Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Levi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Levi. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lipca 2017

Levi odchodzi

Levi odchodzi. Powód: sprawy prywatne.
Żegnaj, Levi. Będzie nam Ciebie brakowało.

wtorek, 13 czerwca 2017

Od Leviego

 - Wynocha z mojej jaskini, brudne kupy zawszonego futra! - wrzasnąłem, rzucając pierwszą lepszą rzeczą w kierunku wylegującej się na kamieniu pary ogromnych szczurów. Bliżej niezidentyfikowany przedmiot upadł na podłogę, roztrzaskując się na setki małych kawałeczków. Następnym razem powinienem pamiętać, że ze względu na takie sytuacje lepiej jest trzymać gliniane wazy na wyższych półkach.
Małe ssaki podniosły szare łebki, wydając z siebie pełne przestrachu piski. Szybko podniosły się, podwijając nagie ogony do góry, po czym uciekły, zostawiając mnie samego. Jedynymi śladami po wizycie niechcianych intruzów zostały ślady ubłoconych łapek oraz walające się po ziemi szczątki rdzawo czerwonego naczynia.
  - Opłacało się - westchnąłem, ogonem zamiatając śmieci do wiklinowego koszyka. - Może następnym razem pomyślą, zanim ponownie wpakują się do mojej nory. Co jak co, jednak nie będę dokarmiał leniwych darmozjadów.
Sprzątanie zajęło mi dobry kwadrans. Gdy zebrałem całą wazę do prowizorycznego śmietnika, wyszedłem da dwór, aby gliniane szczątki wrzucić do wykopanego obok mojej kryjówki dołu, służącego mi jako składzik potłuczonych i zniszczonych rzeczy codziennego użytku.
Wróciwszy do jaskini, delikatnie odłożyłem własnoręcznie wyplatany kosz pod ścianę, po czym spokojnie ułożyłem się przy wejściu do mojej kryjówki. Ze zmęczeniem oparłem łeb na skrzyżowanych łapach, by po chwili zatopić się w swoich myślach, ze spokojem na sercu obserwując rosnącą wokół florę.
Zaraz po tym, gdy powieki powoli zaczęły mi ciążyć, usłyszałem głośny szelest w krzakach. Niemalże natychmiast podniosłem się do pozycji pionowej, gotowy stanąć do walki z napastnikiem.
  - Kto tam jest? - szczeknąłem z nadzieją usłyszenia znajomego głosu innego członka stada.

środa, 31 maja 2017

Od Levi'ego CD opowiadania Silviery

Usiadłem po środku nory, nie mącąc sobie głowy pytaniem właścicielki o zgodę. Lisica przymknęła oko na mój całkowity brak taktu.
 - To ty je namalowałaś? – spytałem bezmyślnie, z zaciekawieniem przyglądając się naściennym malowidłom. Mój pysk mimowolnie wykrzywił lekki uśmiech, gdy ujrzałem swoją podobiznę spokojnie spacerującą wzdłuż rzeki.
 - Owszem – odparła lisica, widocznie zadowolona z rezultatu swoich starań.
Prze chwilę stałem, bez konkretnego celu przeglądając stworzone przez samicę arcydzieła, gdy do mej głowy wpadł znakomity pomysł.
 - Eureka! – wykrzyknąłem, niespodziewanie zrywając się na równe nogi. – Zaczekaj tu chwilę, zaraz wrócę!
Po wypowiedzeniu tych słów ruszyłem biegiem przed siebie, by po chwili ponownie znaleźć się w swoim lokum. Szybkim ruchem szczęk złapałem kilka kawałków pergaminu, gęsie pióro, kałamarz oraz małą skórzaną sakwę w której wnętrzu znajdował się jeden z moich nowych projektów. Zaraz po tym zawróciłem. Powrót do Silviery był kwestią sekund.
 - Potrafisz malować na papierze? – zapytałem, wypuszczając przedmioty z pyska tak, aby te rozsypały się po ziemi.
 - Słucham? – powiedziała widocznie zaskoczona samica, nieufnie spoglądając w kierunku białego materiału.
 - Papier, pergamin – rzekłem, trącając nosem luźno leżące kartki. – Robi się je z drzew. Są idealne do zapisywania różnych schematów czy chociażby malowania.
Samica w dalszym ciągu niepewnie zerkała na przedmiot.
 - Czy farby nadają się na to coś? – zapytała po chwili widocznego wahania.
Mruknąłem przeciągle, przymykając oczy.
 - Nie próbowałem – stwierdziłem. – Zazwyczaj używałem tego – szybkim ruchem odkorkowałem buteleczkę z atramentem. Widząc zainteresowanie w spojrzeniu lisicy, zdecydowałem się mówić dalej. – Chciałbym, żebyś spróbowała przerysować na pergamin jedno z moich urządzeń. Tak dokładniej to to, które przyniosłem w sakwie z jeleniej skóry. Sam próbowałem, jednak zawsze wszystko wychodziło mi krzywo i całkowicie nie pokrywało się z rzeczywistością. Mogłabyś chociaż spróbować?

Silviera?

Od Levi'ego - Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni

Po zjedzeniu sytego posiłku, złożonego ze świeżej, dokładnie rozdzielonej na pół sarniej padliny, razem z Silvierą zdecydowaliśmy się na krótki spacer po lesie. Miał on zarówno dostarczyć nam przyjemności ze zwiedzania nowych miejsc, jak i pomóc w zapoznaniu się z całkowicie obcym terenem.

Nasze miarowe kroki idealnie komponowały się z delikatnym szumem ciepłego, wiosennego zefiru, tym samym tworząc muzykę natury, której przyjemne dla ucha nuty przerywały panującą dookoła ciszę. Rozbujane przez siłę wcześniej wspomnianego wiatru drzewa szumiały przeciągle, dodając melodii całkowicie niepowtarzalny charakter. Westchnąłem, czując unoszący się w powietrzu zapach polnych kwiatów. Niezaprzeczalnie zbliżaliśmy się do ukrytej w środku lasu polany, idealnie zakamuflowanej przez wnoszące się ku niebu korony wiekowych dębów.
 - Tak więc powiedz mi, Silv… - zacząłem, jednak po chwili słowa zastygły mi w gardle. Natychmiast zatrzymałem się, jednocześnie za pomocą przedniej łapy powstrzymując towarzyszkę przed dalszym marszem. Niewątpliwie, wśród wspaniałego zapachu kojarzącego mi się z dzieciństwem, doszukałem się delikatnej, całkowicie niepasującej do otaczającej mnie scenerii. Obrzydliwy, nieprzyjemny dla nosa odór krwi, lisiego moczu oraz śmierci. – Czujesz to? – wyszeptałem.
Samica namiętnie wciągnęła powietrze nosem, przybierając przy tym zamyślony wyraz pyska. Po chwili jej usta wykrzywił grymas pełen obrzydzenia. Lisica parsknęła, potrząsając przy tym łebkiem.
 - Śmierć… - wyszeptała jedynie. Jej mięśnie w mgnieniu oka napięły się, przygotowując właścicielkę do nagłej ucieczki.
 - Powinniśmy jak najszybciej stąd pójść – oznajmiłem.
Niestety, moje ostrzeżenie na nic się zdało, gdyż ledwie kilka sekund później zza krzaków dzikiej róży wyskoczył ogromny, widocznie negatywnie nastawiony lis. Był to dwukrotnie ode mnie większy samiec, którego umięśnione ciało pokrywała krótka, widocznie szorstka sierść. Jej matowy kolor był słabą parodią typowej dla lisów rudej czerwieni. Z rozwartej, pełnej ostrych jak brzytwa kłów szczęki nieprzerwanie kapała biała pana. Przysłonięte mgłą, brązowe oczy nierozumne utkwione były w Silvierze. Same spojrzenie lisa wyrażało więcej niż tysiąc słów – na pierwszy rzut oka oznajmić mogłem, iż zwierzę zastanawia się jedynie nad tym która z części ciała mojej towarzyszki najlepiej komponować się będzie wśród usmarowanych świeżą krwią traw.
Czyżby wścieklizna?
Jest to chyba najprawdopodobniejsza opcja. To właśnie ona najlepiej tłumaczyłaby wzrok, którym szatkował nas samiec. Z łapą na sercu przysiągłbym, iż nigdy nie widziałem tak wielkiej żądzy mordu w niczyjich oczach.
 - Wiejemy – oznajmiłem szeptem, nie spuszczając spojrzenia z sylwetki lisa. – W trakcie polowania zauważyłem, że jesteś – co prawda nie znacznie – jednak szybsza ode mnie. Postarają się dotrzeć do mojej jaskini. Niestety nie zdążyłem jeszcze uporządkować wszystkich rzeczy, które przytaszczyłem tu ze sobą, jednak przy odrobinie szczęścia powinnaś dość sprawnie znaleźć leżące przy legowisku podłużne naczynie zrobione z przetopionego piasku. Weź je, uważając, żeby przypadkowo nie wbić sobie w skórę wyjątkowo ostrej końcówki. Musisz przynieść mi je jak najszybciej. Ja w tym czasie postaram się odwrócić uwagę przeciwnika.
Silviera stała przez chwilę, całkowicie sparaliżowana. Po chwili jednak jej ciało ponownie zaczęło słuchać właścicielki, która od razu skoczyła w kierunku naszych nur, pokonując dystans z niesamowitą szybkością. Wtedy właśnie zostałem sam na sam z dwukrotnie większym, prawdopodobnie zarażonym wścieklizną lisem. Zamarłem, czując adrenalinę krążącą w moich żyłach.

Samiec niespodziewanie skoczył w moim kierunku, widocznie jako cel stawiając sobie zatopienie kłów w mym ciele. Jego ataki były całkowicie napędzane przez chorą chęć mordu. Z powodu tych dwóch czynników ruchy zwierzęcia były szybkie i gwałtowne, a za razem – ku nieszczęściu napastnika – wyjątkowo nieprecyzyjne. Co większa, wyprowadzane z pełną siłą ataki szybko męczyły lisa, który zaślepiony chorobą nie potrafił zachować „energii na czarną godzinę”.
Zdecydowałem się na strategię, której często używałem ze czasu swoich szczenięcych lat. Wykorzystując swą smukłą budowę ciała oraz dość szybki czas reakcji unikałem poszczególnych ciosów samca, jednocześnie starając się zużywać na to jak najmniejszą ilość energii. Taki stan utrzymywałem możliwie jak najdłużej, aby jak najbardziej zmęczyć przeciwnika oraz kupić Silvierze dużą ilość czasu na dostarczenie mi prototypu nowej maszyny – mechanizmu wstrzykującego różnego rodzaju płyny wewnątrz ciała zwierzęcia – wypełnionej cieczą mającą charakter łagodzący agresje oraz otumaniający. Po upływie dłuższej chwili siła oraz częstotliwość ciosów samca widocznie zmalała. Dodatkowo jego ciało wydawało się wyjątkowo zmęczone, pozbawione energii, a czas reakcji na bodźce zewnętrzne wydłużył się o ponad półtorej sekundy, co dawało mi dość dużą przewagę podczas bezpośredniego starcia. Niespodziewanie usłyszałem dochodzące z daleka krzyki znajomej mi lisicy.
 - Mam to! Znalazłam! – wykrzykiwała zadowolona Silviera. – Znalazłam przetopiony piasek z kolorową wodą w środku! Gdzie jesteś, Levi?!
W momencie, gdy moje myśli rozproszyło wołanie towarzyszki, monstrum wykorzystało mą nieuwagę. Ciężkie ciało potwora przygniotło mnie do ziemi, uniemożliwiając jakiekolwiek ruchy, które umożliwiłyby ucieczkę. Ostre zębiska niebezpiecznie zbliżały się w kierunku aorty.
 - Tu! Tu jestem! Do cholery jasnej, tu! – wykrzykiwałem dławiącym się głosem. – Musisz szybko przybiec tutaj, wbić końcówkę w tego potwora i wpompować płyn pod jego skórę, najlepiej w okolicach mięśni! – więcej nie potrafiłem wykrztusić, gdyż wielkie łapsko lisa przygniotło moje gardło. Jedyne, co udało mi się  siebie wydobyć, był głuchy, przeciągły bulgot.
Przymknąłem oczy, gotowy odejść z tego świata jako niespełniony życiowo bohater. Poczułem uścisk żalu, gdy w przeciągu milisekund przez moją głowę przeleciały miliony wspomnień. Czy to właśnie tak wygląda przedśmiertne przelatywanie życia przed oczami? Jeśli tak, z rozczarowaniem stwierdzić muszę, iż moje było wyjątkowo nudne.
W momencie, gdy paszczę samca od mojego gardła dzieliły zaledwie centymetry, poczułem, jak ciało napastnika rozluźnia się. Po chwili lis opadł bezwładnie na ziemię. Całkowicie zszokowany leżałem w bezruchu, nie potrafiąc pojąć myślami co właśnie miało miejsce. Wszystko rozumiałem, gdy roześmiany pysk Silviery wyłonił się zza kupy nieruchomego rudego fura. Łapa lisicy opanowanym ruchem wyjęła pusty mechanizm z prawego uda usiłującego zabić mnie stworzenia.
- A jednak, udało się – powiedziałem z niedowierzaniem, powoli podnosząc się do pozycji stojącej. – Nie mogę uwierzyć w to, że jeszcze żyję… młoda, mam u ciebie wielki dług wdzięczności.

Samica machnęła jedynie łapą, przybierając skromny wyraz pyska. Ja tymczasem podszedłem do otumanionego lisa.
 - Nie możemy zabić go za pomocą paszczy – zauważyłem. – Prawdopodobnie choruje na coś, czym można się nabawić przez kontakt z jego krwią.
 - W takim razie jak to zrobimy? – zapytała Silviera.
 - Najłatwiej byłoby użyć jakiejś broni białej, jednak ja nie jestem  w posiadaniu takowej… - mruknąłem. – Najrozsądniej będzie wrzucić go do nieodwiedzanego przez inne wilki zbiornika wodnego. Nie ma możliwości, żeby stwór odzyskał przytomność przed tym, jak umrze z powodu niedotlenienia mózgu.

Silviera?

poniedziałek, 29 maja 2017

Od Leviego - Kiedy zawieje dziki wiatr


Spokojnym krokiem spacerowałem wzdłuż jednej z przecinających tereny stada rzek. Szedłem powoli, z rozwagą, starając się stawiać łapy jedynie na uprzednio wybadanym terenie. Każde głębsze a zarazem nieprzewidywane zatopienie kończyn w rozmiękłej glebie otaczającej płynącą wodę skutkowało u mnie krótkotrwałym napadem paniki obfitującym w bezsensowne szamotaniny oraz wykrzykiwaniem w przestrzeń, niecenzuralnych słów, których nie powstydziłby się nawet największy koneser.
Cóż było powodem ów zachowania? Nic nadzwyczajnego, zwykła trauma, której nabawić zdołałem się w wieku szczenięcym. Od dnia w którym niespodziewanie pochłonęły mnie fale czarnej jak smoła rzeki traktowałem wodę nie jako sojusznika, a wroga, z którym dogadywać musiałem się jedynie ze względu potrzeb wyższych. Mimo to, tuż po traumatycznym wydarzeniu rodzicielka zmuszona była myć mi futro własnoręcznie przez przeszło cztery miesiące, a do dzisiaj kąpiel biorę wyłącznie na brzegu spokojnych, zamkniętych jezior. Ot co, zwykła słabość, która każdego może dopaść.
W pewnym momencie droga przede mną stwardniała. Rozmiękłe błoto przeszło w piasek, ten po kilku minutach zamienił się w żwir, który po garści kroków wyewoluował w kamienie. Ostatecznie swoją podróż kontynuowałem mimo ostrych krańców, naturalnych przeszkód, wbijających się w spody łap. W końcu co to dla mnie. Niejednokrotnie sprostać musiałem większemu, o wiele boleśniejszemu wyzwaniu.
Niespodziewanie, jeden z kamieni osunął się spod moich łap. Krzyknąłem, momentalnie tracąc równowagę. Z głuchym pluskiem wpadłem do szaleńczo gnącej przed siebie wody, tyłem głowy uderzając o twarde dno zbiornika wodnego. Zemdlałem.

Ze stanu błogiej nieświadomości wyrwało mnie dopiero silne uderzenie plecami o twardą skałę. Poczułem, jak po moim grzbiecie rozchodzi się tępy ból spowodowany upadkiem ze znaczącej wysokości. Kaszlnąłem, wypluwając z pyska słodką wodę.
 - Co do cholery? – jęknąłem, podnosząc się na rozdygotanych łapach.
Po chwili ponownie upadłem na wilgotne podłoże, trzęsąc się na całym ciele.
Drgawki? Choroba?
Nic bardziej mylnego.
Po chwili zdałem sobie sprawę, iż jestem - dosłownie i w przenośni – sparaliżowany strachem. Cichy głosik, uprzednio dyskretnie informujący mnie o niebezpieczeństwie związanym z wodą, teraz krzyczała na całe gardło wewnątrz mojej głowy, doprowadzając wszystkie komórki ciała do czystego obłędu. Zaskomlałem, czując się niczym zaszczuty szczeniak w klatce.
 - Kto tam? – usłyszałem cichy głos, dochodzący niby z wnętrza mojej czaszki.
Czyżby przesłyszenie? Zwykłe zdeformowanie dźwięku szumiącej za mną wody, czy już zaczynam wariować? Nie mogę uwierzyć w to, że tak teoretycznie nieistotna sytuacja mogła doprowadzić mnie do takiego stanu. Bądź co bądź, jestem lisem silnym oraz niezłomnym, czyż nie?
 - Kto tam? – ponownie odezwała się bliżej niezidentyfikowana osoba. Tym razem głos był znacznie wyraźniejszy, dzięki czemu byłem w stanie określić kierunek, z którego dochodził. Tajemnicza postać bez wątpienia stała za filarem wznoszącym się kilka metrów przede mną.
 - Jestem Samuel – odpowiedziałem, przedstawiając się za pomocą jednego z fałszywych imion. Całkowicie zignorowałem fakt, iż ze względu na chwilowy paraliż nie jestem w stanie uchronić się przed ewentualnym atakiem.
Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, zza przeciwległego kamienia wyłoniła się mała lisia postać.
„Jakim cudem tak błędnie określiłem kierunek?” – szepnąłem ze zgrozą, jednak po chwili zamilkłem. Na mój pysk wypłynął wyraz pełen zdumienia oraz niedowierzania.
Tuż przede mną stała znajoma mi, niezwykle bliska samica lisa polskiego.
 - Nie okłamuj mnie, Levi – powiedziała ma siostra, Cyzia, posyłając w moim kierunku pełen radości uśmiech. – Nieładnie okłamywać lisa pozwalającego ci bezpiecznie ukrywać się w jego norze.
Przez chwilę siedziałem bezczynnie, nie potrafiąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Nagle, jak by nigdy nic, wstałem z ziemi, koślawym krokiem brodząc do przodu. Zaledwie kilka sekund potem ponownie upadłem, tracąc władzę w przednich łapach. Moje przerażenie sięgało zenitu.
 - CYZIA?! – krzyknąłem z rozpaczą, po chwili zalewając się gorzkimi łzami. – Dzięki bóstwom, Cyzia, to naprawdę ty?!
Lisica zaśmiała się perliście, podchodząc do mnie. Po chwili wahania jej ciepły, wilgotny nosek przywarł do mojego. Poczułem dobrze znany mi zapach lisiego futra zmieszany z lekką wonią glonów.
 - Cyzia… - szepnąłem, zamykając szkliste oczy.
Po chwili poczułem, jak ciepły nos powiększa się. Z zaskoczeniem uniosłem powieki. Tym razem przede mną nie stała siostra, a młodszy brat – Izaak. Gwałtownie nabrałem powietrza w płuca, w ostatniej chwili tłumiąc krzyk przerażenia. Samiec z życzliwym, jak zwykle, uśmiechem podniósł jedną z tylnych łap.
 - Dalej nieco sztywna, ale działa jak trzeba. Co u ciebie, braciszku? -zapytał.
Zaledwie kilka sekund potem postać ponownie zaczęła zmieniać swój wygląd – jej łapy wydłużyły się, pysk zgrubiał. Futro zrobiło się znacznie krótsze, a oczy zalśniły karmazynową czerwienią. Po zakończonej transformacji przede mną siedział nie kto inny jak najstarszy z rodzeństwa Ciel.
 - A ty znowu brodzisz w wodzie niczym  zagubiony szczeniak – powiedział z lekką dozą uszczypliwej ironii. – Nie będę wiecznie cię ratował, Levi. Pora się usamodzielnić.
Z przerażeniem cofnąłem się kilka kroków dalej, wyzywająco powarkując gardłowym tonem. Tajemnicza istota w przeciągu jednego mrugnięcia okiem zamieniła się w mojego ojca. Stare, mądre oczy patrzyły na mnie dobrotliwym wzrokiem. Lis zamachał jedynym pozostałym mu uchem.
 - Chyba nie chcesz atakować swojej rodziny?
Te słowa doprowadziły mnie do czystego obłędu. Nie zwarzywszy na ból w łapach, podniosłem się, wykonując kilka niepewnych kroków w kierunku napawającej mnie obrzydzeniem istoty. Po chwili, gdy ciało stworzenia zaczęło przybierać kształt kolejnej samicy – w której, o zgrozo, rozpoznałem swoją matkę – szybko skoczyłem do przodu, bezlitośnie zaciskając szczęki na łapie potwora.
Tym razem moim oczom ukazało się prawdziwe oblicze stworzenia. Była to postawna, otoczona puszystym, błękitnym futrem lisica. Stała przede mną zmieszana, podkulając ugryzioną łapę pod siebie, spuszczając spojrzenie grafitowych oczu ku ziemi.
 - Bezpodstawne atakowanie duchów jaskini jest naprawdę nieuprzejme – powiedziała cichym, podobnym do podmuchów wiatru głosem. Głosem tym samym, który słyszałem na samym początku.
 - Co ty pierdolisz? – warknąłem, przyjmując pełną agresji pozę. W każdej chwili gotowy byłem ponownie zatopić kły w ciele stworzenia.
Usłyszałem cichy syk, przypominający skwierczenie towarzyszące wylewaniu lodowatej wody na rozgrzany przez słońce kamień. Po chwili lis uśmiechnął się, wyciągając w moim kierunku wcześniej ugryzioną łapę. Ku mojemu zaskoczeniu, nie było na niej ani śladu po ataku.
 - Mówię, że jestem duchem tej jaskini. Ataki na mnie nic ci nie dadzą, a jedynie mogą jeszcze bardziej rozwścieczyć moją zbłąkaną duszę – powiedziała z widocznym zadowoleniem. – Wiem, że jesteś tu przypadkiem. Domyślałam się też, że musisz być bardzo wystraszony, dlatego stwierdziłam, że przybiorę kształt lisa, którego znasz i szanujesz, żeby dodać ci otuchy. Widząc twoje zachowanie nie mogłam powstrzymać się przed zrobieniem małego figla… ale tobie widocznie się nie podobało – po wypowiedzeniu tych słów zwierzę zachichotało.
Ja natomiast stałem zdezorientowany, podkulając ogon pod siebie. Dość długą chwilę zajęło mi ogarnięcie wszystkiego za pomocą rozbieganych myśli.
 - Widzę, że nagle zrobiłeś się mało wylewny – jęknęła widocznie znudzona samica. – Nudzisz mnie.
 - Co masz zamiar teraz ze mną zrobić?! – warknąłem niespodziewanie, odsłaniając kły. – Skoro tak dobrze orientujesz się w zaistniałej sytuacji, na pewno wiesz, że nie mam pojęcia jak wydostać się na zewnątrz!
Zwierzę ponownie uśmiechnęło się, podchodząc do mnie spokojnym krokiem. Po zaledwie kilku sekundach nasze ciała dzieliły dosłownie milimetry. „Mam plan, nie przejmuj się” – usłyszałem szept dochodzący z wnętrza mojej czaszki. Wtedy właśnie lisica dotknęła łapom mego pyska. Poczułem, jak tracę grunt pod łapami. Ponownie straciłem przytomność.

Obudziłem się cały obolały. Przeciągnąłem się, czując, jak przy każdym najmniejszym ruchu moje mięśnie przeszywa kujący ból. Mimo tego, w swoim stanie fizycznym nie wyczuwałem żadnych zmian, które mogłyby potwierdzić prawdziwość sytuacji, która utknęła w mych myślach.
Jednak ja jestem pewny, że to nie był sen.
A skąd to wiem?
Na jednej z ręcznie rzeźbionych komód stojących w mojej jaskini pojawił się obwiązany błękitnym włosem, bladoniebieski kamień bliżej nieokreślonego pochodzenia.
Do tego, nie żebym się skarżył, ale CHOLERNY ODÓR WODOROSTÓW OTACZAJĄCY MOJE LEGOWISKO BYŁBYM W STANIE WYCZUĆ Z ODLEGŁOŚCI WIELU KILOMETRÓW!

Od Leviego CD opowiadania Silviere

 Gdy spokojnym krokiem wszedłem do środka mojej nowej nory, ujrzałem masę wolnej, nieco zakurzonej przestrzeni, która niemalże natychmiastowo wzbudziła we mnie wielki entuzjazm. Podskoczyłem z zachwytem, od razu przeliczając pole ścian bocznych na ilość pergaminów, które mógłbym tam porozwieszać.
 - Już wiem jak zagospodaruje to miejsce - szepnąłem sam do siebie, mając na myśli - oczywiście - moje wynalazki. - Dzięki Bogu za to, że jednak zdecydowałem się na rozmowę z tajemniczą lisicą. Gdyby nie ona, prawdopodobnie dalej włóczyłbym się po świecie z duszą na ramieniu.
 - Levi? - usłyszałem melodyjny głos dochodzący zza mych pleców. Gdy odwróciłem głowę zauważyłem wspomnianą wcześniej samicę. Właśnie wtedy zrozumiałem również, że od dobrych kilku minut stoję w bezruchu przed wejściem do ukrytego pod ziemią lokum.
Natychmiastowo stanąłem przodem do Silviere. Poczułem lekkie ukłucie żalu, widząc przyjazny uśmiech na jej pysku.
 - Naprawdę dziękuję ci za pomoc - powiedziałem, ruchami ciała ukazując, iż traktuję ją na równi ze sobą. - Skoro dopiero co tu dotarliśmy i jeszcze nie znamy terenów, może połączylibyśmy siły i razem spróbowali złapać jakąś zwierzynę? Później podzielimy się na pół.
Samica przystanęła na mają propozycję. Było mi naprawdę szkoda, że ze względu na moją filozofię nie mogłem pozwolić sobie na bliższe relacje z lisicą.
Silviere?

Nowy lis!

Powitajmy na naszych terenach samotnego Leviego!