźmy od razu do samczyka - zasugerował. - Ja już mam... Valour.
- Mezzo! - dodałam, a partner pokiwał zadowolony głową. Valour Mezzo całkiem ciekawie to brzmi. Dobrze teraz została ostatnia, już miałam zamiar powiedzieć lisowi, żeby on wybrał, bo mi nic nie chodzi po głowie, ale ten spodziewając się tego co zaraz oznajmię, poinformował.
- Teraz twoja kolei...
Wiedziałam, że zamęt w mojej głowie nie pozwoli mi wymyślić niczego sensownego. Zdenerwowana przejechałam wzrokiem po półkach z książkami. Julia? Nie... Cirilla? Ładne, ale nie pasuje... Wtem przyszedł mi przez myśl tytuł pewnej książki napisanej przez pewnego nie żyjącego już człowieka, jeśli dobrze pamiętam to czytałam ją jeszcze w czasach w których żyłam razem z rodziną w szopie. W pustyni i w puszczy w tym momencie olśniło mnie.
- Nelly! - omal nie krzyknęłam.
Brooke? <3
Ciesz się, że nie pisałam tego pod napływem francuskiej weny xd
czwartek, 29 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Obudziło nas ciche kwilenie, przetarłam szybko oczy i spojrzałam się w stronę szczeniąt,
oto rozpoczął się mój nowy etap życia!
- Brooke, trzeba będzie ustalić jakiś plan dnia... - powiedziałam do męża, który niezbyt wiedział co w obecnej chwili zrobić z młodymi. Przez chwilę zdawało mi się, że niedosłyszał mojej wypowiedzi, więc ją oczywiście powtórzyłam.
- Dobrze, dobrze, ale czy sądzisz, że powinniśmy się zająć nimi? - tu wskazał na kwilące szczenięta.
- Kochanie, możesz coś upolować? Ja w tym czasie zajmę się młodymi... - delikatnie trąciłam nosem jedno z młodych. Byłam wyjątkowo zmęczona po wydarzeniach ostatniej nocy, ale wiedziałam, że od tego dnia nie będę mogła już się porządnie wyspać. Cóż, takie są uroki macierzyństwa. Wiedziałam, że przede mną jest droga pełna wyrzeczeń i trudności różnej barwy - trzeba będzie w końcu zapewnić porządne wychowanie, dobrych nauczycieli, bezpieczną przyszłość... A no i jedno z młodych zostanie następcą bet... Mam nadzieję, że nie będą miały przykrości z tego powodu albo presji... Moim obowiązkiem będzie też upewnienie się czy nie będą w jakimś toksycznym towarzystwie. Mój Boże! Ile zadań mnie czeka!
Podczas gdy ja rozmyślałam, Brooke wyszedł błyskawicznie z nory mrucząc pod nosem "jakieś zaklęcie na lepsze polowanie". Posłałam pełne miłości spojrzenie w stronę otworu jamki, mój partner zdecydowanie nadaje się na ojca...
Podeszłam do szczeniąt i zaczęłam się nimi zajmować, a przez myśli przechodziły mi różne pomysły na imiona, lecz żadne nie przekonywało mnie. Chyba powinnam z tym trochę poczekać...
Brooke? Przepraszam, opko wyszło okropnie...
oto rozpoczął się mój nowy etap życia!
- Brooke, trzeba będzie ustalić jakiś plan dnia... - powiedziałam do męża, który niezbyt wiedział co w obecnej chwili zrobić z młodymi. Przez chwilę zdawało mi się, że niedosłyszał mojej wypowiedzi, więc ją oczywiście powtórzyłam.
- Dobrze, dobrze, ale czy sądzisz, że powinniśmy się zająć nimi? - tu wskazał na kwilące szczenięta.
- Kochanie, możesz coś upolować? Ja w tym czasie zajmę się młodymi... - delikatnie trąciłam nosem jedno z młodych. Byłam wyjątkowo zmęczona po wydarzeniach ostatniej nocy, ale wiedziałam, że od tego dnia nie będę mogła już się porządnie wyspać. Cóż, takie są uroki macierzyństwa. Wiedziałam, że przede mną jest droga pełna wyrzeczeń i trudności różnej barwy - trzeba będzie w końcu zapewnić porządne wychowanie, dobrych nauczycieli, bezpieczną przyszłość... A no i jedno z młodych zostanie następcą bet... Mam nadzieję, że nie będą miały przykrości z tego powodu albo presji... Moim obowiązkiem będzie też upewnienie się czy nie będą w jakimś toksycznym towarzystwie. Mój Boże! Ile zadań mnie czeka!
Podczas gdy ja rozmyślałam, Brooke wyszedł błyskawicznie z nory mrucząc pod nosem "jakieś zaklęcie na lepsze polowanie". Posłałam pełne miłości spojrzenie w stronę otworu jamki, mój partner zdecydowanie nadaje się na ojca...
Podeszłam do szczeniąt i zaczęłam się nimi zajmować, a przez myśli przechodziły mi różne pomysły na imiona, lecz żadne nie przekonywało mnie. Chyba powinnam z tym trochę poczekać...
Brooke? Przepraszam, opko wyszło okropnie...
wtorek, 13 czerwca 2017
Od Lori - poród
Dziwnie się czułam, z jednej strony omal nie wybuchłam z radości, ale z drugiej złapała
mnie niepewność. Czy nadaję się na matkę? Zapewnię dzieciom bezpieczną przyszłość?
Trzeba pamiętać, że jedno ze szczeniąt zostanie betą...
Spojrzałam się w stronę wyjścia z norki, już niedługo Brooke powinien przynieść jakąś zdobycz, której zadaniem będzie nasycić mój apetyt który teraz niezwykle szybko wzrósł. To znaczy, momentami wzrasta, a chwilę później maleje, co spowodowane są regularnymi mdłościami które mnie nawiedzają. Ponoć to dobry omen dla ciężarnych, ale trzeba przyznać, że jest to męczące...
Mój brzuch zaokrąglał się dziwnie szybko...
~*~
Poczułam nagły ból w okolicach słabizny. Stęknęłam głośno, mając wrażenie, że jestem rozrywana na strzępy. Tuż obok siebie usłyszałam nerwowy głos Brooke'a.
- Lori, co się dzieje?! - prawie krzyknął mi do ucha.
- Znachor... zawołaj go! - wyszeptałam, czując, że łapie mnie skurcz, potem dotarły do mnie dźwięki jakiejś bieganiny - to mój mąż zaczął wołać lekarza, pewnie podczas tego zajęcia zbudził pół stada, ale to w tej chwili nie było ważne, najważniejszą rzeczą była czynność jakiej byłam się zmuszona poddać - rodzenie trójki szczeniąt.
Mój oddech był wyjątkowo płytki, poczułam jak ktoś wchodzi do nory.
- Pomóż mi ją przenieść...
- Czy to nie trochę daleko?
- Nie, do nory medycznej, tylko na to! - Znachor musiał ze sobą przytargać jakieś inne posłanie czy coś w tym stylu. Stęknęłam kolejny raz, bo zaczęło mi się wydawać, że między półgłosem trwa jakaś kłótnia z niewiadomego powodu, błyskawicznie w momencie w którym je wychwycili swoimi uszami poczułam jak ich wzrok wbija się we mnie.
- Spokojnie, poradzisz sobie, dobrze ci idzie... - usłyszałam głos lekarza i w tym samym momencie usłyszałam jakiś brzdęk obok siebie, chyba Brooke, się o coś potknął...
- Auć! Ale się uderzyłem, nie uwierzycie jak boli! - jęknął samiec, a ja mimo całego bólu podniosłam głowę i posłałam z lekka karcące spojrzenie skierowane w niego, kątem oka zauważyłam Znachora który zatrzymał się w półkroku słysząc tą wypowiedź. Miałam zamiar coś dodać, ale przed oczami pojawiły mi się mroczki i bezwiednie upuściłam głowę na poduszkę...
Ból zwiększał się z każdą chwilą, był nieprzerwany, ale wiedziałam, że jest jeden sposób by
go skończyć. W pewnym momencie jak ktoś wkłada mi coś do pyska.
- Zaciśnij zęby na tym powinno pomóc... - usłyszałam głos medyka, tak jak polecił, tak zrobiłam, ale niestety zaraz po tym usłyszałam trzask - na szczęście nie we mnie, tylko to pękła ta rzecz.
- Brooke, przynieś jakiś patyk, byleby był gruby!
- Gdzie ja zostawiłem jakiś środek przeciw bólowy... - mruknął do siebie Znachor, widząc ból wymalowany na moim pysku. - Harp!
Z czego co usłyszałam, do nory wbiegł znajomy ksiądzczemu ja się śmieję?! xDD .
- Naprawdę? Przecież jeszcze przedwczoraj udzielałem wam ślubu, a już dziś rodzisz?! - przez te słowa miałam zamiar trzasnąć go w pysk, ale z wiadomych powodów tego nie zrobiłam.
Znowu jęknęłam, czując jakby coś nie tylko mnie rozrywało na strzępy, ale jeszcze przy tym
paliło żywcem.
- Znachorze, nie mogę pomóc... - szepnął czarny lis. - Klemens krąży koło nory, a ja
zdecydowanie sądzę, że jeszcze nie czas u niego na praktykę... - zgodnie z tymi słowami wyszedł.
Na krótką chwilę zapanowała cisza, lecz ta zaraz została przerwana moim spazmem.
- Jeszcze trochę... - usłyszałam spokojny głos lekarza.
- Już jestem, już jestem! - niespodziewanie do pomieszczenia wpadł Brooke, ale jego zapał
szybko zgasł.
- Mi chodziło o patyk, a nie o pień!
- Co za różnica?! - mruknął mój mąż, odkładając jakiś pokaźny kawał drewna, a Znachor puknął się w czoło.Taki bardziej facepalm...
Westchnęłam cicho, nie da się już rodzić w spokoju!
- Ej... - zaczęłam, mimo tego, że ból prawie mnie rozsadzał. Samce nadal się kłócili...
- ... to się nie nadaje! ...
- Ejj... - powtórzyłam próbę zwrócenia na siebie uwagi.
- ... ale przecież sam mówiłeś...
Przyznam, że rzadko czuję uczucie kiedy złość zaczyna wręcz we mnie kołatać.
- EJ! Do jasnej cholery! - krzyknęłam, a lisy odskoczyły jak oparzone.
- Nie przy dzieciach!... - Brooke i Znachor zaczęli przekrzykiwać się w sprawie przekleństw.
~*~
- Raz, dwa, trzy... - wszystkie. - To wy już sobie poradzicie... - usłyszałam jak Znachor wychodzi
z norki, ale przyznam, że niezbyt to mnie interesowało - oto miałam przed sobą moje szczenięta.
Brooke?
mnie niepewność. Czy nadaję się na matkę? Zapewnię dzieciom bezpieczną przyszłość?
Trzeba pamiętać, że jedno ze szczeniąt zostanie betą...
Spojrzałam się w stronę wyjścia z norki, już niedługo Brooke powinien przynieść jakąś zdobycz, której zadaniem będzie nasycić mój apetyt który teraz niezwykle szybko wzrósł. To znaczy, momentami wzrasta, a chwilę później maleje, co spowodowane są regularnymi mdłościami które mnie nawiedzają. Ponoć to dobry omen dla ciężarnych, ale trzeba przyznać, że jest to męczące...
Mój brzuch zaokrąglał się dziwnie szybko...
~*~
Poczułam nagły ból w okolicach słabizny. Stęknęłam głośno, mając wrażenie, że jestem rozrywana na strzępy. Tuż obok siebie usłyszałam nerwowy głos Brooke'a.
- Lori, co się dzieje?! - prawie krzyknął mi do ucha.
- Znachor... zawołaj go! - wyszeptałam, czując, że łapie mnie skurcz, potem dotarły do mnie dźwięki jakiejś bieganiny - to mój mąż zaczął wołać lekarza, pewnie podczas tego zajęcia zbudził pół stada, ale to w tej chwili nie było ważne, najważniejszą rzeczą była czynność jakiej byłam się zmuszona poddać - rodzenie trójki szczeniąt.
Mój oddech był wyjątkowo płytki, poczułam jak ktoś wchodzi do nory.
- Pomóż mi ją przenieść...
- Czy to nie trochę daleko?
- Nie, do nory medycznej, tylko na to! - Znachor musiał ze sobą przytargać jakieś inne posłanie czy coś w tym stylu. Stęknęłam kolejny raz, bo zaczęło mi się wydawać, że między półgłosem trwa jakaś kłótnia z niewiadomego powodu, błyskawicznie w momencie w którym je wychwycili swoimi uszami poczułam jak ich wzrok wbija się we mnie.
- Spokojnie, poradzisz sobie, dobrze ci idzie... - usłyszałam głos lekarza i w tym samym momencie usłyszałam jakiś brzdęk obok siebie, chyba Brooke, się o coś potknął...
- Auć! Ale się uderzyłem, nie uwierzycie jak boli! - jęknął samiec, a ja mimo całego bólu podniosłam głowę i posłałam z lekka karcące spojrzenie skierowane w niego, kątem oka zauważyłam Znachora który zatrzymał się w półkroku słysząc tą wypowiedź. Miałam zamiar coś dodać, ale przed oczami pojawiły mi się mroczki i bezwiednie upuściłam głowę na poduszkę...
Ból zwiększał się z każdą chwilą, był nieprzerwany, ale wiedziałam, że jest jeden sposób by
go skończyć. W pewnym momencie jak ktoś wkłada mi coś do pyska.
- Zaciśnij zęby na tym powinno pomóc... - usłyszałam głos medyka, tak jak polecił, tak zrobiłam, ale niestety zaraz po tym usłyszałam trzask - na szczęście nie we mnie, tylko to pękła ta rzecz.
- Brooke, przynieś jakiś patyk, byleby był gruby!
- Gdzie ja zostawiłem jakiś środek przeciw bólowy... - mruknął do siebie Znachor, widząc ból wymalowany na moim pysku. - Harp!
Z czego co usłyszałam, do nory wbiegł znajomy ksiądz
- Naprawdę? Przecież jeszcze przedwczoraj udzielałem wam ślubu, a już dziś rodzisz?! - przez te słowa miałam zamiar trzasnąć go w pysk, ale z wiadomych powodów tego nie zrobiłam.
Znowu jęknęłam, czując jakby coś nie tylko mnie rozrywało na strzępy, ale jeszcze przy tym
paliło żywcem.
- Znachorze, nie mogę pomóc... - szepnął czarny lis. - Klemens krąży koło nory, a ja
zdecydowanie sądzę, że jeszcze nie czas u niego na praktykę... - zgodnie z tymi słowami wyszedł.
Na krótką chwilę zapanowała cisza, lecz ta zaraz została przerwana moim spazmem.
- Jeszcze trochę... - usłyszałam spokojny głos lekarza.
- Już jestem, już jestem! - niespodziewanie do pomieszczenia wpadł Brooke, ale jego zapał
szybko zgasł.
- Mi chodziło o patyk, a nie o pień!
- Co za różnica?! - mruknął mój mąż, odkładając jakiś pokaźny kawał drewna, a Znachor puknął się w czoło.
Westchnęłam cicho, nie da się już rodzić w spokoju!
- Ej... - zaczęłam, mimo tego, że ból prawie mnie rozsadzał. Samce nadal się kłócili...
- ... to się nie nadaje! ...
- Ejj... - powtórzyłam próbę zwrócenia na siebie uwagi.
- ... ale przecież sam mówiłeś...
Przyznam, że rzadko czuję uczucie kiedy złość zaczyna wręcz we mnie kołatać.
- EJ! Do jasnej cholery! - krzyknęłam, a lisy odskoczyły jak oparzone.
- Nie przy dzieciach!... - Brooke i Znachor zaczęli przekrzykiwać się w sprawie przekleństw.
~*~
- Raz, dwa, trzy... - wszystkie. - To wy już sobie poradzicie... - usłyszałam jak Znachor wychodzi
z norki, ale przyznam, że niezbyt to mnie interesowało - oto miałam przed sobą moje szczenięta.
Brooke?
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Ciąża!
Lori jest w ciąży z Brooke!
Matka: Lorianna
Ojciec: Brooke
Liczba szczeniąt: 3 ( 2 lisiczki i 1 lisek)
Rasa szczeniąt: lis rudy
Data narodzin: 13.06.2017
Lekarz prowadzący: Harpagon
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Promienie słoneczne zaczęły nacierać na moje biedne zamknięte oczka, w naturalnym odruchu machnęłam łapą jakby światło było natrętnym komarem, lecz oczywiście ten gest nie przeszkodził
w odgonieniu blasku.
- Sun, wygrałaś, już wstaję... - mruknęłam cicho, jednocześnie przeciągając się. Mój mąż jeszcze odsypiał wczorajszą szaloną noc, a ja uśmiechnęłam się lekko. Nie miałam zamiaru go budzić,
ale w końcu becie nie wypada późno wstawać... Do mojej pustej głowy przyszedł wielkimi krokami pewien pomysł na obudzenie mojego partnera - oblanie go zimną wodą z jeziora.
Wyszłam spokojnie z norki i złapałam za stojące obok wiaderko, myśl o 'niespodziance' jaką zrobię Brooke motywowała mnie, więc nie powstrzymało mnie burczenie w żołądku który najwyraźniej zapomniał o wczorajszej kolacji.
Korzystając z tego, że nikt mnie nie obserwował nabrałam trochę wody do wiadra, oczywiście ta czynność nie odbyła się bez wpadek. Po krótkiej chwili cała przemoczona złapałam rączkę prawie, że pustego 'naczynia'. Na nieszczęście właśnie w tym momencie usłyszałam jak samiec wychodzi moim śladem z legowiska, jego krok był jeszcze dosyć niepewny, ale widać było, że lis chyba domyślił się mojego planu.
- Witaj kochanie! - przywitałam się doskakując do Brooke'a.
- Dobry dzionek! - poczułam jak mój mąż delikatnie opiera o mnie głowę, ale czując, że mam mokre futro błyskawicznie ją odsunął.
- Chyba jest jakiś minus mieszkania przy jeziorze, teraz pewnie co ranek będziesz do niego wskakiwała, a potem nie ostrzegała, że jesteś mokra... - uśmiechnął się, ale widać było, że był chyba jeszcze zbyt zmęczony by wyjść z ciepłego legowiska.
- To ja coś upoluję na śniadanie... - powiedziałam tonem który nie znosił sprzeciwu, Brooke otworzył pyszczek by zaprzeczyć, ale zanim cokolwiek dodał, zdał sobie sprawę z brzmienia
mego głosu. Dałam długiego susa w pobliskie krzaki, próbując wywęszyć jakąś zwierzynę, ale to chyba nie było wykonalne - do moich nozdrzy dochodził jedynie słodki zapach pobliskich kwiatów. Muszę przyznać, że było w nim coś hipnotyzującego, więc mimowolnie porzuciłam zamiar zaatakowania jakiegoś niespodziewającego się niczego szaraczka na rzecz skoczenia pomiędzy wspaniałe rośliny. Jak pomyślałam tak zrobiłam, więc już po chwili tarzałam się w białych płatkach.
Musiałam stracić poczucie czasu, ponieważ w pewnym momencie w którym trzymałam jeden
z kwiatków wyjątkowo blisko swojego pyszczka, usłyszałam głos mojego już wypoczętego partnera. Poczułam się jakbym była obudzona z jakiegoś transu, co za skutkowało... przypadkowym połknięciem rośliny.
Brooke?
niedziela, 11 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a +ślub
Byłam taka radosna! Aż trudno było uwierzyć, że w tej chwili ktoś na świecie może się smucić lub nie czuć tego pozytywnego nastroju którym wręcz emanowałam. W końcu dzień ślubu jest ponoć najszczęśliwszym dniem w życiu!
- Wszystko dopięte na ostatni guzik! - uśmiechnęłam się, rzucając ciepłe spojrzenie
w stronę Brooke'a. Czułam, że ze swojej radości mogłabym wręcz latać nad kłębiastymi chmurami!
- A jakie mamy plany na przyszłość? - zapytał się samiec równie szczęśliwy.
- Hmm... Na razie skupmy się na tym co jest obecnie! - odpowiedziałam, wiedząc, że rozmyślanie nad przyszłością w takim momencie nie jest wskazane.
Po kilku minutach rozdzieliliśmy się, Brooke miał być już przed improwizowanym 'ołtarzem', a ja według zwyczaju powinnam dopiero podczas uroczystości tam dojść.
- Według zwyczaju powinnam mieć na sobie - przypomniała mi się pewna zasada. - coś starego,
coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego... - ku mojemu zadowoleniu miałam na sobie wszystkie wskazane elementy. Podczas tego zajęcia, udało się mi dojść do Pelikara który zgodził się się odprowadzić do 'ołtarza'.
- Witam szanowną damę! - ukłonił się lekko na mój widok i jakby czekając na ten moment usłyszałam dzwony, to znaczy z ludzkiego radia które posiadał jakiś członek sfory.
Ceremonia się zaczęła.
- To idziemy! - powiedziałam do siebie. Prowizoryczne drzwi otworzyły się i do moich uszu dotarła znana melodia, charakterystyczna dla ślubu. Przeszliśmy przez próg i ruszyliśmy po zielonym dywanie z miękkiej trawy. Rozejrzałam się, goście patrzyli się na mnie uśmiechnięci, a ja poczułam jak robi się mi ciepło na sercu. Pomiędzy nieznanymi mi członkami stada przewijały się znane pyski, w pewnym momencie poczułam jak powoli opadają na mnie płatki kwiatów, pewnie tych samych które widziały jak Brooke mi się oświadcza... Pomyśleć, że jeszcze niedawno nie zdawaliśmy sobie sprawy o istnieniu przyszłej drugiej połówki! A kiedyś myślałam, że nigdy nie poczuję tej sławnej miłości na sobie...
Powoli i dostojnie podeszłam z Pelikarem w stronę podwyższenia, ten ważny moment się zbliżał... Poczułam przyjemny dreszczyk na plecach...
Brooke podszedł w stronę schodka i lekko ukłonił się, a czarny lis skinął głową z zakłopotaniem. Nabrałam powietrza i postawiłam swoje łapki w wyznaczonym miejscu, już znajdowałam się na platformie z wielkiego płaskiego głazu. Mogłam z niego dokładniej się przyjrzeć całej 'sali',
która była praktycznie cała (łącznie z gośćmi) pokryta kwiatami i ich płatkami. Wszędzie unosił się piękny zapach róży, jaśminu i kilku innych przyjemnie pachnących roślin. Uśmiechnęłam się już kolejny raz tego wspaniałego dnia i odwróciłam głowę w stronę równolegle stojącego Brooke'a.
Harp najwyraźniej pierwszy raz udzielał ślubu, więc po prostu czytał wszystko co normalnie powinno być wyrecytowane z pamięci. W sumie to nawet nie jestem pewna o co chodziło,
ponieważ wpatrywałam się w błyszczące maślane oczy mojego partnera i można powiedzieć,
że zapadłam w coś w rodzaju transu, po chwili jednak obudziły mnie słowa:
- Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
- Chcemy. - odpowiedzieliśmy zgodnie.
- Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?
- Chcemy.
Odetchnęłam z ulgą, nie popełniłam na razie żadnej gafy, teraz najtrudniejsze zadanie...
- A teraz poznajmy treść przysiąg małżeńskich! - powiedział Harp, na chwile nie patrząc do tekstu.
- Ja Brooke, biorę ciebie Lorianno za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nigdy cię nie opuszczę aż do śmierci.
Po chwili powtórzyłam te słowa ( oczywiście zamieniając imiona) i poczułam, że już chyba nic nie powinno pójść źle. Usłyszałam jak ktoś przynosi pudełko w którym znajdowały się obróżki.
Moje serce zdecydowanie mocniej zabiło, związek małżeński wystarczyło jeszcze tylko zapieczętować.
- Więc zgadzacie się zostać mężem i żoną? - wyczułam jak spojrzenia wszystkich obecnych wręcz świdrują nas z niecierpliwości.
- Tak! - prawie krzyknęliśmy. Włożyłam obróżkę na szyję i posłałam piękny promienny uśmiech
w stronę mojego męża.
- Możesz pocałować swoją żonę. - rzekł Harpagon do Brooke'a, nie musiałam długo czekać by nie poczuć jak nasze pyszczki się łączą. Po sali przebiegły gromkie wiwaty.
*
Wszyscy spojrzeli się na nas zdziwieni, cóż w końcu nikt oprócz nas nie wiedział o ścieżce śmierci
i o tańcu którego byliśmy zmuszeni się nauczyć. Jeszcze niedawno konieczność - dziś przyjemność, tak chodzi tutaj o walc... W sumie to śmiesznie było patrzeć na zdziwione miny gości,
kiedy zobaczyli jak podnosimy się na tylne łapy i przy taktach wybranej przez nas nuty zaczynamy lekko sunąć po przygotowanym specjalnie parkiecie. Po chwili zdumienie wymalowane na pyskach lisów ochłonęło i ustąpiło miejsca podziwowi, ten czy tamten zaprosił swoją partnerkę do tańca
i spróbował naśladować nasze ruchy.
Odstaw, dostaw, odstaw, dostaw. Raz, dwa, trzy. I od początku.
- Brooke, kocham cię, wiesz? - zadałam retoryczne pytanie i spojrzałam się w oczy partnera,
w których jak w lustrze odbijała się szczera miłość.
- Ja ciebie bardziej... - mruknął mi do ucha.
- Nie, ja ciebie bardziej! - udałam lekko obrażoną.
- Wiesz co to oznacza? - samiec zrobił tajemniczą minę, a przytaknęłam by mówił dalej. - Ktoś z nas jest kłamcą! - rzucił żartobliwym tonem. Zaśmiałam się cicho i przystanęłam obok bufetu, który miał iście szeroką gamę smaków: od słodkowodnej ryby, przez sarnę, do owoców leśnych i wiele więcej smakowitych kąsków które były niebem dla podniebienia. Wiedziałam, że przydałoby się posłać pozdrowienia gościom którzy postanowili przynieść swoje jedzenie na wesele. Dyskretnie zabrałam
z misy trochę soczystego mięsa szaraka i korzystając z tego, że cała uwaga skupiła się na moim partnerze który był zmuszony jakoś tłumaczyć kroki do tańca, wepchnęłam jedzenie do pyszczka,
cóż panna młoda też bywa na weselach głodna!
Brooke? <3 Pobiłam!
- Wszystko dopięte na ostatni guzik! - uśmiechnęłam się, rzucając ciepłe spojrzenie
w stronę Brooke'a. Czułam, że ze swojej radości mogłabym wręcz latać nad kłębiastymi chmurami!
- A jakie mamy plany na przyszłość? - zapytał się samiec równie szczęśliwy.
- Hmm... Na razie skupmy się na tym co jest obecnie! - odpowiedziałam, wiedząc, że rozmyślanie nad przyszłością w takim momencie nie jest wskazane.
Po kilku minutach rozdzieliliśmy się, Brooke miał być już przed improwizowanym 'ołtarzem', a ja według zwyczaju powinnam dopiero podczas uroczystości tam dojść.
- Według zwyczaju powinnam mieć na sobie - przypomniała mi się pewna zasada. - coś starego,
coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego... - ku mojemu zadowoleniu miałam na sobie wszystkie wskazane elementy. Podczas tego zajęcia, udało się mi dojść do Pelikara który zgodził się się odprowadzić do 'ołtarza'.
- Witam szanowną damę! - ukłonił się lekko na mój widok i jakby czekając na ten moment usłyszałam dzwony, to znaczy z ludzkiego radia które posiadał jakiś członek sfory.
Ceremonia się zaczęła.
- To idziemy! - powiedziałam do siebie. Prowizoryczne drzwi otworzyły się i do moich uszu dotarła znana melodia, charakterystyczna dla ślubu. Przeszliśmy przez próg i ruszyliśmy po zielonym dywanie z miękkiej trawy. Rozejrzałam się, goście patrzyli się na mnie uśmiechnięci, a ja poczułam jak robi się mi ciepło na sercu. Pomiędzy nieznanymi mi członkami stada przewijały się znane pyski, w pewnym momencie poczułam jak powoli opadają na mnie płatki kwiatów, pewnie tych samych które widziały jak Brooke mi się oświadcza... Pomyśleć, że jeszcze niedawno nie zdawaliśmy sobie sprawy o istnieniu przyszłej drugiej połówki! A kiedyś myślałam, że nigdy nie poczuję tej sławnej miłości na sobie...
Powoli i dostojnie podeszłam z Pelikarem w stronę podwyższenia, ten ważny moment się zbliżał... Poczułam przyjemny dreszczyk na plecach...
Brooke podszedł w stronę schodka i lekko ukłonił się, a czarny lis skinął głową z zakłopotaniem. Nabrałam powietrza i postawiłam swoje łapki w wyznaczonym miejscu, już znajdowałam się na platformie z wielkiego płaskiego głazu. Mogłam z niego dokładniej się przyjrzeć całej 'sali',
która była praktycznie cała (łącznie z gośćmi) pokryta kwiatami i ich płatkami. Wszędzie unosił się piękny zapach róży, jaśminu i kilku innych przyjemnie pachnących roślin. Uśmiechnęłam się już kolejny raz tego wspaniałego dnia i odwróciłam głowę w stronę równolegle stojącego Brooke'a.
Harp najwyraźniej pierwszy raz udzielał ślubu, więc po prostu czytał wszystko co normalnie powinno być wyrecytowane z pamięci. W sumie to nawet nie jestem pewna o co chodziło,
ponieważ wpatrywałam się w błyszczące maślane oczy mojego partnera i można powiedzieć,
że zapadłam w coś w rodzaju transu, po chwili jednak obudziły mnie słowa:
- Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
- Chcemy. - odpowiedzieliśmy zgodnie.
- Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?
- Chcemy.
Odetchnęłam z ulgą, nie popełniłam na razie żadnej gafy, teraz najtrudniejsze zadanie...
- A teraz poznajmy treść przysiąg małżeńskich! - powiedział Harp, na chwile nie patrząc do tekstu.
- Ja Brooke, biorę ciebie Lorianno za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nigdy cię nie opuszczę aż do śmierci.
Po chwili powtórzyłam te słowa ( oczywiście zamieniając imiona) i poczułam, że już chyba nic nie powinno pójść źle. Usłyszałam jak ktoś przynosi pudełko w którym znajdowały się obróżki.
Moje serce zdecydowanie mocniej zabiło, związek małżeński wystarczyło jeszcze tylko zapieczętować.
- Więc zgadzacie się zostać mężem i żoną? - wyczułam jak spojrzenia wszystkich obecnych wręcz świdrują nas z niecierpliwości.
- Tak! - prawie krzyknęliśmy. Włożyłam obróżkę na szyję i posłałam piękny promienny uśmiech
w stronę mojego męża.
- Możesz pocałować swoją żonę. - rzekł Harpagon do Brooke'a, nie musiałam długo czekać by nie poczuć jak nasze pyszczki się łączą. Po sali przebiegły gromkie wiwaty.
*
Wszyscy spojrzeli się na nas zdziwieni, cóż w końcu nikt oprócz nas nie wiedział o ścieżce śmierci
i o tańcu którego byliśmy zmuszeni się nauczyć. Jeszcze niedawno konieczność - dziś przyjemność, tak chodzi tutaj o walc... W sumie to śmiesznie było patrzeć na zdziwione miny gości,
kiedy zobaczyli jak podnosimy się na tylne łapy i przy taktach wybranej przez nas nuty zaczynamy lekko sunąć po przygotowanym specjalnie parkiecie. Po chwili zdumienie wymalowane na pyskach lisów ochłonęło i ustąpiło miejsca podziwowi, ten czy tamten zaprosił swoją partnerkę do tańca
i spróbował naśladować nasze ruchy.
Odstaw, dostaw, odstaw, dostaw. Raz, dwa, trzy. I od początku.
- Brooke, kocham cię, wiesz? - zadałam retoryczne pytanie i spojrzałam się w oczy partnera,
w których jak w lustrze odbijała się szczera miłość.
- Ja ciebie bardziej... - mruknął mi do ucha.
- Nie, ja ciebie bardziej! - udałam lekko obrażoną.
- Wiesz co to oznacza? - samiec zrobił tajemniczą minę, a przytaknęłam by mówił dalej. - Ktoś z nas jest kłamcą! - rzucił żartobliwym tonem. Zaśmiałam się cicho i przystanęłam obok bufetu, który miał iście szeroką gamę smaków: od słodkowodnej ryby, przez sarnę, do owoców leśnych i wiele więcej smakowitych kąsków które były niebem dla podniebienia. Wiedziałam, że przydałoby się posłać pozdrowienia gościom którzy postanowili przynieść swoje jedzenie na wesele. Dyskretnie zabrałam
z misy trochę soczystego mięsa szaraka i korzystając z tego, że cała uwaga skupiła się na moim partnerze który był zmuszony jakoś tłumaczyć kroki do tańca, wepchnęłam jedzenie do pyszczka,
cóż panna młoda też bywa na weselach głodna!
Brooke? <3 Pobiłam!
czwartek, 8 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Otworzyłam niepewnie oczy i... aż mnie zatkało.
- To... to jest nasza nowa norka? - w sumie to było pytanie retoryczne, ale widać było, że Brooke już zamierza na nie odpowiedzieć. Nie zdążył, ponieważ rzuciłam się na niego w celu przytulenia go.
- Ona jest piękna oraz taka przestronna... - powiedziałam obejmując wzrokiem wszystkie kąty.
- To okaże się dopiero kiedy zaczniemy przenosić swoje rzeczy. - uśmiechnął się samiec. A ja zdałam sobie sprawę, że w swojej starej jamce mam całkiem pokaźny ekwipunek składający się
w większości z przedmiotów które pełniły jedynie funkcję ozdobną... W sumie to nie wiem, czy to wstyd czy powód do dumy? Eee... Ocenię, kiedy zobaczę reakcję Brooke'a...
*
Lis podrapał się w głowę, widząc te wszystkie przedmioty.
- Hmm... Musimy przenieść to wszystko? - tu wskazał na jedną wielką stertę różnobarwnych błyszczących buteleczek, czyli w skrócie wszystkich posiadanych przeze mnie eliksirów.
- Jakby to powiedzieć... to nie wszystko... - dobrze, że futro zasłoniło rumieniec który pewnie się pojawił na moich policzkach, wcześniej nie zwracałam uwagi na te wszystkie bibeloty, po prostu
je zbierałam...
- Co to jest? - samiec ( oczywiście wcale nie delikatnie, tylko nagłym zrywem) podniósł jakąś buteleczkę której wnętrze wyglądało na takie dziwnie zamglone...
- To jest ten... Stan gazowy... - nakazałam mu wzrokiem by zachował trochę delikatności.
Przez dobre kilkadziesiąt minut oglądaliśmy mój arsenał najróżniejszych przedmiotów
i wyobrażaliśmy sobie sytuacje w których można by ich użyć, najbardziej spodobał się mi pomysł by kiedyś użyć Eliksiru Oddechu i pochodzić sobie po dnie jeziora...
Po kilku godzinach zaczęliśmy przenosić rzeczy do naszej nowej norki, w sumie to ciekawe jak będzie się mi układało razem z Brooke... W końcu jutro jest już dzień ślubu, mam nadzieję, że jacyś goście przyjdą... Chociaż to nie oni są najważniejsi, bo przecież cóż to by było za wesele bez lisicy
i lisa młodego?
Umieściłam jedną z Butelkowych Emocji na prowizorycznej półce, później będzie tu pewnie jakaś szafka, ale na razie to musi starczyć. Zastanawiając się jeszcze nad meblami które trzeba będzie tu umieścić to na pewno będzie musiała się tutaj znajdować jakaś zimna półka w której będziemy mogli przechowywać zapasy, bo kiedyś może się zdarzyć jakaś pora głodu podczas której jedzenia
nie będzie... Wiadomo, zawsze lepiej dmuchać na zimne. Hmm... dobrze też by było gdybyśmy zabezpieczyli się przed możliwą powodzią, tak, przez całe swoje życie nie myślałam o takich sprawach, a teraz nagle martwię się jakimiś katastrofami... Dobrze, co tam jeszcze jest? Tornado, tsunami, burza piaskowa... Trzeba będzie przygotować jakiś schron... Może wspomnę o tym
kiedyś Brooke'owi, lecz teraz trzeba się zająć sprawami niedalekiej przyszłości oraz teraźniejszości...
W formalnościach ustaliłam, że ślub odbędzie się jutro o dwunastej, więc już dziś będę musiała zacząć przygotowania, może założę na siebie jakiś wianek z kwiatów? Trochę by trwało związywanie tego wszystkiego, ale efekt jest taki piękny...
Zanim się obejrzałam wszystkie rzeczy z mojej starej norki zostały przeniesione, muszę przyznać,
że dosyć dziwnie się czułam widząc swoje stare lokum zupełnie puste... Aż wspomnienia łapią, jeszcze niedawno byłam przecież zwyczajną nową członkinią, a teraz? Betą którą już jutro czeka małżeństwo... Cieszę się, że koło losu ustawiło mnie na światło szczęścia, mam nadzieję, że zostanę tam razem ze swoim partnerem przez długi czas... bo pomyślności nigdy nie za mało, ale trzeba się cieszyć z tego co jest...
W czasie moich rozmyślań dobrotliwe promienie Słońca zsyłane przez Sun zdążyły położyć się za odległym horyzontem, powoli zbliżała się pora snu. Podniosłam lekko głowę by móc poczuć powiew chłodnego wieczornego, czy prawie już nocnego wiatru, kochałam to uczucie...
- Brooke, senna już trochę jestem... - powiedziałam cicho, w stronę samca. - To ja już się położę...
Pocałowałam lisa "na dobranoc" i weszłam na miękkie legowisko, mój partner naprawdę się postarał przygotowując je, więc prawie błyskawicznie zasnęłam. Rzadko się to zdarza, ale tym razem pamiętałam treść snu...
Szłam spokojnie po zielonej trawie, goście obserwowali to w niemym milczeniu. "Czemu oni są tacy sztywni?" Rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę podwyższenia na którym miał czekać mój partner... Nie było go, nie przyszedł, chociaż nie, przecież stał tu jeszcze chwilę temu!
"Brooke?! Gdzie jesteś?!" - krzyknęłam, a liście na drzewach zaszeleściły nie pozwalając moim słowom dotrzeć do uszu obecnych. Wbiegłam na podest, och! O Sun!
Na kamieniu znajdowały się plamy krwi układające się w ślad łapy, wokół niej leżały blade płatki kwiatów... Ratunku! Obejrzałam się w stronę gości, lecz oni też zniknęli, a na ich miejscu pojawiły się jakieś dziwne stworzenia nie przypominające lisy lub choć coś mi znanego. Postacie wpatrywały się we mnie z dziwnym psychopatycznym uśmiechem z pysków kapała im powoli jakaś smolista posoka. Zaczęłam uciekać, ale tuż przede mną wyrosły jakieś gigantyczne ciernie...
- Lori! Żyjesz?! - usłyszałam spanikowany głos.
Brooke?
- To... to jest nasza nowa norka? - w sumie to było pytanie retoryczne, ale widać było, że Brooke już zamierza na nie odpowiedzieć. Nie zdążył, ponieważ rzuciłam się na niego w celu przytulenia go.
- Ona jest piękna oraz taka przestronna... - powiedziałam obejmując wzrokiem wszystkie kąty.
- To okaże się dopiero kiedy zaczniemy przenosić swoje rzeczy. - uśmiechnął się samiec. A ja zdałam sobie sprawę, że w swojej starej jamce mam całkiem pokaźny ekwipunek składający się
w większości z przedmiotów które pełniły jedynie funkcję ozdobną... W sumie to nie wiem, czy to wstyd czy powód do dumy? Eee... Ocenię, kiedy zobaczę reakcję Brooke'a...
*
Lis podrapał się w głowę, widząc te wszystkie przedmioty.
- Hmm... Musimy przenieść to wszystko? - tu wskazał na jedną wielką stertę różnobarwnych błyszczących buteleczek, czyli w skrócie wszystkich posiadanych przeze mnie eliksirów.
- Jakby to powiedzieć... to nie wszystko... - dobrze, że futro zasłoniło rumieniec który pewnie się pojawił na moich policzkach, wcześniej nie zwracałam uwagi na te wszystkie bibeloty, po prostu
je zbierałam...
- Co to jest? - samiec ( oczywiście wcale nie delikatnie, tylko nagłym zrywem) podniósł jakąś buteleczkę której wnętrze wyglądało na takie dziwnie zamglone...
- To jest ten... Stan gazowy... - nakazałam mu wzrokiem by zachował trochę delikatności.
Przez dobre kilkadziesiąt minut oglądaliśmy mój arsenał najróżniejszych przedmiotów
i wyobrażaliśmy sobie sytuacje w których można by ich użyć, najbardziej spodobał się mi pomysł by kiedyś użyć Eliksiru Oddechu i pochodzić sobie po dnie jeziora...
Po kilku godzinach zaczęliśmy przenosić rzeczy do naszej nowej norki, w sumie to ciekawe jak będzie się mi układało razem z Brooke... W końcu jutro jest już dzień ślubu, mam nadzieję, że jacyś goście przyjdą... Chociaż to nie oni są najważniejsi, bo przecież cóż to by było za wesele bez lisicy
i lisa młodego?
Umieściłam jedną z Butelkowych Emocji na prowizorycznej półce, później będzie tu pewnie jakaś szafka, ale na razie to musi starczyć. Zastanawiając się jeszcze nad meblami które trzeba będzie tu umieścić to na pewno będzie musiała się tutaj znajdować jakaś zimna półka w której będziemy mogli przechowywać zapasy, bo kiedyś może się zdarzyć jakaś pora głodu podczas której jedzenia
nie będzie... Wiadomo, zawsze lepiej dmuchać na zimne. Hmm... dobrze też by było gdybyśmy zabezpieczyli się przed możliwą powodzią, tak, przez całe swoje życie nie myślałam o takich sprawach, a teraz nagle martwię się jakimiś katastrofami... Dobrze, co tam jeszcze jest? Tornado, tsunami, burza piaskowa... Trzeba będzie przygotować jakiś schron... Może wspomnę o tym
kiedyś Brooke'owi, lecz teraz trzeba się zająć sprawami niedalekiej przyszłości oraz teraźniejszości...
W formalnościach ustaliłam, że ślub odbędzie się jutro o dwunastej, więc już dziś będę musiała zacząć przygotowania, może założę na siebie jakiś wianek z kwiatów? Trochę by trwało związywanie tego wszystkiego, ale efekt jest taki piękny...
Zanim się obejrzałam wszystkie rzeczy z mojej starej norki zostały przeniesione, muszę przyznać,
że dosyć dziwnie się czułam widząc swoje stare lokum zupełnie puste... Aż wspomnienia łapią, jeszcze niedawno byłam przecież zwyczajną nową członkinią, a teraz? Betą którą już jutro czeka małżeństwo... Cieszę się, że koło losu ustawiło mnie na światło szczęścia, mam nadzieję, że zostanę tam razem ze swoim partnerem przez długi czas... bo pomyślności nigdy nie za mało, ale trzeba się cieszyć z tego co jest...
W czasie moich rozmyślań dobrotliwe promienie Słońca zsyłane przez Sun zdążyły położyć się za odległym horyzontem, powoli zbliżała się pora snu. Podniosłam lekko głowę by móc poczuć powiew chłodnego wieczornego, czy prawie już nocnego wiatru, kochałam to uczucie...
- Brooke, senna już trochę jestem... - powiedziałam cicho, w stronę samca. - To ja już się położę...
Pocałowałam lisa "na dobranoc" i weszłam na miękkie legowisko, mój partner naprawdę się postarał przygotowując je, więc prawie błyskawicznie zasnęłam. Rzadko się to zdarza, ale tym razem pamiętałam treść snu...
Szłam spokojnie po zielonej trawie, goście obserwowali to w niemym milczeniu. "Czemu oni są tacy sztywni?" Rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę podwyższenia na którym miał czekać mój partner... Nie było go, nie przyszedł, chociaż nie, przecież stał tu jeszcze chwilę temu!
"Brooke?! Gdzie jesteś?!" - krzyknęłam, a liście na drzewach zaszeleściły nie pozwalając moim słowom dotrzeć do uszu obecnych. Wbiegłam na podest, och! O Sun!
Na kamieniu znajdowały się plamy krwi układające się w ślad łapy, wokół niej leżały blade płatki kwiatów... Ratunku! Obejrzałam się w stronę gości, lecz oni też zniknęli, a na ich miejscu pojawiły się jakieś dziwne stworzenia nie przypominające lisy lub choć coś mi znanego. Postacie wpatrywały się we mnie z dziwnym psychopatycznym uśmiechem z pysków kapała im powoli jakaś smolista posoka. Zaczęłam uciekać, ale tuż przede mną wyrosły jakieś gigantyczne ciernie...
- Lori! Żyjesz?! - usłyszałam spanikowany głos.
Brooke?
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Powili otworzyłam swoje zaspane ślepia, tak bardzo nie chciało mi się wstawać! Rozejrzałam się dookoła i ze zdziwienia aż otworzyłam pyszczek. Przez całą noc spałam na jakiejś polance? Nie...
Wspomnienia z wczorajszego wieczoru niespodziewanie do mnie wróciły, te wszystkie gwiazdy na nieboskłonie, kwiaty oraz... jego miękkie jasne futro. Aż przymknęłam oczy na to wspomnienie...
ale szybko wróciłam na ziemię. Gdzie był Brooke? Nerwowo objęłam pobliskie krzaki wzrokiem, odszedł? Coś go porwało? O Boże! Oby nic mu się nie stało!
Błyskawicznie wstałam, ale to nie było potrzebne - w tym samym momencie zza listowia wychyliła się głowa mojego partnera.
- Patrz co dla ciebie mam! - uśmiechnął się i na chwilę zniknął w gąszczu liści.
Usłyszałam jakieś szuranie, lis prawdopodobnie coś właśnie przenosił.
- Brooke? - podeszłam w tamtą stronę nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać.
- Ruda, chodź tutaj!
Uczyniłam kilka niespokojnych kroków w tamtą stronę i moim oczom ukazał się ciekawy widok -
na przewalonym (dosyć płaskim) pniu drzewa znajdował się obrus z zielonych liści, a co na nim? Elegancko przygotowana dzika gęś otoczona owocami leśnymi.
- Voilà! Gotowe, ładnie wyszło? - uśmiechnął się samiec jednocześnie siadając na jakimś pieńku. Rozejrzałam się, tuż obok mnie był drugi taki sam, uśmiechnęłam się i wskoczyłam na to 'krzesło'.
- To jest do jedzenia? - zapytałam się trochę głupio, niezbyt wiedziałam jak według etykiety się prosi o takie rzeczy.
- A co do patrzenia? - Brooke nie czekając odgryzł kawałek mięsa. I takie rzeczy to ja rozumiem! Przez kilkanaście minut pałaszowaliśmy przepyszne mięcho tego ptaka który 'przypadkowo' wszedł pod łapy lisowi. Po chwili najedzeni leżeliśmy na miękkim mchu.
- Wiesz? Chwile jakie z tobą spędzam to najlepsze momenty mojego życia... - przybliżyłam się
do samca. To zapowiadało się na przyjemną chwilę... i taką było.
- Brooke, a na kiedy ustalimy datę ślubu? - zapytałam się cicho.
- Może... jutro? - lis spojrzał się w moje oczy, a ja posłałam mu ciepły uśmiech.
Czekanie tygodniami było zbyteczne.
- Musimy powiadomić o tym alfy... Chali i Ace jeszcze nie wiedzą, że jesteśmy parą... - wstałam na równe łapy, mu tu gadu-gadu, a formalności czekają!
Zaśmiałam się cicho na minę, kiedy dowiedzą się, że dopiero co mają samicę beta, a tu nagle ta następnego dnia ma już drugą połówkę. Miałam tylko nadzieję, że zrozumieją i osądzą to bez pochopnych wniosków.
Brooke? Nie ma to jak zepsuć romantyczność dla formalności! xD
Wspomnienia z wczorajszego wieczoru niespodziewanie do mnie wróciły, te wszystkie gwiazdy na nieboskłonie, kwiaty oraz... jego miękkie jasne futro. Aż przymknęłam oczy na to wspomnienie...
ale szybko wróciłam na ziemię. Gdzie był Brooke? Nerwowo objęłam pobliskie krzaki wzrokiem, odszedł? Coś go porwało? O Boże! Oby nic mu się nie stało!
Błyskawicznie wstałam, ale to nie było potrzebne - w tym samym momencie zza listowia wychyliła się głowa mojego partnera.
- Patrz co dla ciebie mam! - uśmiechnął się i na chwilę zniknął w gąszczu liści.
Usłyszałam jakieś szuranie, lis prawdopodobnie coś właśnie przenosił.
- Brooke? - podeszłam w tamtą stronę nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać.
- Ruda, chodź tutaj!
Uczyniłam kilka niespokojnych kroków w tamtą stronę i moim oczom ukazał się ciekawy widok -
na przewalonym (dosyć płaskim) pniu drzewa znajdował się obrus z zielonych liści, a co na nim? Elegancko przygotowana dzika gęś otoczona owocami leśnymi.
- Voilà! Gotowe, ładnie wyszło? - uśmiechnął się samiec jednocześnie siadając na jakimś pieńku. Rozejrzałam się, tuż obok mnie był drugi taki sam, uśmiechnęłam się i wskoczyłam na to 'krzesło'.
- To jest do jedzenia? - zapytałam się trochę głupio, niezbyt wiedziałam jak według etykiety się prosi o takie rzeczy.
- A co do patrzenia? - Brooke nie czekając odgryzł kawałek mięsa. I takie rzeczy to ja rozumiem! Przez kilkanaście minut pałaszowaliśmy przepyszne mięcho tego ptaka który 'przypadkowo' wszedł pod łapy lisowi. Po chwili najedzeni leżeliśmy na miękkim mchu.
- Wiesz? Chwile jakie z tobą spędzam to najlepsze momenty mojego życia... - przybliżyłam się
do samca. To zapowiadało się na przyjemną chwilę... i taką było.
- Brooke, a na kiedy ustalimy datę ślubu? - zapytałam się cicho.
- Może... jutro? - lis spojrzał się w moje oczy, a ja posłałam mu ciepły uśmiech.
Czekanie tygodniami było zbyteczne.
- Musimy powiadomić o tym alfy... Chali i Ace jeszcze nie wiedzą, że jesteśmy parą... - wstałam na równe łapy, mu tu gadu-gadu, a formalności czekają!
Zaśmiałam się cicho na minę, kiedy dowiedzą się, że dopiero co mają samicę beta, a tu nagle ta następnego dnia ma już drugą połówkę. Miałam tylko nadzieję, że zrozumieją i osądzą to bez pochopnych wniosków.
Brooke? Nie ma to jak zepsuć romantyczność dla formalności! xD
niedziela, 4 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Ta chwila... Nic nie mogło jej tak po prostu przerwać... Wszystko, co było na świecie, czy to kwiat, czy to stworzenie, czy to strumień, w jednym zgodnym ruchu wzmacniało romantyczność
tego momentu. Otworzyłam swoje oczy, by móc zobaczyć jego - jeśli się zgodzę, mojego partnera, ale czy można przerwać te wspaniałe sekundy pocałunku dla kilku słów?
Powoli oderwaliśmy się od siebie.
- Tak! - rzuciłam się na szyję Brooke'a, byłam taka szczęśliwa! Radość rozpierała mnie od końcówki ogona po mój czarny nosek. Upadliśmy na miękką trawę i przeturlaliśmy się z dala od przepaści.
Temu wszystkiemu towarzyszyły ciche ciepłe słówka "kocham cię", ta chwila była przewspaniała...
Po kilku minutach wstaliśmy, wciąż zachwyceni ustaleniem partnerstwa.
- Brooke... - zaczęłam niepewnie, kiedy lekko ochłonęliśmy.
- Tak?
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś teraz betą?
O dziwo, te słowa nie zrobiły na nim wrażenia.
- Tak powiadasz? - uśmiechnął się i pieszczotliwie złapał mnie za uszko, nie odpowiedziałam tylko wtuliłam się w jasne futro lisa.
- Trzeba teraz zrobić wszystkie formalności... - prawdziwa ja, w takim momencie zacznę gadać
o papierkowej robocie.
- Jutro... - odpowiedział spokojnie samiec, podnosząc głowę. - Wyobraź sobie miny alf kiedy wybudzimy ich ze snu i powiemy im o tym wszystkim...
- W sumie... Kochanie, ale zrobimy uroczysty ślub? - zapytałam się patrząc w błyszczące oczy mojego partnera, a ten pomachał twierdząco głową.
- Takie z gośćmi, kwiatami... - zaczął powoli wymieniać.
- Kwiaty już były, ale ich nigdy nie za dużo! - rozpromieniłam się jeszcze bardziej, jednocześnie delikatnie głaszcząc łapką płatki jednej z dzikich róż. Ten wieczór był chyba najlepszym
w moim życiu, miałam kochającego partnera...
Niespodziewanie zza krzaka wyskoczył nieduży zajączek, ale widząc, że wszedł
pomiędzy drapieżniki, szybko pokicał z powrotem. Z niewiadomych przyczyn, nawet przez myśl mi nie przeszło by zaatakować tego szaraczka, w sumie to w ogóle przez tą noc nie chciałam zabić jakiegokolwiek stworzenia... Położyłam się na miękkim mchu i zaczęłam wpatrywać się w pysk lisa. Kto by pomyślał, że spotkany przypadkowo samiec okaże się moją drugą połówką?
W pamięci powoli przemijały mi sceny spotkania... To jak wpadłam na niego przez przypadek, porwanie przez gremliny, ścieżka śmierci...
- Brooke...
- Tak, Ruda?
- Jak brzmi twoje prawdziwe imię? - zapytałam się, jednocześnie siadając. Przez chwilę myślałam, że lis odmówi udzielenia mi odpowiedzi, ale tak się o dziwo nie stało.
- Gallardo, rodzice tak mnie nazwali, ale... nie podobało mi się, więc zacząłem się przedstawiać bardziej powszechnym imieniem które znasz. - uśmiechnął się i zapatrzył się w stronę Księżyca.
- Mimo iż jesteśmy partnerami to nic nie wiemy o swoich przeszłościach... - powiedziałam,
ale w moim głosie nie było żadnej nutki wyrzutu.
- Wiesz, w końcu chyba się liczy tu i teraz? Ale tak naprawdę to możemy trochę
o sobie poopowiadać... - Brooke usiadł tuż obok mnie.
Zamknęłam lekko oczy oddając się wspomnieniom które jak się mi wydawało - napływały wraz
z każdym tchnieniem wiatru.
- Urodziłam się w jakieś skromnej ludzkiej szopie, w sumie to nie mam co o niej opowiadać: prosta, drewniana, ale dalej. Mój pierwszy rok życia był istną sielanką, razem z szóstką rodzeństwa uczyłam się pod okiem matki, ojciec cały czas chodził na polowania, więc nie poznałam go dokładnie... Pewnego dnia który wydawał się być normalny, usłyszeliśmy czyjeś kroki, kroki człowieka... - zacięłam się, te myśli były zbyt dramatyczne, ale lis poklepał mnie delikatnie po karku, co o dziwo dodało mi otuchy. - Zaczęliśmy uciekać... ale uciec żywym nie wszystkim było dane, tato i ponad połowa miotu została zastrzelona...
Łzy powoli skapywały mi po pysku, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać w takim momencie, zaczęłam mówić dalej, o rozdzieleniu się i o innych moich przygodach które wydarzyły się podczas mojej długiej tułaczki. Kiedy skończyłam, rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę Brooke'a.
- Teraz moja kolej? - zapytał się i nie czekając na odpowiedź rozpoczął opowiadanie swojej historii. Oparłam o niego głowę i zamieniłam się w słuch. Powoli przed moimi oczami przewijały się obrazy: szczęśliwego dzieciństwa samca, straszliwych ludzi niszczących las...
- Człowieki to dziwne stworzenia... - mruknęłam, kiedy lis umilkł. - Chcą sobie podporządkować wszystko co istnieje...
Brooke? Druga połówko mojej postaci!
tego momentu. Otworzyłam swoje oczy, by móc zobaczyć jego - jeśli się zgodzę, mojego partnera, ale czy można przerwać te wspaniałe sekundy pocałunku dla kilku słów?
Powoli oderwaliśmy się od siebie.
- Tak! - rzuciłam się na szyję Brooke'a, byłam taka szczęśliwa! Radość rozpierała mnie od końcówki ogona po mój czarny nosek. Upadliśmy na miękką trawę i przeturlaliśmy się z dala od przepaści.
Temu wszystkiemu towarzyszyły ciche ciepłe słówka "kocham cię", ta chwila była przewspaniała...
Po kilku minutach wstaliśmy, wciąż zachwyceni ustaleniem partnerstwa.
- Brooke... - zaczęłam niepewnie, kiedy lekko ochłonęliśmy.
- Tak?
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś teraz betą?
O dziwo, te słowa nie zrobiły na nim wrażenia.
- Tak powiadasz? - uśmiechnął się i pieszczotliwie złapał mnie za uszko, nie odpowiedziałam tylko wtuliłam się w jasne futro lisa.
- Trzeba teraz zrobić wszystkie formalności... - prawdziwa ja, w takim momencie zacznę gadać
o papierkowej robocie.
- Jutro... - odpowiedział spokojnie samiec, podnosząc głowę. - Wyobraź sobie miny alf kiedy wybudzimy ich ze snu i powiemy im o tym wszystkim...
- W sumie... Kochanie, ale zrobimy uroczysty ślub? - zapytałam się patrząc w błyszczące oczy mojego partnera, a ten pomachał twierdząco głową.
- Takie z gośćmi, kwiatami... - zaczął powoli wymieniać.
- Kwiaty już były, ale ich nigdy nie za dużo! - rozpromieniłam się jeszcze bardziej, jednocześnie delikatnie głaszcząc łapką płatki jednej z dzikich róż. Ten wieczór był chyba najlepszym
w moim życiu, miałam kochającego partnera...
Niespodziewanie zza krzaka wyskoczył nieduży zajączek, ale widząc, że wszedł
pomiędzy drapieżniki, szybko pokicał z powrotem. Z niewiadomych przyczyn, nawet przez myśl mi nie przeszło by zaatakować tego szaraczka, w sumie to w ogóle przez tą noc nie chciałam zabić jakiegokolwiek stworzenia... Położyłam się na miękkim mchu i zaczęłam wpatrywać się w pysk lisa. Kto by pomyślał, że spotkany przypadkowo samiec okaże się moją drugą połówką?
W pamięci powoli przemijały mi sceny spotkania... To jak wpadłam na niego przez przypadek, porwanie przez gremliny, ścieżka śmierci...
- Brooke...
- Tak, Ruda?
- Jak brzmi twoje prawdziwe imię? - zapytałam się, jednocześnie siadając. Przez chwilę myślałam, że lis odmówi udzielenia mi odpowiedzi, ale tak się o dziwo nie stało.
- Gallardo, rodzice tak mnie nazwali, ale... nie podobało mi się, więc zacząłem się przedstawiać bardziej powszechnym imieniem które znasz. - uśmiechnął się i zapatrzył się w stronę Księżyca.
- Mimo iż jesteśmy partnerami to nic nie wiemy o swoich przeszłościach... - powiedziałam,
ale w moim głosie nie było żadnej nutki wyrzutu.
- Wiesz, w końcu chyba się liczy tu i teraz? Ale tak naprawdę to możemy trochę
o sobie poopowiadać... - Brooke usiadł tuż obok mnie.
Zamknęłam lekko oczy oddając się wspomnieniom które jak się mi wydawało - napływały wraz
z każdym tchnieniem wiatru.
- Urodziłam się w jakieś skromnej ludzkiej szopie, w sumie to nie mam co o niej opowiadać: prosta, drewniana, ale dalej. Mój pierwszy rok życia był istną sielanką, razem z szóstką rodzeństwa uczyłam się pod okiem matki, ojciec cały czas chodził na polowania, więc nie poznałam go dokładnie... Pewnego dnia który wydawał się być normalny, usłyszeliśmy czyjeś kroki, kroki człowieka... - zacięłam się, te myśli były zbyt dramatyczne, ale lis poklepał mnie delikatnie po karku, co o dziwo dodało mi otuchy. - Zaczęliśmy uciekać... ale uciec żywym nie wszystkim było dane, tato i ponad połowa miotu została zastrzelona...
Łzy powoli skapywały mi po pysku, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać w takim momencie, zaczęłam mówić dalej, o rozdzieleniu się i o innych moich przygodach które wydarzyły się podczas mojej długiej tułaczki. Kiedy skończyłam, rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę Brooke'a.
- Teraz moja kolej? - zapytał się i nie czekając na odpowiedź rozpoczął opowiadanie swojej historii. Oparłam o niego głowę i zamieniłam się w słuch. Powoli przed moimi oczami przewijały się obrazy: szczęśliwego dzieciństwa samca, straszliwych ludzi niszczących las...
- Człowieki to dziwne stworzenia... - mruknęłam, kiedy lis umilkł. - Chcą sobie podporządkować wszystko co istnieje...
Brooke? Druga połówko mojej postaci!
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Wszystko zamarło, nawet liście na wiekowych drzewach (ach ta moja wyobraźnia...), nikt nie odważył się poruszyć choćby o niecały centymetr. Mój wzrok niespokojnie wałęsał się od zdziwionego wyrazu pyska mojego towarzysza do mordki z kamiennym wyrazem należącej do alfy stada - Chali. Zachodzące promienie Słońca nadawały tej całej sytuacji jakiś dziwny wyraz...
Ale wracając czy wspominałam już, że pewnie uznano nas za zaginionych?
- Dobry wieczór... - Brooke postanowił jakoś rozładować napięcie które było już w takim natężeniu, że aż duszno się zrobiło, ale chyba niezbyt mu się to udało. Dobrze, teraz moja kolej na próbę...
- Witam, ładny dzionek dzisiaj był? - uśmiechnęłam się, ale jestem pewna, że wyszło sztuczniej
niż myślałam. Rzuciłam kolejne spojrzenie w stronę swojego kompana, wyglądał na równie zakłopotanego jak ja, no... w sumie to był w takiej samej sytuacji, więc...
- Gdzież wy się do jasnej ciasnej szwendaliście?! My tu was szukamy, martwimy się, a tu nagle wchodzicie i jak gdyby nic mówicie "Dobry wieczór"! - Chali wybuchnęła, a my nie potrafiliśmy jakoś powstrzymać płynących z jej pyska oskarżeń.
- Ale nas nie było przez jedynie...
- Trzy bite dni!
Zamurowało nas ( kolejny raz...), przecież dzisiaj rano wpadliśmy w pułapkę, a teraz jest
dopiero wieczór... To chyba nie możliwe, by tyle czasu minęło... A co jeśli lisica miała rację?
- Ale... chodzi o to, że wpadliśmy... - zaczęłam tłumaczenie, ale Brooke dyskretnie nadepnął mi
na łapę ( jakoś udało mi się powstrzymać pisk który cisnął mi się na pysku).
- Ona postanowiła mnie oprowadzić po terenach, było tak ciekawie, że postanowiliśmy... -
lis najwyraźniej nie chciał by uznano nas za pomylonych, więc zaczął wymyślać jakąś 'wiarygodniejszą' historię, ale w najważniejszym momencie się zaciął.
- Na coś zapolować! - prawie krzyknęłam, wiedząc, że moje słowa nie pasują do wypowiedzi samca.
- I... wtedy zobaczyliśmy jelenia!...
- I zaczęliśmy za nim gonić... ale on...
- Był zdecydowanie zbyt szybki, więc trochę nam zajęło dogonienie go... - wewnątrz siebie śmiałam się do rozpuku, takie rzeczy tylko u nas! Chali patrzyła się na nas podejrzliwie, wiedziała,
że kłamiemy, ale zarzucenie nam kłamstwa nie należało do dobrych manier jakie powinna znać alfa. Mogę powiedzieć, że razem z Brooke powoli się rozkręcaliśmy.
- I wtedy porwała nas rzeka!
- Ale udało się nam uratować! - przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając to coraz bardziej dziwne i śmieszne dopełnienia. W końcu wyszło na to, że goniąc rogacza wpadliśmy do
rwącej rzeki i nie mogliśmy się wydostać, ale po jakimś czasie ludzcy rybacy nas wyłowili. Z ich rąk udało nam się uciec dopiero następnego dnia, i po takich przygodach doszliśmy do stada.
Kiedy skończyliśmy tą opowieść Chali zmrużyła lekko oczy, wciąż nie wyglądała na przekonaną.
- Dobrze... Ale następnym razem nie biegnijcie poza tereny za jakąś zwierzyną. - mruknęła próbując zakończyć ten niewygodny dla obu stron temat. W końcu jesteśmy bezpieczni...
- Lori mam dla ciebie pewną wiadomość! - kiedy już mieliśmy się rozejść, alfa odwróciła głowę,
a ja zadrżałam. Dostanę jakąś karę?
- T...Tak? - ostatnie promienie słoneczne wpadły mi w oko pod takim kątem, że nie mogłam zobaczyć wyrazu pyska Chali, a co z tym idzie - przewidzenia czy wiadomość będzie negatywna.
- Muszę ci pogratulować. W ostatnim czasie odbyły się wybory i... zostałaś betą!
Powinnam uznać za normę to, że co chwilę coś mnie zamurowuje... Bo tak się stało i tym razem.
Ze zdziwienia ( i radości) nie miałam siły nic powiedzieć.
- Zapraszam cię jutro do Legowiska Alf, odbierzesz tam papiery i polecenia!
Nim zdążyłam ochłonąć, Chali zanurzyła się w gęstwinie pobliskich krzaków. W moich myślach nasunęło się tyle pytań!
Słońce już zaszło zostawiając po sobie Gwiazdę Wieczorną, zawiał chłodny wiatr powodujący przyjemny dreszczyk na karku, owady ucichły dając możliwość pokazu dla koników polnych które już powoli zaczęły się pojawiać... Aż trudno uwierzyć, że jeszcze jakąś godzinę temu walczyliśmy
o życie na ścieżce śmierci, trudno uwierzyć, że spotkaliśmy gobliny, trudno uwierzyć, że nauczyłam się tańczyć walca...
- Brooke... Ten dzień był męczący, może położymy się spać do swoich nor? - zapytałam się,
czując jak moje mięśnie protestują na wiadomość, że będą musiały przejść jeszcze kawałek.
- Dobry pomysł...
Brookuś? <3
Ale wracając czy wspominałam już, że pewnie uznano nas za zaginionych?
- Dobry wieczór... - Brooke postanowił jakoś rozładować napięcie które było już w takim natężeniu, że aż duszno się zrobiło, ale chyba niezbyt mu się to udało. Dobrze, teraz moja kolej na próbę...
- Witam, ładny dzionek dzisiaj był? - uśmiechnęłam się, ale jestem pewna, że wyszło sztuczniej
niż myślałam. Rzuciłam kolejne spojrzenie w stronę swojego kompana, wyglądał na równie zakłopotanego jak ja, no... w sumie to był w takiej samej sytuacji, więc...
- Gdzież wy się do jasnej ciasnej szwendaliście?! My tu was szukamy, martwimy się, a tu nagle wchodzicie i jak gdyby nic mówicie "Dobry wieczór"! - Chali wybuchnęła, a my nie potrafiliśmy jakoś powstrzymać płynących z jej pyska oskarżeń.
- Ale nas nie było przez jedynie...
- Trzy bite dni!
Zamurowało nas ( kolejny raz...), przecież dzisiaj rano wpadliśmy w pułapkę, a teraz jest
dopiero wieczór... To chyba nie możliwe, by tyle czasu minęło... A co jeśli lisica miała rację?
- Ale... chodzi o to, że wpadliśmy... - zaczęłam tłumaczenie, ale Brooke dyskretnie nadepnął mi
na łapę ( jakoś udało mi się powstrzymać pisk który cisnął mi się na pysku).
- Ona postanowiła mnie oprowadzić po terenach, było tak ciekawie, że postanowiliśmy... -
lis najwyraźniej nie chciał by uznano nas za pomylonych, więc zaczął wymyślać jakąś 'wiarygodniejszą' historię, ale w najważniejszym momencie się zaciął.
- Na coś zapolować! - prawie krzyknęłam, wiedząc, że moje słowa nie pasują do wypowiedzi samca.
- I... wtedy zobaczyliśmy jelenia!...
- I zaczęliśmy za nim gonić... ale on...
- Był zdecydowanie zbyt szybki, więc trochę nam zajęło dogonienie go... - wewnątrz siebie śmiałam się do rozpuku, takie rzeczy tylko u nas! Chali patrzyła się na nas podejrzliwie, wiedziała,
że kłamiemy, ale zarzucenie nam kłamstwa nie należało do dobrych manier jakie powinna znać alfa. Mogę powiedzieć, że razem z Brooke powoli się rozkręcaliśmy.
- I wtedy porwała nas rzeka!
- Ale udało się nam uratować! - przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając to coraz bardziej dziwne i śmieszne dopełnienia. W końcu wyszło na to, że goniąc rogacza wpadliśmy do
rwącej rzeki i nie mogliśmy się wydostać, ale po jakimś czasie ludzcy rybacy nas wyłowili. Z ich rąk udało nam się uciec dopiero następnego dnia, i po takich przygodach doszliśmy do stada.
Kiedy skończyliśmy tą opowieść Chali zmrużyła lekko oczy, wciąż nie wyglądała na przekonaną.
- Dobrze... Ale następnym razem nie biegnijcie poza tereny za jakąś zwierzyną. - mruknęła próbując zakończyć ten niewygodny dla obu stron temat. W końcu jesteśmy bezpieczni...
- Lori mam dla ciebie pewną wiadomość! - kiedy już mieliśmy się rozejść, alfa odwróciła głowę,
a ja zadrżałam. Dostanę jakąś karę?
- T...Tak? - ostatnie promienie słoneczne wpadły mi w oko pod takim kątem, że nie mogłam zobaczyć wyrazu pyska Chali, a co z tym idzie - przewidzenia czy wiadomość będzie negatywna.
- Muszę ci pogratulować. W ostatnim czasie odbyły się wybory i... zostałaś betą!
Powinnam uznać za normę to, że co chwilę coś mnie zamurowuje... Bo tak się stało i tym razem.
Ze zdziwienia ( i radości) nie miałam siły nic powiedzieć.
- Zapraszam cię jutro do Legowiska Alf, odbierzesz tam papiery i polecenia!
Nim zdążyłam ochłonąć, Chali zanurzyła się w gęstwinie pobliskich krzaków. W moich myślach nasunęło się tyle pytań!
Słońce już zaszło zostawiając po sobie Gwiazdę Wieczorną, zawiał chłodny wiatr powodujący przyjemny dreszczyk na karku, owady ucichły dając możliwość pokazu dla koników polnych które już powoli zaczęły się pojawiać... Aż trudno uwierzyć, że jeszcze jakąś godzinę temu walczyliśmy
o życie na ścieżce śmierci, trudno uwierzyć, że spotkaliśmy gobliny, trudno uwierzyć, że nauczyłam się tańczyć walca...
- Brooke... Ten dzień był męczący, może położymy się spać do swoich nor? - zapytałam się,
czując jak moje mięśnie protestują na wiadomość, że będą musiały przejść jeszcze kawałek.
- Dobry pomysł...
Brookuś? <3
sobota, 3 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Poczułam jak jedna strzała omal mnie nie przebiła z powodu naszego opóźnienia. Lori skup się! Starałam się wrócić do wcześniejszego rytmu, ale nagle myśl, że jednym niewłaściwym krokiem będę musiała zapłacić życiem, zabrała mi wcześniejszą sprężystość ruchów. Wycisz się, spokojnie,
to tylko miły taniec na jakiejś kwiecistej łące, tak... Nie, taniec nie może być miły...
Kolejny grot przeleciał dosłownie centymetr od mojego ciała. Nie myśl o niej!
Postaw, dostaw, postaw, dostaw, dostaw... Błąd!
Znów ten szum, który mógł zwiastować śmierć... Brooke'a i moją. Czekaj... Wymieniłam go
jako pierwszego? Nie.... Pewnie mi się zdawało, chyba...
- Tam jest koniec korytarza! - do rzeczywistości przywołał mnie głos mojego kompana,
rzuciłam szybkie spojrzenie we wskazaną stronę, bezpieczna platforma była już kilkanaście
kroków stąd...
W moje wątłe ciałko wstąpiła niezwykła nadzieja, uratujemy się! Wyjdziemy z tej okropnej
ścieżki śmierci! Wejdziemy do swoich przytulnych norek i... coś upolujemy, bo już od dłuższego czasu nic nie jedliśmy i nie piliśmy... Ale teraz skupienie!
Raz dwa trzy, raz dwa trzy... Zero błędów! Moje zmysły jakoś dziwnie się uspokoiły, mogę powiedzieć, że w tamtej chwili po prostu tańczyłam dla siebie, dla radości, dla... niego.
Stop! Co się dzieje z moimi myślami?! Czy ja... oszalałam?!
Nagle przypomniała mi się ta chwila w której Brooke mógł uciec przed goblinami, a tego nie zrobił... ze względu na mnie? Wtedy poczułam takie ciepło blisko serca... Lori otrząśnij się!
W jednym momencie wszystkie uspokojone wcześniej zmysły wróciły, tuż obok nas leciały śmiercionośne groty strzał, bezpieczna strefa platformy znajdowała się pięć kroków ode mnie... Jeszcze tylko kilka sekund i... już! Kiedy tylko dotknęliśmy łapami linii, wszystko nagle
się uspokoiło.
- Podobał ci się taniec? - zapytał samiec po krótkiej niezmąconej niczym ciszy.
- Był dosyć niebezpieczny, ale tak... - upadłam ciężko na cztery łapy, byłam już skrajnie wykończona tymi wszystkimi wydarzeniami tego pokręconego dnia. Westchnęłam cicho, jeszcze dziś powinnam być w swojej norce, ciekawe czy w sforze ktoś zauważył moją nieobecność?
Brooke? 28 ♥♥
to tylko miły taniec na jakiejś kwiecistej łące, tak... Nie, taniec nie może być miły...
Kolejny grot przeleciał dosłownie centymetr od mojego ciała. Nie myśl o niej!
Postaw, dostaw, postaw, dostaw, dostaw... Błąd!
Znów ten szum, który mógł zwiastować śmierć... Brooke'a i moją. Czekaj... Wymieniłam go
jako pierwszego? Nie.... Pewnie mi się zdawało, chyba...
- Tam jest koniec korytarza! - do rzeczywistości przywołał mnie głos mojego kompana,
rzuciłam szybkie spojrzenie we wskazaną stronę, bezpieczna platforma była już kilkanaście
kroków stąd...
W moje wątłe ciałko wstąpiła niezwykła nadzieja, uratujemy się! Wyjdziemy z tej okropnej
ścieżki śmierci! Wejdziemy do swoich przytulnych norek i... coś upolujemy, bo już od dłuższego czasu nic nie jedliśmy i nie piliśmy... Ale teraz skupienie!
Raz dwa trzy, raz dwa trzy... Zero błędów! Moje zmysły jakoś dziwnie się uspokoiły, mogę powiedzieć, że w tamtej chwili po prostu tańczyłam dla siebie, dla radości, dla... niego.
Stop! Co się dzieje z moimi myślami?! Czy ja... oszalałam?!
Nagle przypomniała mi się ta chwila w której Brooke mógł uciec przed goblinami, a tego nie zrobił... ze względu na mnie? Wtedy poczułam takie ciepło blisko serca... Lori otrząśnij się!
W jednym momencie wszystkie uspokojone wcześniej zmysły wróciły, tuż obok nas leciały śmiercionośne groty strzał, bezpieczna strefa platformy znajdowała się pięć kroków ode mnie... Jeszcze tylko kilka sekund i... już! Kiedy tylko dotknęliśmy łapami linii, wszystko nagle
się uspokoiło.
- Podobał ci się taniec? - zapytał samiec po krótkiej niezmąconej niczym ciszy.
- Był dosyć niebezpieczny, ale tak... - upadłam ciężko na cztery łapy, byłam już skrajnie wykończona tymi wszystkimi wydarzeniami tego pokręconego dnia. Westchnęłam cicho, jeszcze dziś powinnam być w swojej norce, ciekawe czy w sforze ktoś zauważył moją nieobecność?
Brooke? 28 ♥♥
czwartek, 1 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Zastrzygłam uszami, muszę przyznać, że muzyka mi się podobała. Gdzieś w zakamarkach mojej pamięci były następne takty tej melodii, czy ja jej kiedyś przypadkiem nie słyszałam?
Przygryzłam znowu kawałek futerka, wysilając jednocześnie już przemęczone tym
wszystkim komórki, ten dzień wymęczył je zupełnie. Co tam dziś było? Gremliny, pokój z wodą, zagadka o drzwiach, te spadające płytki, więcej łamigłówek, a teraz to coś? Chcę już wrócić do swojej przytulnej norki!
- Walc... Już wiem! - z głębokich rozmyślań o wygodach wybudził mnie podekscytowany głos mojego kompana. - Kiedyś to widziałem!
Przechyliłam głowę, moje myśli płynęły wyjątkowo wolno, więc trochę mi zajęło zrozumienie tego co powiedział samiec.
- Mów dalej... - mruknęłam cicho jednocześnie przyglądając się miejscom z których mogły wylecieć śmiercionośne groty. A gdyby tak po prostu przebiec przez korytarz nie zatrzymując się?
Szybko jednak odeszłam od tego pomysłu - budowniczy tego kompleksu pokoi pewnie przemyśleli
tą możliwość.
- Ruda... Umiesz choć przez niecałą sekundę utrzymać się na tylnych łapach? - po tym jak rozległy się te słowa rzuciłam Brooke'owi zdziwione spojrzenie. Miałam nawet zamiar się zapytać
czy żartuje, ale w takiej sytuacji...
- W sumie to... nie wiem... - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wyczekując na reakcję samca,
który o dziwo się uśmiechnął.
- Zapraszam madame do tańca! - gdzieś wyczułam znaną nutkę ironii, naprawdę, czy on żartuje? Znajdujemy się w takiej dziwnej sytuacji... Ych. Rozejrzałam się dookoła, próbując nie spojrzeć lisowi w oczy.
- Ale... ja nie umiem tańczyć... - ściszyłam lekko głos, ciesząc się, że dzięki temu, że mam futro, Brooke nie zauważył moich (prawdopodobnie) zarumienionych policzków. Z niewiadomych mi przyczyn podniosłam swoją prawą łapkę, jakby mając nadzieję, że lis ją złapie, co oczywiście się
nie stało.
- Powiem ci ciekawostkę: Ja też nie umiem! - do moich uszu dobiegł przyjacielski śmiech, a ja uśmiechnęłam się. Jakoś sobie poradzimy!
Brooke? <3
Przygryzłam znowu kawałek futerka, wysilając jednocześnie już przemęczone tym
wszystkim komórki, ten dzień wymęczył je zupełnie. Co tam dziś było? Gremliny, pokój z wodą, zagadka o drzwiach, te spadające płytki, więcej łamigłówek, a teraz to coś? Chcę już wrócić do swojej przytulnej norki!
- Walc... Już wiem! - z głębokich rozmyślań o wygodach wybudził mnie podekscytowany głos mojego kompana. - Kiedyś to widziałem!
Przechyliłam głowę, moje myśli płynęły wyjątkowo wolno, więc trochę mi zajęło zrozumienie tego co powiedział samiec.
- Mów dalej... - mruknęłam cicho jednocześnie przyglądając się miejscom z których mogły wylecieć śmiercionośne groty. A gdyby tak po prostu przebiec przez korytarz nie zatrzymując się?
Szybko jednak odeszłam od tego pomysłu - budowniczy tego kompleksu pokoi pewnie przemyśleli
tą możliwość.
- Ruda... Umiesz choć przez niecałą sekundę utrzymać się na tylnych łapach? - po tym jak rozległy się te słowa rzuciłam Brooke'owi zdziwione spojrzenie. Miałam nawet zamiar się zapytać
czy żartuje, ale w takiej sytuacji...
- W sumie to... nie wiem... - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wyczekując na reakcję samca,
który o dziwo się uśmiechnął.
- Zapraszam madame do tańca! - gdzieś wyczułam znaną nutkę ironii, naprawdę, czy on żartuje? Znajdujemy się w takiej dziwnej sytuacji... Ych. Rozejrzałam się dookoła, próbując nie spojrzeć lisowi w oczy.
- Ale... ja nie umiem tańczyć... - ściszyłam lekko głos, ciesząc się, że dzięki temu, że mam futro, Brooke nie zauważył moich (prawdopodobnie) zarumienionych policzków. Z niewiadomych mi przyczyn podniosłam swoją prawą łapkę, jakby mając nadzieję, że lis ją złapie, co oczywiście się
nie stało.
- Powiem ci ciekawostkę: Ja też nie umiem! - do moich uszu dobiegł przyjacielski śmiech, a ja uśmiechnęłam się. Jakoś sobie poradzimy!
Brooke? <3
Beta!
Witajcie kochani!
Mam przyjemność przedstawienia Wam nowej bety i jednocześnie mojej i Chalize prawej łapy. :v
Obrady trwały długo, bo decyzja nie należała do najłatwiejszych, ale już dłużej nie przeciągając:
Z ogromną radością informuję, że samicą beta naszego stada zostaje...
*proszę o bębny..*
*dramatyczne napięcie budowane zjazdem w dół*
*jeszcze trochę*
*i zdjątko*
Lori!
Gratulujemy z całego serca i życzymy wielu sukcesów na nowej drodze życia..
~Ace
środa, 31 maja 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Moje serce wróciło do normalnego rytmu kiedy usłyszałam, że kolejna zasuwa przestaje torować nam przejście. Jeszcze tylko dwie! Uśmiechnęłam się do Brooke'a, przecież dla niego takie zagadki to żaden problem!
- Bierzemy następną? - zapytałam się podchodząc do kolejnej maszyny, a samiec twierdząco pomachał głową. Nabrałam powietrza i nacisnęłam zielony przycisk. Cóż innego mogło się stać,
usłyszenie tego melodyjnego głosiku?
Co jest tak delikatne,
że mącisz to,
wypowiadając jego imię?
Przez chwilę nie rozumiałam o co chodzi, zagadka wydawała mi się za krótka w stosunku
do poprzednich... Rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę lisa, który pewnie nie tracił czasu na takie beznadziejne myślenie o długości łamigłówek. Dobrze, spróbuję przekalkulować całość starając się myśleć logicznie. Pomyślmy... może... serce? Przecież kiedy mówimy imię ukochanej osoby czujemy zamęt w sercu? Prawda? Chociaż... coś tu mi nie pasuje. Spojrzałam się w stronę samca, który najwyraźniej już krążył koło rozwiązania. Może przyjmę inną postawę, hmm... co można zmącić? Wodę oraz...
Wytężyłam swoje komórki które mijały się z celem. Poszukiwałam odpowiedzi we wszelkich zakamarkach mojego małego móżdżka. Miałam już to słowo na końcu języka...
Przeraźliwa cisza wbrew pozorom nie pozwalała mi tak łatwo... Mam, mam!
Już wstałam na nogi, by wypowiedzieć rozwiązanie zagadki.
- Cisza! - wyprzedził mnie głos Brooke'a. No pięknie! Przecież byłam już tak blisko
powiedzenia tego... Zastrzygłam uszami, powinnam się cieszyć, że mojemu towarzyszowi się udało...
- Już miałam zamiar odpowiedzieć! - mruknęłam, o dziwo z tymi słowami minęło
moje niezadowolenie. Przez sekundę widziałam wyraz zdziwienia na pysku samca, ale lis szybko
to 'zatuszował'.
- Dobrze, Ruda, następnym razem razem wyjawisz rozwiązanie... - wyczułam przyjacielską ironię
w jego głosie.
- Została nam ostatnia łamigłówka... Mogę kliknąć ostatni przycisk? - doskoczyłam do
czwartej machiny i przycisnęłam swoją łapką ostatni guzik.
Choć kołysze,
nie zna snu,
choć uchodzi,
nie ma nóg,
chociaż płynie,
to nie łódź,
choć się burzy,
to nie miód?
Brooke? Łapaj <3!
wtorek, 30 maja 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Zamrugałam, próbując ukryć rzeczywistość. Kolejny pokój, kolejne zadanie...
Westchnęłam cicho i otworzyłam szeroko oczy, miałam nadzieję, że to jest już ostatnie zadanie.
- Ruda, a wiesz, że pewnie w sforze myślą, że cię porwałem? - zanim obejrzałam dokładnie wnętrze pomieszczenia, usłyszałam głos mojego towarzysza.
- Skąd taki pomysł? - niepewnie odwróciłam głowę w stronę samca.
- Wiesz w końcu ja jestem nowy... I tak przypadkiem wyszło, że zniknęliśmy... - powiedział niepewnie, a ja dostrzegłam w tym dosyć dużą ilość sensu, poczułam się trochę głupio na myśl,
że Brooke może mieć przeze mnie większe kłopoty.
- Jeśli wyjdziemy stąd to obiecuję, że zaprzeczę temu. - uśmiechnęłam się.
- Czyli najpierw mamy stąd wyjść? - samiec udał zdziwienie.
Rozejrzeliśmy się po pokoju, moją uwagę zwróciły małe podwyższenia blisko ścian, wyglądały jakby były poprzykrywane obrusami, ale jednocześnie ich powierzchnia nie była typowa dla tej tkaniny. Innym dosyć wyraźnym elementem tego miejsca były drzwi, niby nic dziwnego w końcu przez co mielibyśmy przechodzić, ale widoczna była pewna różnica - wyraźnie można było zobaczyć kilka metalowych zasuw. Kiedy przeszłam już przez pokój usłyszałam ten sztuczny towarzyszący nam od początku wędrówki głos.
- Następny etap. - pewnie nie chce się już temu liczyć... - Podejdź do maszyny i kliknij guzik,
a dostaniecie zagadkę, za poprawne rozwiązanie będziecie o krok dalej.
Znowu? Przecież już było! Chociaż w sumie... Dobrze nie myślę już nad tym! Nie powinnam marnować swoich szarych komórek przed zagadkami!
- To... próbujemy? - zapytałam się swojego kompana, wiedziałam, że będę mogła na niego liczyć.
- A co mamy innego do roboty? - samiec już stał przed jednym podwyższeniem. Dopiero teraz zauważyłam, że na każdym z nich jest umieszczony nieduży zielony przycisk. Brooke podniósł niepewnie łapę i po wyjątkowo krótkiej chwili wcisnął guzik.
Gdzieś w głębi siebie spodziewałam się głośnego "BUM!", ale to nie nastąpiło, usłyszałam jedynie jakiś melodyjny głosik.
Tańczę, choć nie mam nóg,
Pożeram, choć nie mam ust,
Gasnę, choć nigdy nie żyłem
Powiedz, jak mi na imię?
Prychnęłam cicho, nawet ja połapałam się czym jest to coś. W końcu słowo "Gasnę" praktycznie od razu nakierowało mnie na "ogień".
- Mogę? - zapytałam się cicho lisa, który chcąc zrobić mi przyjemność twierdząco pomachał głową. Uśmiechnęłam się lekko i podeszłam do maszyny, nabrałam powietrza w płuca i powiedziałam starając się naśladować melodyjny ton.
- Odpowiedź brzmi: ogień. - kiedy skończyłam, przycisk zaświecił się i usłyszałam cichy brzdęk - jedna z zasuw przy drzwiach odsunęła się.
Brooke? <3
Westchnęłam cicho i otworzyłam szeroko oczy, miałam nadzieję, że to jest już ostatnie zadanie.
- Ruda, a wiesz, że pewnie w sforze myślą, że cię porwałem? - zanim obejrzałam dokładnie wnętrze pomieszczenia, usłyszałam głos mojego towarzysza.
- Skąd taki pomysł? - niepewnie odwróciłam głowę w stronę samca.
- Wiesz w końcu ja jestem nowy... I tak przypadkiem wyszło, że zniknęliśmy... - powiedział niepewnie, a ja dostrzegłam w tym dosyć dużą ilość sensu, poczułam się trochę głupio na myśl,
że Brooke może mieć przeze mnie większe kłopoty.
- Jeśli wyjdziemy stąd to obiecuję, że zaprzeczę temu. - uśmiechnęłam się.
- Czyli najpierw mamy stąd wyjść? - samiec udał zdziwienie.
Rozejrzeliśmy się po pokoju, moją uwagę zwróciły małe podwyższenia blisko ścian, wyglądały jakby były poprzykrywane obrusami, ale jednocześnie ich powierzchnia nie była typowa dla tej tkaniny. Innym dosyć wyraźnym elementem tego miejsca były drzwi, niby nic dziwnego w końcu przez co mielibyśmy przechodzić, ale widoczna była pewna różnica - wyraźnie można było zobaczyć kilka metalowych zasuw. Kiedy przeszłam już przez pokój usłyszałam ten sztuczny towarzyszący nam od początku wędrówki głos.
- Następny etap. - pewnie nie chce się już temu liczyć... - Podejdź do maszyny i kliknij guzik,
a dostaniecie zagadkę, za poprawne rozwiązanie będziecie o krok dalej.
Znowu? Przecież już było! Chociaż w sumie... Dobrze nie myślę już nad tym! Nie powinnam marnować swoich szarych komórek przed zagadkami!
- To... próbujemy? - zapytałam się swojego kompana, wiedziałam, że będę mogła na niego liczyć.
- A co mamy innego do roboty? - samiec już stał przed jednym podwyższeniem. Dopiero teraz zauważyłam, że na każdym z nich jest umieszczony nieduży zielony przycisk. Brooke podniósł niepewnie łapę i po wyjątkowo krótkiej chwili wcisnął guzik.
Gdzieś w głębi siebie spodziewałam się głośnego "BUM!", ale to nie nastąpiło, usłyszałam jedynie jakiś melodyjny głosik.
Tańczę, choć nie mam nóg,
Pożeram, choć nie mam ust,
Gasnę, choć nigdy nie żyłem
Powiedz, jak mi na imię?
Prychnęłam cicho, nawet ja połapałam się czym jest to coś. W końcu słowo "Gasnę" praktycznie od razu nakierowało mnie na "ogień".
- Mogę? - zapytałam się cicho lisa, który chcąc zrobić mi przyjemność twierdząco pomachał głową. Uśmiechnęłam się lekko i podeszłam do maszyny, nabrałam powietrza w płuca i powiedziałam starając się naśladować melodyjny ton.
- Odpowiedź brzmi: ogień. - kiedy skończyłam, przycisk zaświecił się i usłyszałam cichy brzdęk - jedna z zasuw przy drzwiach odsunęła się.
Brooke? <3
sobota, 27 maja 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Mogę z pewnością powiedzieć, że polubiłam stojącego obok mnie lisa, był trochę ironiczny
i sarkastyczny, ale za to potrafił mnie pocieszyć kiedy zaszła taka potrzeba....
Cóż teraz trzeba ruszyć swoje szare komórki i znaleźć powiązanie między liczbami. Jak już wcześniej mówiłam, matematyka to moja słaba stroną, więc ja chyba będę musiała zdać się
na szczęście. W końcu to czego ja nie przeżyłam, zdając się tylko na łut pomyślności.
Chociaż... a co jeśli tym razem losy nie okażą się pozytywne? Co jeśli nie wyjdziemy żywcem ze ścieżki śmierci?
- A może te zależności wystarczy zacząć, a potem już samo wyjdzie... - zasugerowałam niepewnie, kolejny raz zatrzymując łapę nad płytką z jedynką. Samiec przechylił głowę zastanawiając się nad sensem mojego pomysłu.
- Pierwszy kafelek chyba rozpocznie wszystkie zależności, możemy spróbować... - rzekł podchodząc w moją stronę. Przełknęłam ślinę i delikatnie nastąpiłam na płytkę... Przez chwilę trwała pełna napięcia cisza, ale nic większego się nie stało, jedynie jedynka się zaświeciła z cichym brzdękiem.
- Co teraz? - odwróciłam głowę by móc spojrzeć na zamyślonego Brooke'a.
- Teraz... Może... Obok ciebie jest dwójka? - zapytał się samiec, a ja po chwili potwierdziłam.
- Nawet dwie! - zaczęłam przygotowywać się do skoku.
- Te zależności to po prostu coś w typie jeden, dwa, trzy... - rzekł lis, a ja z większą pewnością skoczyłam na wskazany kafelek, na nieszczęście w momencie w którym dotknęłam łapą płytki,
ta... spadła, w ostatniej chwili odbiłam się i skoczyłam na losowy kafelek którym okazała się
inna jedynka. Zaczęłam drżeć ze zdenerwowania, ta sytuacja nieźle nadszarpnęła moje biedne nerwy.
- Żyjesz? - usłyszałam głos Brooke'a, wyczułam w nim dosyć sporą nutkę niepokoju.
- Nie, jestem martwa... - rzuciłam niespokojne spojrzenie na płytki znajdujące się obok mnie.
- Teraz... Skocz na drugą dwójkę, chyba już wiem jak to działa... - rzekł lis jednocześnie skacząc na pierwszy kafelek na jakim byłam. Zawahałam się, ale wierzyłam samcowi, więc już po chwili znajdowałam się na pokazanym elemencie który tak jak jedynka cicho brzdęknął. W tym czasie Brooke 'przeszedł' przez ścieżkę płytek na której wcześniej byłam.
- Rozumiesz już o co chodzi? - zapytał się, kiedy był już w odległości około metra ode mnie.
- Yyy... nie. - uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Teraz wskocz na trójkę! - powiedział.
- Ale... przecież to nie jest zależność typu "jeden, dwa, trzy"... - w czasie trwania tych słów wykonałam elegancki skok na wskazaną płytkę, która o dziwo wcale się nie poruszyła, a ja usłyszałam jedynie ten brzdęk.
- Teraz czwórka? - zastrzygłam uszami, próbując sobie przypomnieć dalszy ciąg ludzkich liczb.
- Nie, piątka! To nie jest po kolei! -usłyszałam i szybko dostrzegłam płytkę z tym numerkiem.
Mimo moich wątpliwości wykonałam długi sus w jej stronę. Oczywiście w momencie lądowania usłyszałam ten piękny pomyślny dźwięk.
Brooke? ♥♥♥(...)
i sarkastyczny, ale za to potrafił mnie pocieszyć kiedy zaszła taka potrzeba....
Cóż teraz trzeba ruszyć swoje szare komórki i znaleźć powiązanie między liczbami. Jak już wcześniej mówiłam, matematyka to moja słaba stroną, więc ja chyba będę musiała zdać się
na szczęście. W końcu to czego ja nie przeżyłam, zdając się tylko na łut pomyślności.
Chociaż... a co jeśli tym razem losy nie okażą się pozytywne? Co jeśli nie wyjdziemy żywcem ze ścieżki śmierci?
- A może te zależności wystarczy zacząć, a potem już samo wyjdzie... - zasugerowałam niepewnie, kolejny raz zatrzymując łapę nad płytką z jedynką. Samiec przechylił głowę zastanawiając się nad sensem mojego pomysłu.
- Pierwszy kafelek chyba rozpocznie wszystkie zależności, możemy spróbować... - rzekł podchodząc w moją stronę. Przełknęłam ślinę i delikatnie nastąpiłam na płytkę... Przez chwilę trwała pełna napięcia cisza, ale nic większego się nie stało, jedynie jedynka się zaświeciła z cichym brzdękiem.
- Co teraz? - odwróciłam głowę by móc spojrzeć na zamyślonego Brooke'a.
- Teraz... Może... Obok ciebie jest dwójka? - zapytał się samiec, a ja po chwili potwierdziłam.
- Nawet dwie! - zaczęłam przygotowywać się do skoku.
- Te zależności to po prostu coś w typie jeden, dwa, trzy... - rzekł lis, a ja z większą pewnością skoczyłam na wskazany kafelek, na nieszczęście w momencie w którym dotknęłam łapą płytki,
ta... spadła, w ostatniej chwili odbiłam się i skoczyłam na losowy kafelek którym okazała się
inna jedynka. Zaczęłam drżeć ze zdenerwowania, ta sytuacja nieźle nadszarpnęła moje biedne nerwy.
- Żyjesz? - usłyszałam głos Brooke'a, wyczułam w nim dosyć sporą nutkę niepokoju.
- Nie, jestem martwa... - rzuciłam niespokojne spojrzenie na płytki znajdujące się obok mnie.
- Teraz... Skocz na drugą dwójkę, chyba już wiem jak to działa... - rzekł lis jednocześnie skacząc na pierwszy kafelek na jakim byłam. Zawahałam się, ale wierzyłam samcowi, więc już po chwili znajdowałam się na pokazanym elemencie który tak jak jedynka cicho brzdęknął. W tym czasie Brooke 'przeszedł' przez ścieżkę płytek na której wcześniej byłam.
- Rozumiesz już o co chodzi? - zapytał się, kiedy był już w odległości około metra ode mnie.
- Yyy... nie. - uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Teraz wskocz na trójkę! - powiedział.
- Ale... przecież to nie jest zależność typu "jeden, dwa, trzy"... - w czasie trwania tych słów wykonałam elegancki skok na wskazaną płytkę, która o dziwo wcale się nie poruszyła, a ja usłyszałam jedynie ten brzdęk.
- Teraz czwórka? - zastrzygłam uszami, próbując sobie przypomnieć dalszy ciąg ludzkich liczb.
- Nie, piątka! To nie jest po kolei! -usłyszałam i szybko dostrzegłam płytkę z tym numerkiem.
Mimo moich wątpliwości wykonałam długi sus w jej stronę. Oczywiście w momencie lądowania usłyszałam ten piękny pomyślny dźwięk.
Brooke? ♥♥♥(...)
piątek, 26 maja 2017
Od Lori - seria eventowa #17 (2)
Handlarz zdenerwowany, rzucił w stronę Kiriia woreczek o który tak zażarcie się sprzeczali. Jasnowłosy już sięgnął do kieszeni po monety, ale sprzedawca krzyknął.
- Dość mam rachowania! Zejdź mi z oczu...! - kiedy skończył po uliczce rozniosły się gromkie brawa i oklaski, a ja ze zdumienia otworzyłam pyszczek. Kto by się spodziewał, że handlarz nie wytrzyma i sam z siebie odda przedmiot...
*
- Co jest w tym worku? - zapytałam się kiedy oddalaliśmy się od sklepików. Kiriio pociągnął za sznurek od 'szmatki' ukazując mi zawartość, muszę przyznać, że trochę się zawiodłam - spodziewałam się jakiegoś niezwykłego przedmiotu, a moim oczom ukazał się jedynie jakiś fioletowy drobny proszek.
- Co to ma być? - nie umiałam ukryć nutki zawodu w głosie.
- Rig Azterski, lecznicza substancja... - powiedział mój towarzysz. - Zwykle jest dosyć droga,
ale widziałaś za ile ją kupiłem...
- A z czego to jest zrobione? - zapytałam się.
- Tworzenie tego jest dosyć kosztowne: sproszkowany szpon gryfa, kawałek mandragory,
fioletowa łuska smoka leśnego, kilka liści wawrzynu... i kilka innych składników, których zdobycie jest niezwykle trudne.
Już miałam zamiar zadać następne pytanie, ale nie zdążyłam, ponieważ nagle kątem oka spostrzegłam jakąś masywną budowlę.
- T...to jest zamek Złotych? - wybąkałam dziwiąc się w duchu, że wcześniej nie zauważyłam tego ogromnego pałacu. Chociaż, w sumie to nie jest prawda - już tam jeden raz byłam podczas lotu na tamtym kruku, ale wtedy widziałam jedynie platformę i schody.
- Jak myślisz, jakie zadanie nam przydzielą? - oderwałam oczy od imponujących wierz i spojrzałam się na Kiriia.
- Pewnie każą nam pójść z poselstwem do Niebieskich lub Zielonych, nie przepadam za tym zadaniem, ale monety same do sakiewki nie wpadną! - uśmiechnął się lekko jasnowłosy, a ja mruknęłam coś w stylu "Masz rację". W sumie cóż mi szkodziła kolejna przygoda? Taką mam pracę, tak naprawdę to nawet mi się to podoba - życie na krawędzi...
- Dość mam rachowania! Zejdź mi z oczu...! - kiedy skończył po uliczce rozniosły się gromkie brawa i oklaski, a ja ze zdumienia otworzyłam pyszczek. Kto by się spodziewał, że handlarz nie wytrzyma i sam z siebie odda przedmiot...
*
- Co jest w tym worku? - zapytałam się kiedy oddalaliśmy się od sklepików. Kiriio pociągnął za sznurek od 'szmatki' ukazując mi zawartość, muszę przyznać, że trochę się zawiodłam - spodziewałam się jakiegoś niezwykłego przedmiotu, a moim oczom ukazał się jedynie jakiś fioletowy drobny proszek.
- Co to ma być? - nie umiałam ukryć nutki zawodu w głosie.
- Rig Azterski, lecznicza substancja... - powiedział mój towarzysz. - Zwykle jest dosyć droga,
ale widziałaś za ile ją kupiłem...
- A z czego to jest zrobione? - zapytałam się.
- Tworzenie tego jest dosyć kosztowne: sproszkowany szpon gryfa, kawałek mandragory,
fioletowa łuska smoka leśnego, kilka liści wawrzynu... i kilka innych składników, których zdobycie jest niezwykle trudne.
Już miałam zamiar zadać następne pytanie, ale nie zdążyłam, ponieważ nagle kątem oka spostrzegłam jakąś masywną budowlę.
- T...to jest zamek Złotych? - wybąkałam dziwiąc się w duchu, że wcześniej nie zauważyłam tego ogromnego pałacu. Chociaż, w sumie to nie jest prawda - już tam jeden raz byłam podczas lotu na tamtym kruku, ale wtedy widziałam jedynie platformę i schody.
- Jak myślisz, jakie zadanie nam przydzielą? - oderwałam oczy od imponujących wierz i spojrzałam się na Kiriia.
- Pewnie każą nam pójść z poselstwem do Niebieskich lub Zielonych, nie przepadam za tym zadaniem, ale monety same do sakiewki nie wpadną! - uśmiechnął się lekko jasnowłosy, a ja mruknęłam coś w stylu "Masz rację". W sumie cóż mi szkodziła kolejna przygoda? Taką mam pracę, tak naprawdę to nawet mi się to podoba - życie na krawędzi...
czwartek, 25 maja 2017
Od Lori - seria eventowa #16 (2)
Szłam razem z jasnowłosym przez uliczki miasta. Wszędzie gdzie okiem sięgnęłam rozciągały się kolorowe stragany. Muszę przyznać, że przyzwyczaiłam się już do różnorodności raz wokół mnie, teraz nawet podejrzanie wyglądające stworzenia nie wzbudzały już takiego strachu jak dawniej.
W ostatnim czasie zaczęłam się zastanawiać nad pewną sprawą - jak powrócić do swojego stada oraz czy w ogóle mam zamiar wracać? Tutaj mam już ułożone życie, wysoki stopień, powszechne uznanie, przyjaciół... chociaż to wszystko miałam też w 'normalnym' świecie. Nie, nie mogę mówić
o światach 'normalnych i 'nienormalnych', ponieważ z punktu widzenia mieszkańców to może wyglądać zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.
Kiriio zatrzymał się przy jakimś stoisku i nagle zaczął się szybko targować ze sprzedawcą,
muszę przyznać, że ta sytuacja wyglądała wyjątkowo ciekawie - w jednym momencie cena szła gwałtownie w górę, a w następnej chwili obniżała się błyskawicznie. Elf chyba miał przewagę,
ponieważ 'drugiej stronie' szybko zrzedła mina, kiedy zauważył, że to idzie na jego niekorzyść.
Wokół tego wydarzenia zebrał się tłum gapiów - każdy krzyczał jakąś radę, podbijał cenę, albo po prostu gapił się na coraz to bardziej zażartą walkę. Tak naprawdę to już wiedziałam, że mój znajomy wygra, z czego co się dowiedziałam to Kiriio kiedyś pomagał swojemu ojcu (kupcowi) podczas negocjacji, a ta umiejętność należy do tych ważniejszych.
- Ale tego nie da się sprzedać za piętnaście! - przekrzykiwał wszystkich sprzedawca.
- Da się, uwierz mi, za czternaście nawet by się udało! - dopowiedział elf nie czekając.
- Piętnaście, czternaście! - tłum próbował nadążyć za tokiem wydarzeń. Patrzyłam raz to na jasnowłosego, a raz to na coraz bardziej zdenerwowanego handlarza. "Dawaj!" - po prostu czekałam aż ktoś popełni zły ruch i na tym straci, miałam nadzieję, że to będzie ten kupiec.
- Dwanaście! - nagle krzyknęli wszyscy gapie, a ja uśmiechnęłam się - negocjacje szły pełną parą.
- Dziesięć? Żartujesz sobie? -
- Wiesz... Jedenaście to nawet dobra cena... - rzekł Kiriio, wiedząc, że 'zwycięstwo' już ma
w kieszeni. W sumie to nie wiedziałam kogo słuchać: ludu czy 'konfliktu'...
- Sprzedane! - w pewnym momencie krzyknął handlarz.
W ostatnim czasie zaczęłam się zastanawiać nad pewną sprawą - jak powrócić do swojego stada oraz czy w ogóle mam zamiar wracać? Tutaj mam już ułożone życie, wysoki stopień, powszechne uznanie, przyjaciół... chociaż to wszystko miałam też w 'normalnym' świecie. Nie, nie mogę mówić
o światach 'normalnych i 'nienormalnych', ponieważ z punktu widzenia mieszkańców to może wyglądać zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.
Kiriio zatrzymał się przy jakimś stoisku i nagle zaczął się szybko targować ze sprzedawcą,
muszę przyznać, że ta sytuacja wyglądała wyjątkowo ciekawie - w jednym momencie cena szła gwałtownie w górę, a w następnej chwili obniżała się błyskawicznie. Elf chyba miał przewagę,
ponieważ 'drugiej stronie' szybko zrzedła mina, kiedy zauważył, że to idzie na jego niekorzyść.
Wokół tego wydarzenia zebrał się tłum gapiów - każdy krzyczał jakąś radę, podbijał cenę, albo po prostu gapił się na coraz to bardziej zażartą walkę. Tak naprawdę to już wiedziałam, że mój znajomy wygra, z czego co się dowiedziałam to Kiriio kiedyś pomagał swojemu ojcu (kupcowi) podczas negocjacji, a ta umiejętność należy do tych ważniejszych.
- Ale tego nie da się sprzedać za piętnaście! - przekrzykiwał wszystkich sprzedawca.
- Da się, uwierz mi, za czternaście nawet by się udało! - dopowiedział elf nie czekając.
- Piętnaście, czternaście! - tłum próbował nadążyć za tokiem wydarzeń. Patrzyłam raz to na jasnowłosego, a raz to na coraz bardziej zdenerwowanego handlarza. "Dawaj!" - po prostu czekałam aż ktoś popełni zły ruch i na tym straci, miałam nadzieję, że to będzie ten kupiec.
- Dwanaście! - nagle krzyknęli wszyscy gapie, a ja uśmiechnęłam się - negocjacje szły pełną parą.
- Dziesięć? Żartujesz sobie? -
- Wiesz... Jedenaście to nawet dobra cena... - rzekł Kiriio, wiedząc, że 'zwycięstwo' już ma
w kieszeni. W sumie to nie wiedziałam kogo słuchać: ludu czy 'konfliktu'...
- Sprzedane! - w pewnym momencie krzyknął handlarz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


