Po ostatnim czasie ostatnią rzeczą na którą miałbym ochotę było oglądanie przyszłości, Szkoda, że na dodatek te wszystkie przekazy są tak niejasne, że można je zrozumieć zupełnie na opak! Ech, szkoda słów... W sumie to im szybciej to mnie tym lepiej, no dobra teraz moja kolej...
Ciemność, a w niej niewyraźne obrazy. Jakieś tajemnicze postacie? Tak, widać ich świecące się w mroku oczy. No, całkiem przyjemnie. Wydawało mi się, że szepcą coś do siebie, brać to za zły omen? Nad moją głową coś błysnęło, srebrny Księżyc otoczony wolno snującą się mgiełką. On patrzy, on nas widzi. W powietrzu obok mnie zmaterializowały się dwie lisopodobne postacie, wyglądały jakby były z dymu, naszpikowały mnie swoim spojrzeniem i nieśpiesznie podniosły głowy. Przede mną pojawiły się się jakieś złote schody, dziwne. Coś kazało mi nimi wejść, co zrobiłem bez ociągania. W tym samym momencie w powietrzu rozległo się jakieś dziwne nucenie.
Kto obietnic nie wypełnia,
Jest jak łąka chwastów pełna.
A gdy się rozplenią chwasty,
Jest jak łąka w śnieżnej zaspie..
Zaciekawiony prułem dalej, a nucenie się nasilało z każdym moim krokiem. Nie mogłem jednak przestać. Byłem wciągnięty, musiałem.
A gdy przejdą śnieżne burze,
Jest jak ptak, co siadł na murze.
A gdy ptak się z muru zerwie,
Jest jak jastrząb hen, na niebie...
Przez myśl przeszło mi pytanie "Jakiej obietnicy nie wypełniłem?", ale wnet przypomniało mi się. Z kamiennym wyrazem na pysku ruszyłem dalej. Musiałem przetrwać, nie mogłem się załamać!
A gdy niebo ryknie grzmotem,
Jest jak lew, co siadł pod płotem.
A gdy płot się ugnie z trzaskiem,
Jest jak bat, co grzbiet twój chlaszcze...
Stopień po stopniu, stopień po stopniu. Czy to ma koniec, czy jest w tym jakiś cel?
A gdy grzbiet ci z bólu ścierpnie,
Jest jak nuż wrażony w serce.
A gdy w sercu krwi nie stanie,
Toś już zimny trup, mój panie!
Zobaczyłem jak schody powoli się rozpadają, nie mogłem zawrócić! Rzuciłem się w górę, czułem, że zaraz zobaczę cel. Czując drżenie i skakałem po kruszejących stopniach. Nagle musiałem zmrużyć oczy, przede mną stała jakaś świecąca złotym blaskiem brama! Skupiłem wszystkie swoje siły by do niej dotrzeć, ale kiedy dzielił mnie ostatni skok schody zapadły się. W ostatniej chwil puściłem się w tamtą stronę...
Otworzyłem gwałtownie oczy, udało mi się? Spojrzałem na stojące obok lisy, czy one też mogły mieć podobne wizje?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pelikar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pelikar. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 lipca 2017
sobota, 8 lipca 2017
Od Pelikara do Rity
Od tego momentu powoli mijały tygodnie, ale żal nie znikał. Nie potrafił, po prostu utrzymywał się nie umiejąc odejść, można by to określić mianem przywiązania. Depresja? Nie, nie tym razem, wyszło na to, że po prostu żyłem tym smutkiem, wypełniłem się nim jak puste naczynie. Powiedzmy, że porównam się do kubka, tak tylko, że jak Lao Tsy mawiał "Przydatność kubka polega na tym, że jest pusty" co w "wolnym myśleniu" oznacza, że na razie jedyną rzeczą do jakiej jestem zdolny jest znalezienie tego cytatu...
Odkąd ona została skazana na banicję, na moim grzbiecie spoczął pełny ciężar opieki nad synem. Najgorsze jest to, że nie potrafię mu powiedzieć w cztery oczy, że praktycznie już nie ma matki oraz siostry. Czuję, że coś podejrzewa, ale nie odważył się jeszcze tego wyjawić, a moja historia opowiadająca o tym, że są na długiej wędrówce chyba jeszcze pogłębiła dół który trzeba wypełnić wytłumaczeniami. Tak, wiem, że na samym dnie znajdę swoje własne smutki i zmartwienia, które po rozmowie zostaną zakopane i powinny zostać tam już do końca dni.
Siedziałem przy stoliki próbując przetłumaczyć jedną z ksiąg, dziś szło mi gorzej niż tego dnia w którym... No właśnie! Omal nie spadłem z krzesła, podbiegłem do jednej z szuflad, odsunąłem ją i moim oczom ukazał się dar od duchów - piękny turkusowy kamień, chociaż nie, to nie była już ta piękna barwa - na upominku widniała dziwna krwista plama. Zniechęcony spojrzałem w stronę kredensu, zawsze byłem przeciwny, ale może pomoże?
Jakoś od samego rana dziś mnie prześladuje pech,
w świat odeszła ukochana wczoraj, więc piłem za trzech,
wziąłem za łóżko podłogę w skutek wczorajszych psot,
a do tego przez drogę przebiegł mi czarny kot!
Każdy problem do mnie wraca,
Jezu jak się nie wyspałem,
chyba takiego kaca jeszcze nigdy nie miałem!
I chociaż nerwy mam ze stali, to nie widzę już nadziei,
bo jak już coś się wali, to się wali po kolei!
W przedpokoju miałem ciemnię jak przed lustrem piłem,
by nie było zbyt przyjemnie to tak wyszło, że je zbiłem!
Rano wstała lewa noga, więc do kościoła wbiję,
bo jak trwoga to do Boga, nawet się nie kryję!
Człowiek Jemu się pożali, a On, że Święci tak chcieli,
i że jak już coś się wali, to się wali po kolei!
Będzie gorzej pomyślałem, a więc by nic się nie stało,
w niemalowane odpukałem, ale to nic nie dało!
Nie wiem, czy tak dłużej mogę, tak uśmierzyć ból,
ale na podłogę rozsypałem sól!
Biorę z flaszki łyk, wychodzę, idę obijając ściany,
mówię przechodniom po drodze, że nie jestem pijany.
Mundurowi obok stali, więc na izbę mnie wzięli,
bo jak już coś się wali, to się wali po kolei!
Gdy się wszystko w głowie miesza, ty baczenie na to miej,
bo ta myśl w sumie pociesza, że po wszystkim jest okey,
i nie pogub się w tym wątku, bo wtedy jest bez zwątpienia,
że kiedy jest w porządku, to się tego nie docenia!
Lecz na wskutek tej zabawy, moje myśli tak mają,
jak to jest, że fajne sprawy, się po sobie nie zdarzają.
Więc kiedy los rozdawali, bo chyba innego nie mieli,
że jak już coś się wali, to się wali po kolei!
Tekst nie jest z zasady "kopiuj wklei", więc trochę czasu to mnie kosztowało.
Autor: Wojtek Szumański "Po kolei".
Obudziłem się, od razu zaatakował mnie ból głowy. Kac. Jest w okolicy jakaś tabletka albo chociaż woda? Wstałem ociężale, zawiodłem, zawiodłem po całości, wszystkich.
Rita?
Odkąd ona została skazana na banicję, na moim grzbiecie spoczął pełny ciężar opieki nad synem. Najgorsze jest to, że nie potrafię mu powiedzieć w cztery oczy, że praktycznie już nie ma matki oraz siostry. Czuję, że coś podejrzewa, ale nie odważył się jeszcze tego wyjawić, a moja historia opowiadająca o tym, że są na długiej wędrówce chyba jeszcze pogłębiła dół który trzeba wypełnić wytłumaczeniami. Tak, wiem, że na samym dnie znajdę swoje własne smutki i zmartwienia, które po rozmowie zostaną zakopane i powinny zostać tam już do końca dni.
Siedziałem przy stoliki próbując przetłumaczyć jedną z ksiąg, dziś szło mi gorzej niż tego dnia w którym... No właśnie! Omal nie spadłem z krzesła, podbiegłem do jednej z szuflad, odsunąłem ją i moim oczom ukazał się dar od duchów - piękny turkusowy kamień, chociaż nie, to nie była już ta piękna barwa - na upominku widniała dziwna krwista plama. Zniechęcony spojrzałem w stronę kredensu, zawsze byłem przeciwny, ale może pomoże?
Jakoś od samego rana dziś mnie prześladuje pech,
w świat odeszła ukochana wczoraj, więc piłem za trzech,
wziąłem za łóżko podłogę w skutek wczorajszych psot,
a do tego przez drogę przebiegł mi czarny kot!
Każdy problem do mnie wraca,
Jezu jak się nie wyspałem,
chyba takiego kaca jeszcze nigdy nie miałem!
I chociaż nerwy mam ze stali, to nie widzę już nadziei,
bo jak już coś się wali, to się wali po kolei!
W przedpokoju miałem ciemnię jak przed lustrem piłem,
by nie było zbyt przyjemnie to tak wyszło, że je zbiłem!
Rano wstała lewa noga, więc do kościoła wbiję,
bo jak trwoga to do Boga, nawet się nie kryję!
Człowiek Jemu się pożali, a On, że Święci tak chcieli,
i że jak już coś się wali, to się wali po kolei!
Będzie gorzej pomyślałem, a więc by nic się nie stało,
w niemalowane odpukałem, ale to nic nie dało!
Nie wiem, czy tak dłużej mogę, tak uśmierzyć ból,
ale na podłogę rozsypałem sól!
Biorę z flaszki łyk, wychodzę, idę obijając ściany,
mówię przechodniom po drodze, że nie jestem pijany.
Mundurowi obok stali, więc na izbę mnie wzięli,
bo jak już coś się wali, to się wali po kolei!
Gdy się wszystko w głowie miesza, ty baczenie na to miej,
bo ta myśl w sumie pociesza, że po wszystkim jest okey,
i nie pogub się w tym wątku, bo wtedy jest bez zwątpienia,
że kiedy jest w porządku, to się tego nie docenia!
Lecz na wskutek tej zabawy, moje myśli tak mają,
jak to jest, że fajne sprawy, się po sobie nie zdarzają.
Więc kiedy los rozdawali, bo chyba innego nie mieli,
że jak już coś się wali, to się wali po kolei!
Tekst nie jest z zasady "kopiuj wklei", więc trochę czasu to mnie kosztowało.
Autor: Wojtek Szumański "Po kolei".
Obudziłem się, od razu zaatakował mnie ból głowy. Kac. Jest w okolicy jakaś tabletka albo chociaż woda? Wstałem ociężale, zawiodłem, zawiodłem po całości, wszystkich.
Rita?
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Od Pelikara
Nieśpiesznie przemykałem pomiędzy krzakami, nie musiałem się zbyt śpieszyć - teraz polowałem jedynie by uzupełnić zapasy, które w ostatnim czasie zaczęły znikać szybciej niż zwykle.
Niesamowity zapach żywicy roznosił się w powietrzu, owady choć denerwujące latały wkoło jakby we wspaniałym tańcu. Powoli zapominałem o swoim celu, po prostu spacerowałem po lesie...
tak dla przyjemności...
Ach, pamiętam te czasy kiedy szumiące liście drzew były jedynie marzeniem biednego liska żyjącego za kratami zimnej kratki. Wbrew pozorom nie cierpiałem tam zbyt, byli tam ci nieliczni dobrzy ludzie którzy traktowali mnie jako przyjaciela, a nie maszynkę do pieniędzy, jedynie czasami zamykałem oczy i wyobrażałem sobie życie wolnego stworzenia... Ciekawe jakie są dalsze losy reszty trupy cyrkowej? Może wrócę się po swoich śladach i ruszę śladem innych?
Rozejrzałem się dookoła, chyba nikogo w okolicy nie było...
- Mam nadzieję, że nie zapomniałem tych sztuczek... Niektóre są nawet przydatne...
W jednym momencie podniosłem się na tylne łapy, widząc, że to nie sprawia mi
większego problemu, jednym susem przeniosłem się na dwie przednie łapy. Z tą sztuką zawsze były jakieś wątpliwości, więc nie wykonywałem jej na pokazach, w sumie to jedynie mój trener oraz Nick wiedzieli o tej umiejętności. Pamiętam jeszcze tego lisa, to on opowiedział mi o wspaniałości życia poza kratami...
Przeskoczyłem zgrabnym skokiem przez jakiś wartki strumyk. W ostatnim czasie dosyć dużo chwil poświęcałem wspomnieniom o 'starym' życiu... A gdyby tak kiedy Klemens i Mira podrosną wybrać się na wyprawę?
Nie zdążyłem w myślach dodać niczego więcej, ponieważ niespodziewanie do mojego nosa dotarł zapach jakiegoś szaraka, cóż historia historią, żołądek sam się nie zapełni!
Potruchtałem żwawo w tamtą stronę, ale... ktoś już tam był.
Jakaś nieznana Pelikarowi postać?
Niesamowity zapach żywicy roznosił się w powietrzu, owady choć denerwujące latały wkoło jakby we wspaniałym tańcu. Powoli zapominałem o swoim celu, po prostu spacerowałem po lesie...
tak dla przyjemności...
Ach, pamiętam te czasy kiedy szumiące liście drzew były jedynie marzeniem biednego liska żyjącego za kratami zimnej kratki. Wbrew pozorom nie cierpiałem tam zbyt, byli tam ci nieliczni dobrzy ludzie którzy traktowali mnie jako przyjaciela, a nie maszynkę do pieniędzy, jedynie czasami zamykałem oczy i wyobrażałem sobie życie wolnego stworzenia... Ciekawe jakie są dalsze losy reszty trupy cyrkowej? Może wrócę się po swoich śladach i ruszę śladem innych?
Rozejrzałem się dookoła, chyba nikogo w okolicy nie było...
- Mam nadzieję, że nie zapomniałem tych sztuczek... Niektóre są nawet przydatne...
W jednym momencie podniosłem się na tylne łapy, widząc, że to nie sprawia mi
większego problemu, jednym susem przeniosłem się na dwie przednie łapy. Z tą sztuką zawsze były jakieś wątpliwości, więc nie wykonywałem jej na pokazach, w sumie to jedynie mój trener oraz Nick wiedzieli o tej umiejętności. Pamiętam jeszcze tego lisa, to on opowiedział mi o wspaniałości życia poza kratami...
Przeskoczyłem zgrabnym skokiem przez jakiś wartki strumyk. W ostatnim czasie dosyć dużo chwil poświęcałem wspomnieniom o 'starym' życiu... A gdyby tak kiedy Klemens i Mira podrosną wybrać się na wyprawę?
Nie zdążyłem w myślach dodać niczego więcej, ponieważ niespodziewanie do mojego nosa dotarł zapach jakiegoś szaraka, cóż historia historią, żołądek sam się nie zapełni!
Potruchtałem żwawo w tamtą stronę, ale... ktoś już tam był.
Jakaś nieznana Pelikarowi postać?
piątek, 26 maja 2017
Od Pelikara
W ostatnim czasie ciągle byłem zajęty, w końcu opiekuję się dziećmi oraz pracuję...
Spojrzałem się w rozgwieżdżone niebo próbując odszukać jakiś znany mi gwiazdozbiór,
Sil i szczenięta pewnie już od dawna śpią... No tak w końcu już jest druga w nocy. Co ja robię poza norką o tak późnej godzinie? Jedno słowo: bezsenność. Najchętniej położyłbym się spać
jak najszybciej, ale w ostatnim czasie jest to niemożliwe. I nie, tu nie chodzi o męczące rodzicielstwo czy tym podobne, można powiedzieć, że po prostu w ostatnim czasie mało sypiam.
Zawróciłem, mając nadzieję, że może tej nocy może uda mi się zasnąć... Wszedłem jak najciszej
do nory, nie chcąc zbudzić rodziny. W pewnym momencie usłyszałem jakieś głosy dobiegające
z dziecięcego pokoju, to zjawisko zaniepokoiło mnie. Szybko złapałem za jakiś ostry kamień
i jeszcze ciszej niż wcześniej ruszyłem w stronę pomieszczenia. Dźwięki były wyjątkowo donośne... oraz radosne, jak to możliwe, że Sil ich nie usłyszała? Zadrżałem, a co jeśli...
Wychyliłem głowę zza rogu i moim oczom ukazał się iście niecodzienny widok, po pokoju wesoło przechodziły dosyć dobrze znane mi istoty; duchy. Rozpoznałem je od razu, ponieważ jeszcze
z pamięci nie uciekł mi dzień w którym trafiłem do Rzecznej Jaskini.
- Co wy tu robicie?! - powiedziałem dosyć cicho, ale nie ze strachu, po prostu wiedziałem, że moja luba nie widzi oraz nie słyszy tych tworów.
Maskarada błyskawicznie spojrzała się w moją stronę, oni też mnie znali.
- Felix! - nagle z tłumu wyłonił się mały lisek dzięki któremu otrzymałem dar.
- Cześć! Czy nie powinniście być przypadkiem w zaświatach? - zapytałem się.
- Mamy przepustkę! - jakiś upiór rzucił w moją stronę kawałek papieru z ektoplazmy, którego oczywiście nie mogłem przeczytać, ponieważ po prostu przeze mnie przeleciał zostawiając po sobie uczucie jakby ktoś oblał mnie lodowatą wodą.
- Wiecie, że nie mogę tego złapać? - mruknąłem. - Proszę powiedzcie mi prawdziwy powód
waszej wizyty...
Pewna lisica która wyglądała na przywódczynie tej maskarady wskazała łapą na leżące obok na posłaniu szczenięta. Dopiero teraz zauważyłem, że Klemens nie śpi, tylko wodzi swoimi oczami
za duszami.
- On nas nie widzi, ale wyczuwa naszą obecność... Jest w nim potencjał... - uśmiechnęła się.
Spojrzałem się w rozgwieżdżone niebo próbując odszukać jakiś znany mi gwiazdozbiór,
Sil i szczenięta pewnie już od dawna śpią... No tak w końcu już jest druga w nocy. Co ja robię poza norką o tak późnej godzinie? Jedno słowo: bezsenność. Najchętniej położyłbym się spać
jak najszybciej, ale w ostatnim czasie jest to niemożliwe. I nie, tu nie chodzi o męczące rodzicielstwo czy tym podobne, można powiedzieć, że po prostu w ostatnim czasie mało sypiam.
Zawróciłem, mając nadzieję, że może tej nocy może uda mi się zasnąć... Wszedłem jak najciszej
do nory, nie chcąc zbudzić rodziny. W pewnym momencie usłyszałem jakieś głosy dobiegające
z dziecięcego pokoju, to zjawisko zaniepokoiło mnie. Szybko złapałem za jakiś ostry kamień
i jeszcze ciszej niż wcześniej ruszyłem w stronę pomieszczenia. Dźwięki były wyjątkowo donośne... oraz radosne, jak to możliwe, że Sil ich nie usłyszała? Zadrżałem, a co jeśli...
Wychyliłem głowę zza rogu i moim oczom ukazał się iście niecodzienny widok, po pokoju wesoło przechodziły dosyć dobrze znane mi istoty; duchy. Rozpoznałem je od razu, ponieważ jeszcze
z pamięci nie uciekł mi dzień w którym trafiłem do Rzecznej Jaskini.
- Co wy tu robicie?! - powiedziałem dosyć cicho, ale nie ze strachu, po prostu wiedziałem, że moja luba nie widzi oraz nie słyszy tych tworów.
Maskarada błyskawicznie spojrzała się w moją stronę, oni też mnie znali.
- Felix! - nagle z tłumu wyłonił się mały lisek dzięki któremu otrzymałem dar.
- Cześć! Czy nie powinniście być przypadkiem w zaświatach? - zapytałem się.
- Mamy przepustkę! - jakiś upiór rzucił w moją stronę kawałek papieru z ektoplazmy, którego oczywiście nie mogłem przeczytać, ponieważ po prostu przeze mnie przeleciał zostawiając po sobie uczucie jakby ktoś oblał mnie lodowatą wodą.
- Wiecie, że nie mogę tego złapać? - mruknąłem. - Proszę powiedzcie mi prawdziwy powód
waszej wizyty...
Pewna lisica która wyglądała na przywódczynie tej maskarady wskazała łapą na leżące obok na posłaniu szczenięta. Dopiero teraz zauważyłem, że Klemens nie śpi, tylko wodzi swoimi oczami
za duszami.
- On nas nie widzi, ale wyczuwa naszą obecność... Jest w nim potencjał... - uśmiechnęła się.
piątek, 19 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Dobrze, teraz tylko jak powiedzieć Sil o tym, że mamy syna... Klemens chwilowo był pilnowany przez Chali, ponieważ jak uznała: "Sprawą prywatną jest to jak wytłumaczysz swojej małżonce,
że wasz syn żyje".
- Kochanie słuchaj, ponieważ jest to trochę... mocne. - zacząłem powoli i zacząłem tłumaczyć lisicy historię szlachetnej śmierci Światowida. Kiedy skończyłem, zobaczyłem, że samica stoi jak wyryta.
- T...to znaczy, ż...że... mamy syna! - powiedziała jąkając się Silette.
- Tak! Przygotuj koc, już po niego idę! - uśmiechnąłem się, mimo iż wciąż było mi smutno z powodu dwóch innych szczeniąt, postanowiłem uznać, że już jedno młode jest cudem...
Wybiegłem prędko z nory, jednocześnie zdając sobie sprawę z pewnych słów "Jeśli małżeństwo się kłóci to znaczy, że im na sobie zależy", chyba jest w tym trochę prawdy. Po niecałej minucie już wracałem z małym Klemensem w ramionach, byłem ciekaw jak zareaguje moja luba kiedy zobaczy swoje dziecko. Lekko zwalniając krok, wszedłem do swojego lokum.
- Kochana! Patrz na niego! - powiedziałem przekazując matce szczenię.
Sil?
że wasz syn żyje".
- Kochanie słuchaj, ponieważ jest to trochę... mocne. - zacząłem powoli i zacząłem tłumaczyć lisicy historię szlachetnej śmierci Światowida. Kiedy skończyłem, zobaczyłem, że samica stoi jak wyryta.
- T...to znaczy, ż...że... mamy syna! - powiedziała jąkając się Silette.
- Tak! Przygotuj koc, już po niego idę! - uśmiechnąłem się, mimo iż wciąż było mi smutno z powodu dwóch innych szczeniąt, postanowiłem uznać, że już jedno młode jest cudem...
Wybiegłem prędko z nory, jednocześnie zdając sobie sprawę z pewnych słów "Jeśli małżeństwo się kłóci to znaczy, że im na sobie zależy", chyba jest w tym trochę prawdy. Po niecałej minucie już wracałem z małym Klemensem w ramionach, byłem ciekaw jak zareaguje moja luba kiedy zobaczy swoje dziecko. Lekko zwalniając krok, wszedłem do swojego lokum.
- Kochana! Patrz na niego! - powiedziałem przekazując matce szczenię.
Sil?
czwartek, 18 maja 2017
Od Pelikara
Dzień jak każdy inny... Szary bezbarwny, bez żadnego sensu...
Po prostu leżałem w jakiejś wykopanej przez siebie norce znajdującej się między korzeniami jakiegoś drzewa. Czy jestem złym lisem? Chyba nie... To czemu zostałem ukarany? Nieznane są wyroki.
Gdy tak myślałem, przytłaczany coraz to nowym nawałem myśli, udało mi się usłyszeć czyjeś kroki.
Niechętnie wyszedłem z mojej kryjówki i spojrzałem w stronę z której dochodziły odgłosy.
Przez las, szybkim krokiem w moją stronę maszerował jakiś lis którego jeszcze nie zdążyłem poznać.
- Pelikar? - powiedział pośpiesznie.
- Tak? - zapytałem się z lekka zdziwiony.
- Alfa powiedziała żebyś szybko do niej przyszedł, ponoć to pilne. - rzekł samiec i już w następnej chwili gdzieś pobiegł. Przełknąłem nerwowo ślinę, były dwie możliwości dlaczego Chali mnie wzywała: albo wylatuję ze stada, ponieważ ostatnio moja produktywność spadła do zera lub...
dostanę wiadomość o moich potomkach.
Zacząłem biec co tchu w stronę Legowiska Alf, przez głowę przechodziły mi najróżniejsze scenariusze typu "Nie udało się..." albo "Zwycięstwo..". W końcu po niecałej minucie stałem już przed miejscem w którym miałem dostać informację...
Zapukałem w korę i nawet nie musiałem czekać prawie w tym samym momencie usłyszałem cichy głos -"Proszę!". Wszedłem niepewnie do pokoju, nic nie wskazywało wyniku prośby Chali.
- Pelikarze... - powiedziała lisica.
- T...tak? - zapytałem się mając mroczki przed oczami. O dziwo samica się szeroko uśmiechnęła,
znikając w sąsiednim pomieszczeniu, kiedy wróciła miała w ramionach... małego czarnego liska.
Nie mogłem uwierzyć! Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, że to jest jakiś osierocony szczeniak który miał zostać zastępczym młodym, lecz szybko odegnałem tą myśl: szczenię miało
w sobie urodę Silette, oprócz kilku zmian w wyglądzie które odziedziczyło po mnie, a do tego czułem, że to jest mój syn...
Po prostu leżałem w jakiejś wykopanej przez siebie norce znajdującej się między korzeniami jakiegoś drzewa. Czy jestem złym lisem? Chyba nie... To czemu zostałem ukarany? Nieznane są wyroki.
Gdy tak myślałem, przytłaczany coraz to nowym nawałem myśli, udało mi się usłyszeć czyjeś kroki.
Niechętnie wyszedłem z mojej kryjówki i spojrzałem w stronę z której dochodziły odgłosy.
Przez las, szybkim krokiem w moją stronę maszerował jakiś lis którego jeszcze nie zdążyłem poznać.
- Pelikar? - powiedział pośpiesznie.
- Tak? - zapytałem się z lekka zdziwiony.
- Alfa powiedziała żebyś szybko do niej przyszedł, ponoć to pilne. - rzekł samiec i już w następnej chwili gdzieś pobiegł. Przełknąłem nerwowo ślinę, były dwie możliwości dlaczego Chali mnie wzywała: albo wylatuję ze stada, ponieważ ostatnio moja produktywność spadła do zera lub...
dostanę wiadomość o moich potomkach.
Zacząłem biec co tchu w stronę Legowiska Alf, przez głowę przechodziły mi najróżniejsze scenariusze typu "Nie udało się..." albo "Zwycięstwo..". W końcu po niecałej minucie stałem już przed miejscem w którym miałem dostać informację...
Zapukałem w korę i nawet nie musiałem czekać prawie w tym samym momencie usłyszałem cichy głos -"Proszę!". Wszedłem niepewnie do pokoju, nic nie wskazywało wyniku prośby Chali.
- Pelikarze... - powiedziała lisica.
- T...tak? - zapytałem się mając mroczki przed oczami. O dziwo samica się szeroko uśmiechnęła,
znikając w sąsiednim pomieszczeniu, kiedy wróciła miała w ramionach... małego czarnego liska.
Nie mogłem uwierzyć! Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, że to jest jakiś osierocony szczeniak który miał zostać zastępczym młodym, lecz szybko odegnałem tą myśl: szczenię miało
w sobie urodę Silette, oprócz kilku zmian w wyglądzie które odziedziczyło po mnie, a do tego czułem, że to jest mój syn...
wtorek, 16 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Ten dzień był wyjątkowo zły, chociaż to jest złe określenie - był okropny, przeokropny...
Czułem, że potrzebuję samotności. W głębi duszy wiedziałem, że to były 'ledwie' nienarodzone szczeniaki, ale...
W pewnym momencie przyszła do mnie pewna myśl. Można powiedzieć, że psychicznie jestem
w stanie krytycznym, więc do kogo powinienem pójść po radę? Oczywiście, że do psychologa.
A kto zajmuje to stanowisko w stadzie? Chalize...
Wahałem się, ponieważ w końcu lisica piastuje pozycje Alfy w Szlaku, lecz chyba nie porzuciła swoich starych obowiązków. Westchnąłem, wiedziałem, że jeśli wyjdę z nory w tym stanie to zostanę uznany za szaleńca, w końcu niecodziennie widzi się lisa który płacze jak bóbr.
*
- Na pewno? - zapytałem się, odwracając głowę w stronę rudej lisicy.
- Spokojnie... - uśmiechnęła się lekko.
- Naprawdę nie wiem jak dziękować...
Po chwili wyszedłem z Legowiska Alf.
Sil?
Czułem, że potrzebuję samotności. W głębi duszy wiedziałem, że to były 'ledwie' nienarodzone szczeniaki, ale...
W pewnym momencie przyszła do mnie pewna myśl. Można powiedzieć, że psychicznie jestem
w stanie krytycznym, więc do kogo powinienem pójść po radę? Oczywiście, że do psychologa.
A kto zajmuje to stanowisko w stadzie? Chalize...
Wahałem się, ponieważ w końcu lisica piastuje pozycje Alfy w Szlaku, lecz chyba nie porzuciła swoich starych obowiązków. Westchnąłem, wiedziałem, że jeśli wyjdę z nory w tym stanie to zostanę uznany za szaleńca, w końcu niecodziennie widzi się lisa który płacze jak bóbr.
*
- Na pewno? - zapytałem się, odwracając głowę w stronę rudej lisicy.
- Spokojnie... - uśmiechnęła się lekko.
- Naprawdę nie wiem jak dziękować...
Po chwili wyszedłem z Legowiska Alf.
Sil?
niedziela, 14 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
- Co się stało? - zapytałem, ponieważ cisza która zapadła była nie do zniesienia. Po chwili milczenia moja małżonka zaczęła opowiadać mi o tym co się stało. Jeśli dobrze zrozumiałem to Sil zrobiło się słabo i upadła... Oczywiście jej nie oskarżam, chyba to osłabienie było spowodowane ciążą...
A właśnie! Super, Znachor po prostu sobie poszedł, powinienem zapytać go czy nie zrobi jakiegoś USG czy coś.
- Milo... Jest taka jedna sprawa... - zasmuciła się w pewnym momencie lisica.
- Tak? - zastrzygłem uszami, z czego co wiem, to kiedy samica mówi o jakiejś 'sprawie' to będą to jedynie złe wieści. Sil nabrała powietrza i powiedziała.
- Milo, szczenięta się nie narodzą. Użyłam Chryzantemy Caruso...! - prawie, że krzyknęła srebrna. Oszołomiło mnie, młodych nie będzie...
- Muszę wyjść. - nie wiedzieć dlaczego powiedziałem to dziwnie chłodnym głosem. A po krótkiej chwili wybiegłem z norki.
Sil? ;-;
A właśnie! Super, Znachor po prostu sobie poszedł, powinienem zapytać go czy nie zrobi jakiegoś USG czy coś.
- Milo... Jest taka jedna sprawa... - zasmuciła się w pewnym momencie lisica.
- Tak? - zastrzygłem uszami, z czego co wiem, to kiedy samica mówi o jakiejś 'sprawie' to będą to jedynie złe wieści. Sil nabrała powietrza i powiedziała.
- Milo, szczenięta się nie narodzą. Użyłam Chryzantemy Caruso...! - prawie, że krzyknęła srebrna. Oszołomiło mnie, młodych nie będzie...
- Muszę wyjść. - nie wiedzieć dlaczego powiedziałem to dziwnie chłodnym głosem. A po krótkiej chwili wybiegłem z norki.
Sil? ;-;
środa, 10 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Zobaczyłem jak Sil upada na podłogę, przeszło mi przez głowę, że stało się jej coś poważnego związanego z ciążą (w końcu poród już za osiem dni). Podbiegłem do niej.
- Co się stało? - zapytałem będąc na krawędzi paniki. Moja małżonka coś szepnęła, ale nie udało mi się tego uchwycić. Co robić? Pobiec do Znachora i zostawić ją na chwilę samą czy zostać tu?
Rozejrzałem się nerwowo po norze, a mój wzrok padł na leżące obok legowisko. W mojej głowie zrodził się plan. Złapałem delikatnie lisicę i położyłem ją na posłaniu; w końcu tak jest w większości książek.
- Poczekaj na mnie chwilę! - powiedziałem starając się zachować ton wskazujący na opanowanie sytuacji, lecz oczywiście tak nie było. Wybiegłem błyskawicznie z nory i skierowałem się w stronę gabinetu znajomego lekarza.
- Znachorze! - krzyknąłem bezceremonialnie kiedy byłem już obok, nie musiałem długo czekać,
po chwili lis spokojnie wyszedł z nory.
- Czemu się drzesz? - zapytał.
- Silette zasłabła... - powiedziałem szybko, Znachorowi nie trzeba było mówić nic więcej - już po krótkiej chwili biegł w stronę mojego mieszkania z jakąś torbą w pysku.
Po krótkim, wręcz nieuchwytnym czasie byliśmy w norze. Pokazałem medykowi miejsce w którym leżała moja małżonka i zniecierpliwiony wyczekiwałem werdyktu.
Sil?
- Co się stało? - zapytałem będąc na krawędzi paniki. Moja małżonka coś szepnęła, ale nie udało mi się tego uchwycić. Co robić? Pobiec do Znachora i zostawić ją na chwilę samą czy zostać tu?
Rozejrzałem się nerwowo po norze, a mój wzrok padł na leżące obok legowisko. W mojej głowie zrodził się plan. Złapałem delikatnie lisicę i położyłem ją na posłaniu; w końcu tak jest w większości książek.
- Poczekaj na mnie chwilę! - powiedziałem starając się zachować ton wskazujący na opanowanie sytuacji, lecz oczywiście tak nie było. Wybiegłem błyskawicznie z nory i skierowałem się w stronę gabinetu znajomego lekarza.
- Znachorze! - krzyknąłem bezceremonialnie kiedy byłem już obok, nie musiałem długo czekać,
po chwili lis spokojnie wyszedł z nory.
- Czemu się drzesz? - zapytał.
- Silette zasłabła... - powiedziałem szybko, Znachorowi nie trzeba było mówić nic więcej - już po krótkiej chwili biegł w stronę mojego mieszkania z jakąś torbą w pysku.
Po krótkim, wręcz nieuchwytnym czasie byliśmy w norze. Pokazałem medykowi miejsce w którym leżała moja małżonka i zniecierpliwiony wyczekiwałem werdyktu.
Sil?
wtorek, 9 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Uśmiechałem się pod nosem, wyobrażając sobie tą małą gromadkę szczeniaków.
- Sil? - zapytałem w pewnym momencie.
- Tak, Milo? - odpowiedziała lisica.
- Skoro w najbliższym czasie będziesz przesiadywać większość dnia w pobliżu naszej norki to co powiesz na to, że naszkicujesz pokój dziecięcy, a ja będę znajdywał materiały. - powiedziałem spokojnie. Przygotowywanie na narodziny młodych muszą być dopięte na ostatni guzik, postanowiłem, że odważę się nawet odwiedzić ludzkie wioski w poszukiwaniu odpowiednich materiałów.
- Dobrze. - uśmiechnęła się moja ukochana. - Zacznę już dziś, a w ogóle to gdzie zamierzasz umieścić ten pokój?
Hmm... Już ostatnio o tym wspominałem, ale warto przypomnieć.
- Postanowiłem, że jak uzyskam zgodę od Alf, to poszerzę naszą norkę tak, by utworzyć dosyć obszerny pokoik w którym umieścimy legowiska, koce, jakieś zabawki i ogólnie zrobi się tam szczeniakom przyjemny kącik. - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
Sil?
- Sil? - zapytałem w pewnym momencie.
- Tak, Milo? - odpowiedziała lisica.
- Skoro w najbliższym czasie będziesz przesiadywać większość dnia w pobliżu naszej norki to co powiesz na to, że naszkicujesz pokój dziecięcy, a ja będę znajdywał materiały. - powiedziałem spokojnie. Przygotowywanie na narodziny młodych muszą być dopięte na ostatni guzik, postanowiłem, że odważę się nawet odwiedzić ludzkie wioski w poszukiwaniu odpowiednich materiałów.
- Dobrze. - uśmiechnęła się moja ukochana. - Zacznę już dziś, a w ogóle to gdzie zamierzasz umieścić ten pokój?
Hmm... Już ostatnio o tym wspominałem, ale warto przypomnieć.
- Postanowiłem, że jak uzyskam zgodę od Alf, to poszerzę naszą norkę tak, by utworzyć dosyć obszerny pokoik w którym umieścimy legowiska, koce, jakieś zabawki i ogólnie zrobi się tam szczeniakom przyjemny kącik. - uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
Sil?
Od Pelikara C.D opowiadania Floxii
Spojrzałem się w stronę z której usłyszałem głos lisicy, niestety moje oczy jeszcze się nie przyzwyczaiły panujących ciemności, więc byłem zmuszony kierować się innymi zmysłami.
- Mi też... - odpowiedziałem po chwili, cała ta sytuacja nie wyglądała zbyt różowo ( może dlatego,
że w tym mroku nie widziałem kolorów?), wyjście zamknęło się i byłem pewny, że ani drgnie.
Przełknąłem głośno ślinę, nie za bardzo wiedziałem co myśleć, w sumie to najlepiej by było gdybym mógł uspokoić myśli i nie dygotać z zimna i lekkiego ( mało powiedziane!) strachu. Mój wzrok zaczął już odróżniać powoli różne kształty, dzięki czemu udało mi się zauważyć sylwetkę Flox.
- Poszukamy wyjścia? - powiedziałem bez przekonania, muszę przyznać, że ciemność zawsze mnie dobijała...
- Tak, oczywiście. - odpowiedziała lisica, a ja trochę się uspokoiłem, w końcu co dwie głowy to nie jedna, pewnie zaraz się okaże, że w jakimś korytarzu jest drugie wyjście i niepotrzebnie się denerwowałem.
- Będziemy iść wzdłuż ścian? - zaproponowałem wskazując łapą w stronę jednej.
- To chyba będzie najlepszy pomysł... - rzekła Flox chyba się uśmiechając. Bez zbędnych słów podszedłem do ściany i ruszyłem, a obok mnie stąpała moja towarzyszka. Przez chwilę pomyślałem o Sil, miałem nadzieję, że szybko do niej wrócę.
*
Po jakiejś godzinie ( oceń czas będąc w ciemnej jaskini...) upartego maszerowania usłyszałem przyciszony głos lisicy.
- Milo! Tam coś się świeci! - od razu na te słowa przekręciłem głowę, tak, Flox miała rację. Rzeczywiście z jednego z bocznych korytarzy biło światło. Przez chwilę stałem w miejscu zastanawiając się czy przypadkiem jeśli raz skręcimy, to istnieje szansa, że już zupełnie się zgubimy.
- Zaryzykujemy? - zapytałem, niepewnie oglądając się w stronę lisicy.
- A mamy wybór? W końcu szukamy wyjścia, a tam coś się świeci, a światło oznacza wyjście - moja towarzyszka niedoli widocznie była przekonana do słuszności swoich słów. Nie zaprzeczyłem, ponieważ ten tok myślenia wydał mi się nawet sensowny. Skręciliśmy razem w boczną uliczkę,
wciąż byłem trochę zestresowany, ale już trochę mniej, po kilku krokach znowu trzeba było skręcić, ponieważ okazało się, że światło się odbiło od jednej ze ścian.
- Flo, patrz! - krzyknąłem w pewnym momencie. Naszym oczom ukazała się piękna sala, lecz to było nic; na samym środku stał piękny świecący... totem...
- Tu coś pisze. - lisica wskazała na ściany na których świeciły się na złoto jakieś znaczki. - Ale tego nie rozumiem... To są te... jak im tam... Runy! -dodała po chwili, a ja uśmiechnąłem się lekko, starożytne pisma były moją specjalnością. Podszedłem do nich i zacząłem czytać.
Flox? Masz nową ksywkę - Flo xd
- Mi też... - odpowiedziałem po chwili, cała ta sytuacja nie wyglądała zbyt różowo ( może dlatego,
że w tym mroku nie widziałem kolorów?), wyjście zamknęło się i byłem pewny, że ani drgnie.
Przełknąłem głośno ślinę, nie za bardzo wiedziałem co myśleć, w sumie to najlepiej by było gdybym mógł uspokoić myśli i nie dygotać z zimna i lekkiego ( mało powiedziane!) strachu. Mój wzrok zaczął już odróżniać powoli różne kształty, dzięki czemu udało mi się zauważyć sylwetkę Flox.
- Poszukamy wyjścia? - powiedziałem bez przekonania, muszę przyznać, że ciemność zawsze mnie dobijała...
- Tak, oczywiście. - odpowiedziała lisica, a ja trochę się uspokoiłem, w końcu co dwie głowy to nie jedna, pewnie zaraz się okaże, że w jakimś korytarzu jest drugie wyjście i niepotrzebnie się denerwowałem.
- Będziemy iść wzdłuż ścian? - zaproponowałem wskazując łapą w stronę jednej.
- To chyba będzie najlepszy pomysł... - rzekła Flox chyba się uśmiechając. Bez zbędnych słów podszedłem do ściany i ruszyłem, a obok mnie stąpała moja towarzyszka. Przez chwilę pomyślałem o Sil, miałem nadzieję, że szybko do niej wrócę.
*
Po jakiejś godzinie ( oceń czas będąc w ciemnej jaskini...) upartego maszerowania usłyszałem przyciszony głos lisicy.
- Milo! Tam coś się świeci! - od razu na te słowa przekręciłem głowę, tak, Flox miała rację. Rzeczywiście z jednego z bocznych korytarzy biło światło. Przez chwilę stałem w miejscu zastanawiając się czy przypadkiem jeśli raz skręcimy, to istnieje szansa, że już zupełnie się zgubimy.
- Zaryzykujemy? - zapytałem, niepewnie oglądając się w stronę lisicy.
- A mamy wybór? W końcu szukamy wyjścia, a tam coś się świeci, a światło oznacza wyjście - moja towarzyszka niedoli widocznie była przekonana do słuszności swoich słów. Nie zaprzeczyłem, ponieważ ten tok myślenia wydał mi się nawet sensowny. Skręciliśmy razem w boczną uliczkę,
wciąż byłem trochę zestresowany, ale już trochę mniej, po kilku krokach znowu trzeba było skręcić, ponieważ okazało się, że światło się odbiło od jednej ze ścian.
- Flo, patrz! - krzyknąłem w pewnym momencie. Naszym oczom ukazała się piękna sala, lecz to było nic; na samym środku stał piękny świecący... totem...
- Tu coś pisze. - lisica wskazała na ściany na których świeciły się na złoto jakieś znaczki. - Ale tego nie rozumiem... To są te... jak im tam... Runy! -dodała po chwili, a ja uśmiechnąłem się lekko, starożytne pisma były moją specjalnością. Podszedłem do nich i zacząłem czytać.
Flox? Masz nową ksywkę - Flo xd
poniedziałek, 8 maja 2017
Silette jest w ciąży!
Silette jest w ciąży z Pelikarem!

Matka: Silette
Ojciec: Pelikar
Liczba szczeniąt: 3
Rasa szczeniąt: lis srebrny
Data narodzin: 18.05.2017
Lekarz prowadzący: -
Od Pelikara - "Kiedy zawieje dziki wiatr"
Tego dnia zacząłem tłumaczyć jakąś wyjątkowo zagmatwaną księgę, mimo iż miałem doświadczenie w takich sprawach tym razem ledwo co tłumaczyłem. Każde słowo przychodziło do mnie z wyjątkowym trudem...
Złapałem za podartą pożółkłą już ze starości kartkę, wyrysowane na niej runy powinny mi pomóc w samym odczytywaniu starożytnych zapisków. Położyłem ją obok tekstu i... nic, 'znaczki' nie
zgadzały się. Zastrzygłem zezłoszczony uszami, zdając sobie sprawę, że dostałem do przetłumaczenia coś co było poza moimi umiejętnościami.
- Lepiej wyjdę, może ochłonę i będzie mi się później lepiej myślało... - mruknąłem cicho, podnosząc się. Wyszedłem z norki-biblioteki i ruszyłem na spokojnie zapowiadający się spacer. Tyle, że pozory mylą!
Postanowiłem przejść się wzdłuż rzeki, ponieważ jej szum działa na mnie uspokajająco i istnieje możliwość, że upoluję jakąś zabłąkaną rybeńkę... Zacząłem dreptać po brzegu tak, że raz na jakiś czas zimna woda obmywała moje łapy. Tego dnia Sun musiała być wyjątkowo zadowolona - Słońce grzało dzisiaj i temperatura wynosiła około 17°C jak to ludzie mówią, a w ogóle to ciekawe czy człowieki wieżą w Moona i w całą resztę. Pewnie nie, ponieważ powinni mieć własnych przypominających ich, tak jak my mamy lisy, oni mają ludzi, nawet logiczne...
Podczas gdy tak rozmyślałem udało się mi dojść aż w okolice Rzecznej Jaskini, w której jak plotka głosi - straszy. Uśmiechnąłem się na tą myśl, już od dawna przestałem wierzyć w duchy i w inne straszydła. Zaśmiałem się, tak przecież szczeniaki zastraszają swoje rodzeństwo...
Niestety śmiejąc się przez chwilę byłem tak nieuważny, że oparłem łapę na niestabilnym kamieniu, przez sekundę balansowałem z niemym krzykiem przerażenia, by po chwili wpaść do lodowatej wody. Starałem się walczyć, ale w pewnym momencie przypomniało mi się, że niewolno tego robić - walka z wodą jest bezsensowna; trzeba się jej oddać, to znaczy starać się mieć pysk nad wodą, ale nie machać łapami chlapiąc we wszystkie strony.
*
Poczułem mocne uderzenie w tył głowy, obudziłem się. Znajdowałem się w Rzecznej Jaskini, a przynajmniej powinienem w niej być, ponieważ z czego co wiem to tu prowadzi rzeka...
Uff nie straciłem logicznego myślenia. Wstałem jednocześnie wykasłując resztki wody z płuc, trochę się jej nazbierało, ale przeżyłem.
- Kto tam? - w pewnym momencie przeszył mnie lodowaty dreszcz, ten głos brzmiał jak jakieś echo i do tego należał do jakiegoś szczeniaka. Odwróciłem się na sztywnych łapach, moim oczom ukazały się szkielety lisów którym nie udało się dotrzeć tu żywymi, na kilku z nich widoczne były jeszcze kawałki futra i mięśni, ale pośród tego wszystkiego wyróżniał się jasny punkcik. "Duch!" - przeszło mi przez myśl, lecz wiedziałem, że muszę logicznie myśleć.
- Kim jesteś? - zapytałem drżącym głosem.
- Ja pierwszy się zapytałem! - odpowiedział lisek wokół którego promieniowała biała poświata. Przełknąłem głośno ślinę, muszę przyznać, że bałem się...
- Nazywam się Pelikar, ale mów mi Milo.
- Hmm... Twoje imię to Felix! - odpowiedziało stworzenie z wesołym uśmieszkiem na pyszczku. Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć, pierwszy raz ktoś to zauważył! Szczeniak miał rację Pelika to z hawajskiego ( czy z czegoś podobnego) Feliks...
- A kim ty jesteś? - zapytałem, nie wiedzieć dlaczego trochę się rozluźniłem. Lisek nie odpowiedział mi, tylko się odwrócił i zrobił best "Idź za mną", usłuchałem i ruszyłem w ślad za młodym.
Pewnie byłby to spokojny spacerek, ale widok tych wszystkich szkieletów z lekka mnie przerażał.
- To jestem ja... - samczyk wskazał łapką na jakiś nieduży szkielecik. - To znaczy to byłem ja...
Przyjrzałem się bliżej szczątkom, wyglądały na wyjątkowo stare, jakby najstarsze z całego 'zbioru'.
- Czyli jesteś... duchem? - rzuciłem baczne spojrzenie mojemu towarzyszowi.
- Tak... - odpowiedział lisek. - Kiedyś przed wiekami bawiłem się z rodzeństwem i wpadłem do wody która jak widać mnie zabiła.
- A czemu nie jesteś w zaświatach? -zapytałem się.
- Nikt mnie nie pochował... - rzekł smutno lisek.
- To czemu jesteś tu sam? - wskazałem łapą w stronę szkieletów.
- Nie widzisz ich? - duszek otworzył szeroko oczy.
Nagle przez jaskinię przeleciała jakaś błyskawica, mrugnąłem i w następnej chwili odskoczyłem przerażony. Wszędzie wokół mnie były widoczne lisy ( i nie tylko) otoczone białawą poświatą.
Ich liczba bliska była setki, z czego o zgrozo większość wpatrywała się we mnie.
- Mam pomysł. - powiedziałem powoli, a duchy zbliżyły się do mnie. - Co powiecie na to, że pochowam was wszystkich?
Po jaskini przeleciała fala radości, wszystkie zjawy utworzyły wokół mnie krąg i zaczęły krzyczeć "Na cześć Pelikara!" i tym podobne.
- Gdzie was pochować? - zapytałem, a mały lisek znowu kazał mi za nim iść, co oczywiście zrobiłem.
- Tutaj... - duszek wskazał na połać ziemi. - Woda tu jeszcze nigdy nie dotarła, a kiedyś na sklepieniu była dziura przez którą wpadał tu żwir i ziemi...
Od razu zabrałem się do roboty, to znaczy ja kopałem groby, a zjawy 'wchodziły' w swoje ciała i przenosiły je. Po kilku godzinach praca była skończona, to znaczy został ostatni grób, należący do małego liska.
- Mam dla siebie dwie wiadomości. - uśmiechnęło się widmo. - Po pierwsze za tamtym kamieniem jest wyjście, a po drugie ja dziękuję Ci w imieniu tych wszystkich duchów którym pomogłeś. - duszek rzucił mi się na szyję, co z jednej strony było pięknym doświadczeniem, a z drugiej było nieprzyjemne, ponieważ przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Nie ma za co... - byłem wzruszony.
- Ależ jest! Mam dla Ciebie prezent, mi się już nie przyda, ale tobie na pewno. - mały na chwilę zniknął by pojawić się po minucie. - Proszę.
Duszek podał mi ( z trudnością, ponieważ przecież jest zjawą) jakiś turkusowy kamień.
- Przyda Ci się... - widmo 'weszło' w swoje ciało i położyło się w grobie. - Żegnaj!
Ze łzami w oczach zasypałem ostatni grób, zacząłem się modlić, czułem, że wszystkie dusze trafią
do dobrej strony zaświatów. Po chwili odwróciłem się i zacząłem szukać kamienia o którym mówił duch. Miał racje, wystarczyło przesunąć jeden kamień by utworzyło się przejście, złapałem dany mi klejnot i ruszyłem w drogę powrotną.
Wiecie co? Nie wiem jak, ale kamyk jakoś pomógł mi rozwiązać zagadkę run - ich rozwiązaniem był piękny cytat: "Duchy to wspomnienia, a my je zachowujemy, ponieważ ci, których kochamy nie opuszczają świata" podpisała się Cassandra Clare.
Postanowiłem przejść się wzdłuż rzeki, ponieważ jej szum działa na mnie uspokajająco i istnieje możliwość, że upoluję jakąś zabłąkaną rybeńkę... Zacząłem dreptać po brzegu tak, że raz na jakiś czas zimna woda obmywała moje łapy. Tego dnia Sun musiała być wyjątkowo zadowolona - Słońce grzało dzisiaj i temperatura wynosiła około 17°C jak to ludzie mówią, a w ogóle to ciekawe czy człowieki wieżą w Moona i w całą resztę. Pewnie nie, ponieważ powinni mieć własnych przypominających ich, tak jak my mamy lisy, oni mają ludzi, nawet logiczne...
Podczas gdy tak rozmyślałem udało się mi dojść aż w okolice Rzecznej Jaskini, w której jak plotka głosi - straszy. Uśmiechnąłem się na tą myśl, już od dawna przestałem wierzyć w duchy i w inne straszydła. Zaśmiałem się, tak przecież szczeniaki zastraszają swoje rodzeństwo...
Niestety śmiejąc się przez chwilę byłem tak nieuważny, że oparłem łapę na niestabilnym kamieniu, przez sekundę balansowałem z niemym krzykiem przerażenia, by po chwili wpaść do lodowatej wody. Starałem się walczyć, ale w pewnym momencie przypomniało mi się, że niewolno tego robić - walka z wodą jest bezsensowna; trzeba się jej oddać, to znaczy starać się mieć pysk nad wodą, ale nie machać łapami chlapiąc we wszystkie strony.
*
Poczułem mocne uderzenie w tył głowy, obudziłem się. Znajdowałem się w Rzecznej Jaskini, a przynajmniej powinienem w niej być, ponieważ z czego co wiem to tu prowadzi rzeka...
Uff nie straciłem logicznego myślenia. Wstałem jednocześnie wykasłując resztki wody z płuc, trochę się jej nazbierało, ale przeżyłem.
- Kto tam? - w pewnym momencie przeszył mnie lodowaty dreszcz, ten głos brzmiał jak jakieś echo i do tego należał do jakiegoś szczeniaka. Odwróciłem się na sztywnych łapach, moim oczom ukazały się szkielety lisów którym nie udało się dotrzeć tu żywymi, na kilku z nich widoczne były jeszcze kawałki futra i mięśni, ale pośród tego wszystkiego wyróżniał się jasny punkcik. "Duch!" - przeszło mi przez myśl, lecz wiedziałem, że muszę logicznie myśleć.
- Kim jesteś? - zapytałem drżącym głosem.
- Ja pierwszy się zapytałem! - odpowiedział lisek wokół którego promieniowała biała poświata. Przełknąłem głośno ślinę, muszę przyznać, że bałem się...
- Nazywam się Pelikar, ale mów mi Milo.
- Hmm... Twoje imię to Felix! - odpowiedziało stworzenie z wesołym uśmieszkiem na pyszczku. Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć, pierwszy raz ktoś to zauważył! Szczeniak miał rację Pelika to z hawajskiego ( czy z czegoś podobnego) Feliks...
- A kim ty jesteś? - zapytałem, nie wiedzieć dlaczego trochę się rozluźniłem. Lisek nie odpowiedział mi, tylko się odwrócił i zrobił best "Idź za mną", usłuchałem i ruszyłem w ślad za młodym.
Pewnie byłby to spokojny spacerek, ale widok tych wszystkich szkieletów z lekka mnie przerażał.
- To jestem ja... - samczyk wskazał łapką na jakiś nieduży szkielecik. - To znaczy to byłem ja...
Przyjrzałem się bliżej szczątkom, wyglądały na wyjątkowo stare, jakby najstarsze z całego 'zbioru'.
- Czyli jesteś... duchem? - rzuciłem baczne spojrzenie mojemu towarzyszowi.
- Tak... - odpowiedział lisek. - Kiedyś przed wiekami bawiłem się z rodzeństwem i wpadłem do wody która jak widać mnie zabiła.
- A czemu nie jesteś w zaświatach? -zapytałem się.
- Nikt mnie nie pochował... - rzekł smutno lisek.
- To czemu jesteś tu sam? - wskazałem łapą w stronę szkieletów.
- Nie widzisz ich? - duszek otworzył szeroko oczy.
Nagle przez jaskinię przeleciała jakaś błyskawica, mrugnąłem i w następnej chwili odskoczyłem przerażony. Wszędzie wokół mnie były widoczne lisy ( i nie tylko) otoczone białawą poświatą.
Ich liczba bliska była setki, z czego o zgrozo większość wpatrywała się we mnie.
- Mam pomysł. - powiedziałem powoli, a duchy zbliżyły się do mnie. - Co powiecie na to, że pochowam was wszystkich?
Po jaskini przeleciała fala radości, wszystkie zjawy utworzyły wokół mnie krąg i zaczęły krzyczeć "Na cześć Pelikara!" i tym podobne.
- Gdzie was pochować? - zapytałem, a mały lisek znowu kazał mi za nim iść, co oczywiście zrobiłem.
- Tutaj... - duszek wskazał na połać ziemi. - Woda tu jeszcze nigdy nie dotarła, a kiedyś na sklepieniu była dziura przez którą wpadał tu żwir i ziemi...
Od razu zabrałem się do roboty, to znaczy ja kopałem groby, a zjawy 'wchodziły' w swoje ciała i przenosiły je. Po kilku godzinach praca była skończona, to znaczy został ostatni grób, należący do małego liska.
- Mam dla siebie dwie wiadomości. - uśmiechnęło się widmo. - Po pierwsze za tamtym kamieniem jest wyjście, a po drugie ja dziękuję Ci w imieniu tych wszystkich duchów którym pomogłeś. - duszek rzucił mi się na szyję, co z jednej strony było pięknym doświadczeniem, a z drugiej było nieprzyjemne, ponieważ przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Nie ma za co... - byłem wzruszony.
- Ależ jest! Mam dla Ciebie prezent, mi się już nie przyda, ale tobie na pewno. - mały na chwilę zniknął by pojawić się po minucie. - Proszę.
Duszek podał mi ( z trudnością, ponieważ przecież jest zjawą) jakiś turkusowy kamień.
- Przyda Ci się... - widmo 'weszło' w swoje ciało i położyło się w grobie. - Żegnaj!
Ze łzami w oczach zasypałem ostatni grób, zacząłem się modlić, czułem, że wszystkie dusze trafią
do dobrej strony zaświatów. Po chwili odwróciłem się i zacząłem szukać kamienia o którym mówił duch. Miał racje, wystarczyło przesunąć jeden kamień by utworzyło się przejście, złapałem dany mi klejnot i ruszyłem w drogę powrotną.
Wiecie co? Nie wiem jak, ale kamyk jakoś pomógł mi rozwiązać zagadkę run - ich rozwiązaniem był piękny cytat: "Duchy to wspomnienia, a my je zachowujemy, ponieważ ci, których kochamy nie opuszczają świata" podpisała się Cassandra Clare.
niedziela, 7 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Usiadłem obok Sil i zacząłem marzyć.
- Mam nadzieję, że szczeniaki będą miały Twoją urodę i odwagę, a po mnie zdolność do zapamiętywania języków... Wyobrażam sobie te małe puchate szkraby, do Ciebie będą mówić "Mamo", a do mnie "Tato"... - przy ostatnim słowie głos zaczął mi się łamać, myśl, że zostanę ojcem cieszyła mnie i z lekka przerażała zarazem. Wiadomo, opieka nad wszędobylskimi szczeniakami nie będzie taka łatwa, ale będzie napawała mnie dumą.
- Milo... - w pewnym momencie powiedziała Sil.
- Tak, kochanie?
- Trzeba będzie przygotować pokój dla młodych. - uśmiechnęła się lisica.
- Masz rację! - rzekłem. - Kiedy powiadomimy Alfy o tym, że jesteś w ciąży, zapytam się czy będę mógł powiększyć trochę naszą norkę... Jutro pójdę też po jakieś koce i poduszki. A! I jeszcze jedno, pamiętaj Sil, że w najbliższym czasie nie powinnaś oddalać się od nory...
Sil? Przepraszam, że tak krótko.
- Mam nadzieję, że szczeniaki będą miały Twoją urodę i odwagę, a po mnie zdolność do zapamiętywania języków... Wyobrażam sobie te małe puchate szkraby, do Ciebie będą mówić "Mamo", a do mnie "Tato"... - przy ostatnim słowie głos zaczął mi się łamać, myśl, że zostanę ojcem cieszyła mnie i z lekka przerażała zarazem. Wiadomo, opieka nad wszędobylskimi szczeniakami nie będzie taka łatwa, ale będzie napawała mnie dumą.
- Milo... - w pewnym momencie powiedziała Sil.
- Tak, kochanie?
- Trzeba będzie przygotować pokój dla młodych. - uśmiechnęła się lisica.
- Masz rację! - rzekłem. - Kiedy powiadomimy Alfy o tym, że jesteś w ciąży, zapytam się czy będę mógł powiększyć trochę naszą norkę... Jutro pójdę też po jakieś koce i poduszki. A! I jeszcze jedno, pamiętaj Sil, że w najbliższym czasie nie powinnaś oddalać się od nory...
Sil? Przepraszam, że tak krótko.
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
- W sumie to nic się nie stało. - uśmiechnąłem się lekko.
- A co pisałeś? - zapytała Sil wesołym tonem bez żadnej nuty goryczy czy zdenerwowania.
- Postanowiłem przetłumaczyć jakiś tekst. - odpowiedziałem wstając spokojnie z krzesła,
lubiłem swoje stanowisko tak bardzo, że oddawałem mu większość wolnych chwil.
Tym razem moim celem było poskładanie jakiegoś łacińskiego wiersza w którym kryła się zaszyfrowana wiadomość, uwielbiałem takie zagadki.
- Późno się robi... - zauważyła moja luba patrząc na zegarek, miała rację na tarczy wybijała już północ. Już miałem zaproponować pójście spać, gdy nagle wpadłem na pewien pomysł.
- Jesteś zmęczona? - zapytałem.
- Niezbyt, a ty?
- Pełny energii, mam pomysł, co powiesz na romantyczny spacer, madame? - ukłoniłem się lekko.
- Dobry pomysł. - Silette uśmiechnęła się.
*
Razem z Sil spacerowałem wzdłuż lasu, przyznam, że czułem wyjątkową przyjemność.
Pełnia nadawała temu wszystkiemu romantyczny wyraz.
-Piękna noc... - powiedziała lisica wpatrując się w gwiazdy.
- Zgadzam się z tym. - odpowiedziałem.
Nocne niebo było przecudowne i nawet raz na jakiś czas dało się zauważyć przelatujący meteor.
W pewnym momencie zauważyłem, że weszliśmy na jakieś wzgórze, napadła mnie pewna chęć, zrobiłem kilka kroków do tyłu i nagle ruszyłem przed siebie, to znaczy w Sil. Co skończyło się zamierzonym efektem - przewróciłem lisicę ( oczywiście nie robiąc jej krzywdy), a przez to, że byliśmy na szczycie wzgórza, teraz turlaliśmy się w dół. Na szczęście nie było żadnych kamieni, więc zabawa była bezbolesna.
Kiedy się już sturlaliśmy, korzystając z nieuwagi mojej małżonki, zbliżyłem moje wargi do jej.
- Je t'aime. - powiedziałem po 'pocałunku'.
- Co to znaczy? - uśmiechnęła się lisica.
- Kocham Cię, dodam też, że zawsze i wszędzie.
Sil? Co powiesz na kolejną szaloną noc?
lubiłem swoje stanowisko tak bardzo, że oddawałem mu większość wolnych chwil.
Tym razem moim celem było poskładanie jakiegoś łacińskiego wiersza w którym kryła się zaszyfrowana wiadomość, uwielbiałem takie zagadki.
- Późno się robi... - zauważyła moja luba patrząc na zegarek, miała rację na tarczy wybijała już północ. Już miałem zaproponować pójście spać, gdy nagle wpadłem na pewien pomysł.
- Jesteś zmęczona? - zapytałem.
- Niezbyt, a ty?
- Pełny energii, mam pomysł, co powiesz na romantyczny spacer, madame? - ukłoniłem się lekko.
- Dobry pomysł. - Silette uśmiechnęła się.
*
Razem z Sil spacerowałem wzdłuż lasu, przyznam, że czułem wyjątkową przyjemność.
Pełnia nadawała temu wszystkiemu romantyczny wyraz.
-Piękna noc... - powiedziała lisica wpatrując się w gwiazdy.
- Zgadzam się z tym. - odpowiedziałem.
Nocne niebo było przecudowne i nawet raz na jakiś czas dało się zauważyć przelatujący meteor.
W pewnym momencie zauważyłem, że weszliśmy na jakieś wzgórze, napadła mnie pewna chęć, zrobiłem kilka kroków do tyłu i nagle ruszyłem przed siebie, to znaczy w Sil. Co skończyło się zamierzonym efektem - przewróciłem lisicę ( oczywiście nie robiąc jej krzywdy), a przez to, że byliśmy na szczycie wzgórza, teraz turlaliśmy się w dół. Na szczęście nie było żadnych kamieni, więc zabawa była bezbolesna.
Kiedy się już sturlaliśmy, korzystając z nieuwagi mojej małżonki, zbliżyłem moje wargi do jej.
- Je t'aime. - powiedziałem po 'pocałunku'.
- Co to znaczy? - uśmiechnęła się lisica.
- Kocham Cię, dodam też, że zawsze i wszędzie.
Sil? Co powiesz na kolejną szaloną noc?
czwartek, 4 maja 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
- Tak. - odpowiedziałem, jednocześnie otwierając jedną z kryjówek do których schowaliśmy niedźwiedzie mięso.
- Przygotować? - uśmiechnęła się Sil i podeszła do mnie.
- Jeśli chcesz... - złapałem porządny kawał mięcha i położyłem na stole, a moja druga połówka zaczęła go przygotowywać.
*
Zacząłem przekładać swoje rzeczy na półki, okazało się, że wbrew pozorom miałem ich całkiem dużo. W pewnym momencie złapałem kalendarz ( z którym miałem okropny problem, ponieważ nie za bardzo wiedziałem gdzie go położyć) i aż dech mi zaparło... tego dnia był czwarty maja; Dzień Miłości. Przyznam, że aż zamarłem. Po pierwsze - pogoda zupełnie zwariowała, a po drugie - to chyba jest ten dzień.
*
Leżałem razem z żoną na legowisku, chociaż jednak trudno powiedzieć, że leżałem spokojnie - wręcz przeciwnie, wierciłem się niewiarygodnie.
- Sil... - zacząłem niepewnie, nie wiedziałem czy nie jest na to przypadkiem za wcześnie.
- Tak? - lisica otworzyła oczy.
- A co byś powiedziała na małe... - powiedziałem tonem wskazującym mój zamiar. Przez chwilę myślałem, że lisica odmówi i resztę nocy spędzę podłodze norki, lecz o dziwo samica przybliżyła się do mnie i szepnęła cicho do mojego ucha.
- Tak...
Powiem krótko - to była szaaaaloooona noooc.
Sil?
- Przygotować? - uśmiechnęła się Sil i podeszła do mnie.
- Jeśli chcesz... - złapałem porządny kawał mięcha i położyłem na stole, a moja druga połówka zaczęła go przygotowywać.
*
Zacząłem przekładać swoje rzeczy na półki, okazało się, że wbrew pozorom miałem ich całkiem dużo. W pewnym momencie złapałem kalendarz ( z którym miałem okropny problem, ponieważ nie za bardzo wiedziałem gdzie go położyć) i aż dech mi zaparło... tego dnia był czwarty maja; Dzień Miłości. Przyznam, że aż zamarłem. Po pierwsze - pogoda zupełnie zwariowała, a po drugie - to chyba jest ten dzień.
*
Leżałem razem z żoną na legowisku, chociaż jednak trudno powiedzieć, że leżałem spokojnie - wręcz przeciwnie, wierciłem się niewiarygodnie.
- Sil... - zacząłem niepewnie, nie wiedziałem czy nie jest na to przypadkiem za wcześnie.
- Tak? - lisica otworzyła oczy.
- A co byś powiedziała na małe... - powiedziałem tonem wskazującym mój zamiar. Przez chwilę myślałem, że lisica odmówi i resztę nocy spędzę podłodze norki, lecz o dziwo samica przybliżyła się do mnie i szepnęła cicho do mojego ucha.
- Tak...
Powiem krótko - to była szaaaaloooona noooc.
Sil?
niedziela, 30 kwietnia 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Stałem w bezruchu próbując opanować myśli. Żona, Sil, odwaga, Paradise, Sil, żona, honor...
I pewnie trwałoby to jeszcze długo, lecz lisica zaczęła mówić, wybudzając mnie z 'letargu'.
I pewnie trwałoby to jeszcze długo, lecz lisica zaczęła mówić, wybudzając mnie z 'letargu'.
- Łał... spotkaliśmy Paradise we własnej osobie...
- Kochanie, nic Ci nie jest? - zapytałem.
- Chyba nie, a tobie?
- Też. - odpowiedziałem mało kreatywnie. - Musimy się stąd wydostać...
Jednak moje słowa nie były potrzebne - Sil już wspinała się po jakiś schodach.
- Poczekaj na mnie... - rzekłem cicho i zacząłem oglądać dokładniej lodową sale w której się znaleźliśmy. Na pierwszy rzut oka była ona zupełnie pusta ( nie licząc pięknego tronu Paradise),
lecz wydawało mi się, że widzę całą sieć regularnie ułożonych linii. Podszedłem bliżej jednej z nich
i w jednym momencie linia jakby wypełniła się złotem.
- Co się dzieje? -usłyszałem niepewny głos Sil.
- Nie mam najbledszego pojęcia... - odpowiedziałem. Przede mną 'pojawiły się' jakieś drzwi...
Może to dzięki odwadze danej mi od Bogini, a może z powodu mojej głupoty. Szturchnąłem je lekko i...
*
Otworzyłem oczy. Czy to była wizja? W sumie to nie pamiętałem dokładnie tego co zobaczyłem... jedyną rzeczą jaką wspominałem był miecz i kapiące po nim łzy...
- Milo, żyjesz? Na chwilę jakby odpłynąłeś... - Sil podeszła do mnie spokojnym krokiem.
- Nic się nie stało. - uśmiechnąłem się blado, miecz pewnie po prostu symbolizował Paradise.
Wróciłem razem z małżonką do jej nory.
- Kochanie, a może wprowadzisz się do mnie? Tak by nie było, że nie mieszkamy razem. - zaczęła pogodnie lisica.
- Jak najbardziej, to... zamieszkamy u Ciebie? W sumie to ostatnio więcej czasu przebywam w twojej norce. - rzekłem.
Sil?
- Kochanie, nic Ci nie jest? - zapytałem.
- Chyba nie, a tobie?
- Też. - odpowiedziałem mało kreatywnie. - Musimy się stąd wydostać...
Jednak moje słowa nie były potrzebne - Sil już wspinała się po jakiś schodach.
- Poczekaj na mnie... - rzekłem cicho i zacząłem oglądać dokładniej lodową sale w której się znaleźliśmy. Na pierwszy rzut oka była ona zupełnie pusta ( nie licząc pięknego tronu Paradise),
lecz wydawało mi się, że widzę całą sieć regularnie ułożonych linii. Podszedłem bliżej jednej z nich
i w jednym momencie linia jakby wypełniła się złotem.
- Co się dzieje? -usłyszałem niepewny głos Sil.
- Nie mam najbledszego pojęcia... - odpowiedziałem. Przede mną 'pojawiły się' jakieś drzwi...
Może to dzięki odwadze danej mi od Bogini, a może z powodu mojej głupoty. Szturchnąłem je lekko i...
*
Otworzyłem oczy. Czy to była wizja? W sumie to nie pamiętałem dokładnie tego co zobaczyłem... jedyną rzeczą jaką wspominałem był miecz i kapiące po nim łzy...
- Milo, żyjesz? Na chwilę jakby odpłynąłeś... - Sil podeszła do mnie spokojnym krokiem.
- Nic się nie stało. - uśmiechnąłem się blado, miecz pewnie po prostu symbolizował Paradise.
Wróciłem razem z małżonką do jej nory.
- Kochanie, a może wprowadzisz się do mnie? Tak by nie było, że nie mieszkamy razem. - zaczęła pogodnie lisica.
- Jak najbardziej, to... zamieszkamy u Ciebie? W sumie to ostatnio więcej czasu przebywam w twojej norce. - rzekłem.
Sil?
piątek, 28 kwietnia 2017
wtorek, 25 kwietnia 2017
Od Pelikara C.D opowiadania Silette
Jadłem kolacje w towarzystwie Sil, nikt się nie odzywał, lecz nie przeszkadzało mi to za bardzo, byłem zajęty podejmowaniem jednej z najważniejszych decyzji w moim życiu - małżeństwa. Przymknąłem lekko oczy wyobrażając sobie scenę w której pokazuje złotą obróżkę srebrnej lisicy i wymawiam dobrze znaną wszystkim formułkę...
- Milo... - w pewnym momencie usłyszałem samicę.
- Tak...?
- Muszę już wracać do swojej norki... - lisica uśmiechnęła się przepraszająco, posłała mi szybkiego całusa i wyszła...
*
Znajdowałem się w gabinecie Znachora, oczywiście nic mi się nie stało, byłem tam z dwóch powodów - po pierwsze miałem przetłumaczyć lisowi jakieś runy, a po drugie potrzebowałem jakiejś dobrej rady.
- Wiesz... - zacząłem niepewnie, a lis posłał mi spojrzenie typu "Może będę Cię słuchał, ale jestem dosyć zajęty". - ... chodzi o mnie i o Silette, kojarzysz ją? Mam zamiar się jej dzisiaj oświadczyć, ale... nie wiem jak. - dokończyłem, oczekując jakiejś reakcji lekarza.
- Następny składnik?
- Ale, że co?
- Nie gadaj. Tłumacz...
- Aaa, tu jest napisane 'borsucze ziele'... - rzekłem spoglądając na runy. - ... ale Znachorze, doradzisz mi? Masz już żonę, więc powinieneś wiedzieć jak to zrobić... - rzekłem trochę nerwowo, lecz lis zaśmiał się i powiedział:
- Pelikarze, wiesz gdzie rośnie borsucze ziele? Jeśli nie to, wiedz, że to miejsce znajduje się nad rzeką tuż obok tego przewróconego drzewa... według mnie tamto miejsce będzie idealne na oświadczenie się lisicy...
- A co ma ziele do jakiegoś obszaru?
- Zupełne nic.
*
To ta chwila! Silette przychodzi w umówione miejsce... Nerwowo kręcę złotą obróżką. No cóż, raz korzy śmierć. Schowałem błyskotkę pomiędzy liśćmi jakiegoś krzaku i ruszyłem w stronę lisicy...
Przywitałem się z nią i ruszyliśmy na wieczorny spacer. Starałem się maskować drżenie i niepokój, samica chyba tego jeszcze nie zauważyła, ufff, całe szczęście... W międzyczasie zaczęło się powoli ściemniać, ostatnie promyki Słońca ledwo co wychodziły zza horyzontu... Teraz, albo nigdy!
Skierowałem chód w stronę krzaka w którym schowałem obróżkę. Gdy byliśmy już blisko, pewnym ruchem złapałem błyskotkę i klęknąłempatrzcie! Klękający lis!!! przed lisicą. Wyciągnąłem przed siebie zaręczynowy podarunek i pewnym głosem powiedziałem:
- Silette, czy zostaniesz moją drugą połówką?
Sil?
- Milo... - w pewnym momencie usłyszałem samicę.
- Tak...?
- Muszę już wracać do swojej norki... - lisica uśmiechnęła się przepraszająco, posłała mi szybkiego całusa i wyszła...
*
Znajdowałem się w gabinecie Znachora, oczywiście nic mi się nie stało, byłem tam z dwóch powodów - po pierwsze miałem przetłumaczyć lisowi jakieś runy, a po drugie potrzebowałem jakiejś dobrej rady.
- Wiesz... - zacząłem niepewnie, a lis posłał mi spojrzenie typu "Może będę Cię słuchał, ale jestem dosyć zajęty". - ... chodzi o mnie i o Silette, kojarzysz ją? Mam zamiar się jej dzisiaj oświadczyć, ale... nie wiem jak. - dokończyłem, oczekując jakiejś reakcji lekarza.
- Następny składnik?
- Ale, że co?
- Nie gadaj. Tłumacz...
- Aaa, tu jest napisane 'borsucze ziele'... - rzekłem spoglądając na runy. - ... ale Znachorze, doradzisz mi? Masz już żonę, więc powinieneś wiedzieć jak to zrobić... - rzekłem trochę nerwowo, lecz lis zaśmiał się i powiedział:
- Pelikarze, wiesz gdzie rośnie borsucze ziele? Jeśli nie to, wiedz, że to miejsce znajduje się nad rzeką tuż obok tego przewróconego drzewa... według mnie tamto miejsce będzie idealne na oświadczenie się lisicy...
- A co ma ziele do jakiegoś obszaru?
- Zupełne nic.
*
To ta chwila! Silette przychodzi w umówione miejsce... Nerwowo kręcę złotą obróżką. No cóż, raz korzy śmierć. Schowałem błyskotkę pomiędzy liśćmi jakiegoś krzaku i ruszyłem w stronę lisicy...
Przywitałem się z nią i ruszyliśmy na wieczorny spacer. Starałem się maskować drżenie i niepokój, samica chyba tego jeszcze nie zauważyła, ufff, całe szczęście... W międzyczasie zaczęło się powoli ściemniać, ostatnie promyki Słońca ledwo co wychodziły zza horyzontu... Teraz, albo nigdy!
Skierowałem chód w stronę krzaka w którym schowałem obróżkę. Gdy byliśmy już blisko, pewnym ruchem złapałem błyskotkę i klęknąłem
- Silette, czy zostaniesz moją drugą połówką?
Sil?
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Od Pelikara do Floxii
Spokojnie wygrzewałem się na kamieniu znajdującym się koło rzeki. W ostatnim czasie praktycznie w ogóle nie wychodziłem ze swojej nory, ponieważ musiałem przetłumaczyć jakąś grubą księgę na lisi. Ogólnie to nie sprawiło mi jakiś większych problemów, a nawet było przyjemne tylko, że podczas tłumaczenia okazało się, że to była... książka kucharska. Sprawdziłem czy nie było gdzieś jakiegoś szyfru, lecz na stronicach wszystko było 'powiedziane' wprost. No cóż, przynajmniej do końca życia zapamiętam z czym podawać bażanta lub jak sprawnie upiec szaraka...
Z moich rozmyślań wybudził mnie zapach innego lisa ( albo lisicy), podniosłem lekko głowę i zacząłem wpatrywać się swoimi brązowymi oczami w stronę z której pochodził zapach. Zastrzygłem uszami słysząc jak ten ktoś powoli zbliża się w moją stronę. Po chwili wyczekiwania z pobliskich zarośli wyłoniła się rudo - czarna lisica. Ciekawe czy jest ze stada? Samica musiała jeszcze nie wyczuć mojej obecności - pewnie przyszła tu by zaspokoić pragnienie i nie spodziewała się, że kogoś spotka, a do tego wszystkiego moje futro nawet dosyć dobrze maskowało moją obecność. Ja oczywiście nie jestem tchórzem i nie zamierzałem ukrywać się przed lisicą. Nabrałem powietrza i zacząłem.
- Dobry dzionek, nie przeszkadzam? - zagadnąłem wesoło jednocześnie wstając. Ruda odpowiedziała bez zastanowienia.
Flox? Mam ciekawy pomysł na fabułkę, więc w swoim opku nie musisz dużo robić
Z moich rozmyślań wybudził mnie zapach innego lisa ( albo lisicy), podniosłem lekko głowę i zacząłem wpatrywać się swoimi brązowymi oczami w stronę z której pochodził zapach. Zastrzygłem uszami słysząc jak ten ktoś powoli zbliża się w moją stronę. Po chwili wyczekiwania z pobliskich zarośli wyłoniła się rudo - czarna lisica. Ciekawe czy jest ze stada? Samica musiała jeszcze nie wyczuć mojej obecności - pewnie przyszła tu by zaspokoić pragnienie i nie spodziewała się, że kogoś spotka, a do tego wszystkiego moje futro nawet dosyć dobrze maskowało moją obecność. Ja oczywiście nie jestem tchórzem i nie zamierzałem ukrywać się przed lisicą. Nabrałem powietrza i zacząłem.
- Dobry dzionek, nie przeszkadzam? - zagadnąłem wesoło jednocześnie wstając. Ruda odpowiedziała bez zastanowienia.
Flox? Mam ciekawy pomysł na fabułkę, więc w swoim opku nie musisz dużo robić
Subskrybuj:
Posty (Atom)

