Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brooke. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

To, co potoczyło się w ostatnich dniach tak szybko, przyniosło niewyobrażalną ilość szczęścia... Ale czy tylko? Nałożyło na mnie obowiązki, dużo obowiązków, które tym razem są o wiele ważniejsze niż pozostałe. Jeśli im nie sprostam, zranię i zepsuję charaktery innym osób. Po prostu nie mogę tego zrobić - tylko czy taki samiec jak ja jest dobry w grze uczuć? Czy zdoła wychować dzieci, stać się głową rodziny, ja powinien? Mimo, że zadania te są niezwykle trudne, czułem dużą radość z tego, że życie mi je zadało. Mama byłaby ze mnie dumna, gdybym dał radę... Mama byłaby dumna już teraz. Chciałbym ją kiedyś ponownie odwiedzić... Odwiedzić tereny, które zamieszkiwałem w dzieciństwie. ej, Brooke, drzewo! - to zapis moich ostatnich myśli przed zderzeniem się z twardą korą. Od razu wstałem, by nikt nie zobaczył mnie w tym stanie. Na szczęście, szkody były niewielkie, dlatego mogłem z powodzeniem zacząć polowania. Jeden, dorodny zając dla partnerki, jeden dla mnie... Trzy powinny wystarczyć, patrząc na to, że przecież dzieci nie zjadłyby mięsa. Korzystając z okazji, iż aktualnie byłem na obfitych w zwierzynę terenach, niezwłocznie zacząłem łowy.
***
Dwa szaraki, jedna gęś... Tak, czasu troche upłynęło, ale zaglądnąłem na chwilkę do gospodarstwa ludzi. Może to spóźnione śniadanie nie jest aż tak strasznie tłuste, ale wystarczą. Ale to, co jeszcze trzymałem w pyszczku oprócz jedzenia, dopełnia całkowicie moje wymagania co do łupu. Myślę, że także Lori będzie zadowolona!
- Wróciłem! - oznajmiłem, wchodząc do norki.
- Mogłeś się bardziej pośpieszyć... Ojejku, co to? - żona oderwała wzrok od pół-śpiących szczeniąt i skierowała go na umieszczoną w kawałku kory kupkę gęsiego puchu.
- Dla szczeniąt - podpowiedziałem - Pierwszy fragment legowiska, musza jakieś mieć!

Ech... Nie za najlepsze, ale ok - Lori? <3

środa, 14 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Przejechałem wzrokiem po trzech puchatych, mokrych kulkach. Nie, przejechałem to zbyt zbagatelizowane wyrażenie - otoczyłem je wszystkie ojcowskim, pełnym miłości i troski spojrzeniem. Lori, która także leżała przede mną dokładnie wylizywała nasze pierwsze szczenię - właściwie nawet trudno było odróżnić, które to które! W pewnej chwili żachnąłem się, o czym ja myślę w takiej chwili? A jeśli jedno z nich nie będzie mogło oddychać, coś pójdzie nie tak?! Muszę pomóc partnerce! Ułożyłem się koło niej właśnie w takim celu i ostrożnie wziąłem jedną z kuleczek. Powoli zacząłem naśladować ruchy Lori, ona chyba miała taki odruch w naturze. Nie było łatwo, ale się udało - po długiej chwili szczeniak był zupełnie czysty. Lisica zajęła się już kolejnym, a ja przeniosłem pozostałe dwa na łóżko - było na tyle duże, by pomieścić nas wszystkich. Przykryłem je skrawkiem kołdry, żona umieściła tam jeszcze trzecie. Szczenięta od razu zmorzył sen, a potem nasze spojrzenia się spotkały. W jej kryło się wielkie zmęczenie, ale równie duża radość. Mnie też przepełniało szczęście, ale należało wspomnieć, że był środek nocy.
- Może też się jeszcze prześpimy? - zapytałem. Wysłała mi spojrzenie "z ust mi to wyjąłeś". Ułożyliśmy się na legowisku, wtuleni w siebie odpłynęliśmy do krainy Morfeusza.

Jakie to krótkie... lepsze niż nic xD Lori?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- W końcu przyszłaś! - zawołałem zbawiennym głosem - Hmm, a śniadanko?
- Nie znalazłam nic dobrego - odrzekła lisica bez większej chęci - Dziwnie się czuję.
- Może lepiej będzie, jak pójdziesz do norki i jeszcze trochę poleżysz, a ja przyrządzę coś smacznego i wyjątkowego - stwierdziłem z troską. Lori grzecznie podreptała do norki, a ja przez chwilę dalej sterczałem w miejscu, zastanawiając się, co zdarzyło się jej na tej wyprawie. jeszcze rano była szczęśliwa... Akurat wtedy przed moimi oczyma przebiegł szarak, to wyrwało mnie z zamyślenia - jakby tu nie wykorzystać takiej okazji, gdy śniadanie samo się znajduje?
Dzielnie dzierżąc wynik łowów, o ile tak można nazwać to krótkie polowanie powróciłem do jamy. Partnerka bez entuzjazmu zajmowała skrawek łóżka.
- Coś się stało? Co robiłaś na tej wyprawie? - zapytałem. Martwiłem się jej obecnym stanem, na pewno nie mógł się wziąć znikąd.
- Nic - ucięła, a po chwili dodała - Trochę boli mnie brzuch!
- Może z głodu? Popatrz, złapałem pokaźnego szaraka. Możesz zjeść całego, ja nie jestem głodny - ofiarowałem się, kładąc przed Rudą śniadanie. Skosztowała go, ale takiej reakcji nigdy bym się nie spodziewał.
- Według mnie jest za twarde.
- Przecież... Jadłaś gorsze mięsa tysiące razy, ten akurat jest bardzo ładny!
- Wydaje mi się tak, nie smakuje mi - stwierdziła. Z jakiegoś powodu te słowa bardziej mnie zdenerwowały.
- Skoro tak, to sama sobie upoluj! - podniosłem głos i zdecydowanym krokiem wyszedłem z nory. Miałem ochotę tylko wyłożyć się na kamieniu i wygrzewać na słońcu, ale tuż przed norką umiejscowić się nie mogłem. Musiałem więc trochę dojść, co jeszcze bardziej mnie rozeźliło. Może ten związek to nie był dobry pomysł? Nie, w głębi serca czułem, że dalej kocham Lori ponad wszystko. Ale te jej zachowania zdecydowanie wytrąciły mnie z równowagi. Co się z nią stało? Dalsze moje rozmyślania musiały poczekać, ponieważ prażące słońce sprawiło niezwykłą senność.
***
Kiedy znowu otwarłem oczy, byłem pewien, że niewłaściwie się zachowałem. Nie ważne, co, i tak żywię miłość do mojej partnerki. Przeciągnąłem się i szybkim krokiem skierowałem z powrotem do naszego mieszkanka. Miałem tylko nadzieję, że lisica mi wybaczy...
Znowu siedziała na materiale, lecz tym razem jej wzrok był żywy i niespokojny. Kiedy przekroczyłem próg, natychmiast wstała z lekkim uśmiechem, ale też skruchą na twarzy.
- Przepraszam, że tak powiedziałem...  - zacząłem - Może te mięso rzeczywiście nie było w porządku?
- Nie, to ja cię przepraszam! Chciałam ci coś oznajmić... - odpowiedziała, kołując wzrokiem po uklepanej podłodze. Widać było, że jej uśmiech z każdą sekundą się rozszerzał, aż w końcu, nie mogąc wytrzymać wybuchnęła:
- Będziemy mieli szczenięta!
Prze chwilę stałem w bezruchu, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem
- Nnna... Naprawdę? - moje serce już przepełniło się niewyobrażalnym szczęściem, ale rozum wciąż porównywał fakty.
- Tak! W czasie, w którym zniknąłeś byłam u znachora i... I stwierdziłam, że boli mnie brzuch, a ten... Ten mnie zbadał i odpowiedział, że zostanę matką! Co prawda to dziwne, że objawy zaczęły się tak wcześnie, ale są niepodważalne! - tłumaczyła, z każdą chwilą szczęścia było coraz więcej.
- Na Sun, och, jak ja się cieszę! - wrzasnąłem, prawie dusząc żonę w uścisku. Po chwili radości dodałem jeszcze trochę ciszej - W takim razie to ja przepraszam, że tak nie uważałem...
- Przecież nie wiedziałeś! A zresztą co było, to będzie. Jestem okropnie głodna!
- Dla mojej księżniczki wszystko, co tylko zapragnie - szarmancko się ukłoniłem - Najdelikatniejsze mięso idealnie przyprawione, z kremową polewą i wszystkim innym, co tylko zapragnie.
Tak naprawdę radość była największa, przepełniała każdą moją część ciała, bez wyjątku. Przedwczoraj zostałem partnerem, wczoraj - mężem, a już za niedługo... Ojcem!

Lori? ♥♥♥

Ciąża!

Lori jest w ciąży z Brooke!

Matka: Lorianna
Ojciec: Brooke
Liczba szczeniąt: 3 ( 2 lisiczki i 1 lisek)
Rasa szczeniąt: lis rudy
Data narodzin: 13.06.2017
Lekarz prowadzący: Harpagon


niedziela, 11 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- Nie, nie, nie, jestem już wykończony! Lori, ty tłumacz te kroki, nie dam rady - spojrzałem błagalnie w stronę Lori, która dyskretnie podjadała którąś z potraw. Była już noc, ale wesele trwało w najlepsze - wszyscy świetnie się bawili, z wyjątkiem szczeniąt, które oczywiście już trochę temu poszły do łóżek. Muzyka głośno grała, jedzenia nie było brak, zewsząd słychać było głośne rozmowy.
- Spróbuj tego! - zamiast poratowania mnie żona wskazała kawałek tłustej sarny, wykwintnie przyprawionej i podanej w ten sposób, że nawet mnie pociekła ślinka. Bufet był po brzegi wypełniony podobnymi potrawami, wyglądały na równie smaczne. Tak naprawdę mój żołądek był równie pełny, ale jeszcze jeden, mały kęs nie zaszkodzi...
- Pozwólcie, że na początku zaspokoję głód - skłamałem i ulotniłem się z parkietu, na szczęście goście nie zatrzymywali.
- Racja, przepyszne! - przyznałem, próbując tego i owego. Popatrzyłem na niebo - gwiazdy lśniły tak mocno, jak w noc, w którą oświadczyłem się partnerce. Przyciągnęły całą moją uwagę, znowu zapragnąłem siedzieć i wpatrywać się w nie. Oczywiście zawsze razem z Lori.
- Wiesz co... Może uciekniemy na chwilkę z imprezy, żeby ochłonąć i złapać trochę świeżego powietrza? - zaproponowałem.
- Tak, to dobry pomysł - Ruda złapała mnie za łapę i pobiegła wąskim przesmykiem między stołami. Po chwili byliśmy na drugiej części skarpy, znowu sami. Klapnęliśmy na mokrej trawie i przyglądaliśmy się migającym ciałom niebieskim. Przybliżyłem się do żony i szepnąłem jej na ucho:
- Lisic na świecie jest tyle, co tych gwiazd, ale żadna z nich nie świeci większym blaskiem, niż ty.
Przesłała mi najszczerszy uśmiech, na co odpowiedziałem tym samym.
- Wiesz co? Wpadło mi coś na myśl...
- Mi też - przerwała Lori, posyłając kolejną, tym razem tajemniczą minę. Znowu liczyliśmy się tylko my, weselni goście mogli poczekać. To była nasza noc, szalona i najpiękniejsza noc.

Lori? Pseeplasam, że takie króciutkie, ale jest 23 w nocy (heh), i nie dałam rady cokolwiek rozciągać i opisywać - a co dopiero wchodzić w życie prywatne lisiełków... Na pewno nie chciałam nie zdążyć, więc coś wybazgrałam xD

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori + ślub

- Lori, żyjesz?! - mój głos był pełen paniki. Stałem bowiem przed półśpiącą, rudą wybranką leżącą pod krzakiem dzikiej róży. Niby nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jeszcze wczoraj wieczorem smacznie odpoczywała w łóżku będącym częścią wyposażenia naszej skromnej norki, na dodatek dzisiaj stawała się oficjalnie moją żoną - czekał nas ślub. Nic jeszcze nie jest przygotowane!
- Jesteś! - oznajmiła wybranka, jakby nie było to oczywiste. Przy tym z miejsca zerwała się z ziemi, głośno wydychając powietrze.
- Miałaś zły sen? - zapytałem z czułością - Ale że dolunatykowałaś aż tutaj?!
- To był tylko sen, prawda? - Lori zadała kolejne retoryczne pytanie, a jej oddech powoli wracał do normy - Och, jak się cieszę, że nie było na jawie...
Przytuliła mnie mocno, jakbym był najlepszym prezentem, jaki mogła dostać w ten słoneczny poranek.
- O nie, nie, nie, to nie czas na pieszczoty - wymamrotałem z udawaną niechęcią, ale szybko odwzajemniłem uścisk.
- Dobrze, ale dzisiaj mamy ślub. Jest siódma, a właściwie to jeszcze nic nie przygotowane!
- Ech... Chodźmy do norki, tam wszystko ustalimy - powiedziała partnerka i nadal chwiejnym krokiem, jakby nie mogła uwierzyć, że dzieje się to naprawdę skierowała się do nory. Wydrążyłem ją wczoraj i choć nie świeci jeszcze idealnym blaskiem, muszę przyznać, że jestem z niej szampańsko dumny. Usiedliśmy na skraju sporego łóżka i zaczęliśmy korespondować. Udało nam się dociec, że druhną będzie Flox, przyjaciółka partnerki. Z racji, iż jej ojciec nie żyje Ruda zażyczyła sobie, żeby do ołtarza przyprowadził ją Pelikar. Ja przytaknąłem na bez zastanowienia, okazało się, że był tym samym czarnym, który podpowiedział mi w sprawach miłosnych tego samego dnia, którego powiedziała 'tak'.
Rola księdza udzielającego ślubu przypadała Harpagonowi, a sama uroczystość oraz wesele miały się odbyć na skarpie oraz błoniach, na których oświadczyłem się Lori.
- Teraz tylko ubiór i szybkie zaproszenia! - lisica była widocznie rozradowana z tego powodu - Tym pierwszym zajmę się ja, obyczaj mówi, że pan młody nie powinien ujrzeć sukni przed ślubem. A ty, zaprosisz gości?
Westchnąłem na samą myśl Rudej w kreacji na tą ceremonię, musiałaby wyglądać przecudownie. Zasady jednak trzeba przestrzegać!
- Jasne, kochanie - uśmiechnąłem się, ale kiedy zerknąłem na stos nieuzupełnionych papierów moja mina zrzedła - Czekaj, ja mam to wszystko zapisać?
- Oczywiście. Tobie też sprawię jakiś garnitur! - rzuciła prędko partnerka i natychmiastowo wybiegła z jamki. Najprawdopodobniej upatrzyła sobie jakąś lisicę, która w miarę dobrze szyje i teraz będzie męczyła ją tak długo, aż czegoś nie wymyśli na szybko. Ja natomiast zostałem sam, z kartkami. Po chwili namysłu zdecydowałem, że prościej będzie dostarczyć informacje słownie, przecież inaczej może dojść do wielu nieporozumień...
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Z lekką niepewnością wszedłem do pierwszej norki - padło na Pelikara i Silette z dziećmi. Postanowiłem, że przy okazji wspomnę o życzeniu przyszłej żony - prowadzący do ołtarza powinien przynajmniej chwilę wcześniej wiedzieć o swoim zadaniu i co najważniejsze, zgodzić się na taką rolę.
- Hmm... Dzień dobry - powitanie nie wyszło najlepiej.
- O, Brooke! Udało ci się? - Czarny puścił do mnie oczko.
- Właśnie dlatego tu przybyłem - dzisiaj bierzemy z Lori ślub i z wielką radością zapraszam was na tę uroczystość - wydukałem jak najszybciej - Przepraszam, że powiadamiam tuż przed...
- Och, serdeczne gratulacje! Jasne, że przyjdziemy! - lisica nawet nie dała mi dokończyć, wzięła się za obściskiwanie mnie ze wszystkich stron. Zacząłem powoli się wycofywać, ale przypomniałem sobie, że przecież została jeszcze jedna informacja.
- Moja wybranka zapragnęła, żebyś odprowadził ją pod ołtarz - zwróciłem się do Pelikara - Zgodzisz się?
- Oczywiście! - oznajmił uradowany. Mając czyste sumienie pożegnałem się i skierowałem do następnej jamy - tym razem Floxii.
***
Minęły dwie godziny a mi zaledwie udało się obejść wszystkie mieszkania. Zmęczony przekroczyłem próg własnego, szacując godzinę na 10 rano.
- Jak można tak długo zapraszać?! Czekam na ciebie od chyba pół godziny... Nie zdążymy na własny ślub! - stwierdziła rozeźlona, ale po chwili dodała radośniejszym tonem - Mam garnitur!
- Kogo wymęczyłaś?
- Ritę. Oto i on! - wystawiła łapkę z poskładanym, czarnym materiałem i natychmiast mi go wcisnęła. Do kompletu dostałem też białą muchę oraz polecenie, by najszybciej to włożyć. Bo strój pana młodego może zobaczyć partnerka przed ślubem, to tylko zwykły garnitur - powiedziała. Widocznie musiało być jednak coś więcej, bo jej zaangażowanie było podejrzliwie duże. Razem zauważyliśmy, że w ubraniu wyglądam przystojnie i szarmancko - nawet ja, z trudem, bo nie znoszę się chwalić. Dlatego też całą chlubę zrzuciłem na krawcową, mówiąc, że lepszego garnituru uszyć nie mogła.
- Myślę, że powinniśmy już powoli kursować na miejsce ceremonii, to już za jakieś dwie godziny... - rzekłem - Może już możesz założyć swój ubiór? - dopytałem z nadzieją.
- Hmm... Właściwie tak, ale musisz wyjść z norki! - pogoniła Lori i wypchnęła mnie za drzwi. Po chwili znowu zawołała, żebym zobaczył tą kreację.
- Ładna? - chciała się dowiedzieć. A mnie zabrakło tchu. Muszę przyznać, że moja wybranka jest piękna wszędzie i zawsze, ale teraz...
- Na Sun, jesteś najładniejszą lisicą, jaką przyszło mi ujrzeć! - zachwyciłem się - Choć nie mogę zaprzeczyć, że każdego dnia wyglądasz ślicznie, to teraz pobiłaś wszystkich, kochanie.
- Przestań się łasić, idziemy! - zarządziła, ale dalej nie mogłem oderwać oczu od jej sukienki.

Lori? ♥♥♥ Pobiłam rekord!

środa, 7 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Spokojnym krokiem szliśmy do nory alf. Byliśmy już po sytym śniadaniu, teraz trzeba było załatwić formalności. Od dzisiaj również stawałem się betą! Mimo wszystko nie cieszyłbym się mniej, gdybyśmy byli normalnymi członkami - beta jest tylko wisienką na torcie.
- Myślisz, że przyjmą cię na tą rangę? - zapytała się Lori, próbując przerwać nieprzyjemną ciszę.
- Nie mam zielonego pojęcia, kochanie - odpowiedziałem bez większego namysłu - Dla mnie nie ma to dużego znaczenia, ty jesteś o stokroć ważniejsza!
Moja wybranka posłała mi jeden ze swoich przepięknych uśmiechów. Jako, że byliśmy akurat przed wejściem do jamy, która byłą legowiskiem alf zwolniła kroku i upewniła się:
- Chali, Ace, jesteście? Mam dla was sporo wieści!
- Taak? - ruda lisica natychmiastowo ukazała się w progu. Przejechała mnie zdziwionym spojrzeniem, nawet z ciutką niechęci, ale kiedy dowiedziała się, po co przyszliśmy od razu usunęła ją z siebie.
- Bo... Bo Brooke i ja zostaliśmy parą - to mówiąc Lori przysunęła się jeszcze bliżej mnie, jakby z obawy, że coś miałoby za chwilę wybuchnąć.
- Och, naprawdę? Gratulujemy! - odparła Chalize - W takim razie chodźcie na królicze udko, trzeba z pewnością omówić kilka spraw. Ace, mamy betę!
Odetchnęliśmy z ulgą, alfa wydawała się przyjąć wieść nie ze złością, lecz z radością. Skierowaliśmy się do wnętrza i klapnęliśmy na wskazanych przez gospodyni pieńkach. Wzbudziliśmy zainteresowanie także dzieci przywódców, Lizzie, najstarsza ich córka od razu przybiegła do stołu.
- Jejku, ciocia Lori ma męża? - zapytała zaintrygowana.
- Dowiesz się za chwilę. Teraz trzeba ustalić ważne rzeczy, zmykaj - pogoniła Chalize - Hmm... Oficjalnie ogłaszam was parą bet. Rozumiem, że urządzicie sobie razem norkę? Proszę, żeby nie była zbyt oddalona od naszej.
- Oczywiście, tym zajmę się ja - na moich ustach pojawił się tajemniczy uśmieszek. W końcu niespodzianek nigdy nie za dużo!
- Dobrze. Beta jest zastępcą alfy i lisem wyższej rangi od gammy, dlatego ma kilka specjalnych przywilejów, jednak jak na razie nie ma potrzeby ich wymieniać. Jako, że dowództwo stada, czyli my nie potrzebujemy na tą chwilę zastępstwa czy pomocy, możecie iść. Coś jeszcze?
- Chcielibyśmy zapytać o jedną kwestię - moja partnerka i ja bardzo chcielibyśmy wziąć uroczysty ślub. Czy będzie to możliwe, a jeśli tak, to czy jutro to odpowiedni termin? Najzwyczajniej w świecie nie damy rady tyle czekać, cierpliwość nie pozwala.
- Zgadzam się. Jeśli zdążycie z przygotowaniami na jutro jak najbardziej! - oznajmiła. W tej chwili do pokoju wszedł Ace, widząc mnie od razu powinszował:
- Gratuluję! Ale chyba coś mnie ominęło?
- Dokładniej wszystko. Ale nie ustaliliśmy żadnej ważnej decyzji, dlatego... Idź upolować coś na śniadanie - rzekła Chali. Szybko ulotniliśmy się z nory, ale kiedy byliśmy już na świeżym powietrzu Lori powiedziała z widocznym zmartwieniem na mordce:
- Niestety, ja dalej mam pracę i chyba muszę iść.
- Nie martw się, za niedługo przygotuję kolejną niespodziankę! - pocieszyłem, i chyba zadziałało. Odprowadziłem partnerkę pod miejsce pracy, hojnie pożegnałem i znowu zagłębiłem się w las. Po terenach sfory przepływała niewielka rzeczka, tworząc kilka minut drogi od legowiska alf niewielką zatoczkę. Bajeczne miejsce, ze sporą ilością kamieni do opalania i leśną, uroczą polanką koło niego. A jak brzmi stary, lisi zwyczaj: Żeby dom był naprawdę dobrym siedliskiem, musi go stworzyć własnymi łapami głowa rodziny.
***
- Myślę, że na początek może być - mruknąłem sam do siebie, stojąc przed sporym otworem. Słońce już powoli zbliżało się ku horyzontowi, a ja przez cały czas kopałem i tworzyłem. A stworzyłem całkiem przyjemną jamkę, jednopokojową, za to dużych gabarytów. Jak na razie oprócz pustki zewsząd ją wypełniającej znajdowało się tam duże łoże zrobione ze mchu, puchu i materiału na to naciągniętego, i jeszcze płaski pieniek z kolacją. Przygotowałem królika, tylko z rozmarynem, czas nie pozwolił na więcej. Dokładniej wybrałem takie miejsce, iż frontowa dziura wychodziła na niewielki skrawek zieleni, która ustępowała po kilku krokach jeziorkowi. Widok był naprawdę cudowny, ale czy Lori się spodoba? Powinna już wychodzić z pracy, dlatego szybko udałem się do siedziby dyrektora.
- O, jak cudownie, że jesteś! - krzyknęła na mój widok.
- Zamknij oczy, gwóźdź programu jeszcze czeka - szepnąłem. Poprowadziłem ją aż pod wcześniej przygotowaną norę, starając się nie wyjawić tajemnicy, a było o to łatwo, ponieważ partnerka nalegała. Gdy byliśmy na miejscu, krzyknąłem:
- Raz, dwa, trzy... Otwórz oczy! Podoba ci się?

Lori? ♥

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- Tak, okropnie dziwni, bo co prawda robią wielkie szkody, niszczą, co popadnie i wydają się tacy bezmyślni, ale jednocześnie posiadają taką wiedzę, jaką inny gatunek nigdy nie byłby w stanie - tłumaczyłem - Jak to możliwe? Że stworzenie tak mądre jest tak głupie?
- To paradoks na inny czas - uspokoiła moje wierzgające emocje Lori, wtulając się w należącą do mnie, śnieżną sierść. Przez chwilę siedzieliśmy w melancholijnej ciszy, przerywanej tylko koncertem świerszczy oraz szumami lekkiego wietrzyku, który smagał nasze futerka. Gwiazdy migały, tak pięknego nieba jeszcze nigdy nie widziałem. Ani jednej przysłaniającej chmurki! Moja partnerka też to zauważyła, przyglądała się granatowemu sklepieniu pełnym zadumy wzrokiem.
- Lubisz patrzyć w gwiazdy? - szepnąłem do jej rudego ucha.
- Uwielbiam... - rozmarzyła się samiczka, nie odrywając oczu od nieboskłonu.
- Ja też! Patrz, tam jest Gwiazdozbiór Lisa - podniosłem łapkę w stronę jednej z konstelacji - Pewnie chroni nas przed nieszczęściami i otacza opatrznością...
- A ten? - Lori wskazała zbiór świetlistych ciał niebieskich układających się w kształt litery W.
- To Kasjopea, bardzo rozpoznawalna. Ale najważniejsza i najjaśniejsza jest Gwiazda Polarna!
- Hmm... Jest kilka dużych, która to?
- Widzisz Wielką Niedźwiedzicę?
- Tak, o ta!
- Właściwie to też Wielki Wóz, żeby znaleźć Polaris, trzeba wziąć furmankę, czyli odcinek między tymi dwoma gwiazdami. I ciągniesz w górę razy pięć!
- Mam ją - stwierdziła samica, radując się jak mała dziewczynka - Och, jak ja się cieszę, że cię mam...
Kolejny raz wtuliła się w moje futro i ciągnęła.
- Gwiazdy kojarzą mi się z marzeniami i nieodkrytymi planetami... Są takie piękne!
- Prawda, i tajemnicze. Jakby kryły przepowiednię - potwierdziłem. Przez chwilę jeszcze trwaliśmy w bezruchu, wgapiając się w gwiazdy. Leżeliśmy przytuleni do siebie, gwiazdy spały. Lori powoli zasypiała, a ja znowu poczułem się najszczęśliwszym lisem na świecie. Kątem oka dostrzegłem spadającą gwiazdę. Lisi zwyczaj był taki, żeby pomyśleć życzenie. Ja nie musiałem. Moje największe już się spełniło.

Lori? Oni zasnęli ♥

Brooke zostaje betą!

Brooke poprzez partnerstwo z Lori awansuje na betę. 

Lori i Brooke zostają parą!

 Lori i Brooke zostają parą!
Udało się! Znalazłam zdjęcie, może nie jest idealne, ale moim zdaniem może być!



                                            

niedziela, 4 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Wiosenne promienie słońca połaskotały mnie w nos. Ospale odwróciłem się w stronę ściany, ale nie przyniosło to zbytniego ratunku - snopy światłą zaatakowały w plecy. Niechętnie przeciągnąłem się i wstałem, rozglądając się na boki. Moja norka świeciła pustkami - przecież wprowadziłem tak niedawno... To akurat nie sprawiało dla mnie większych problemów, ale za to brakowało mi czegoś innego. Czego? Otóż przez trzy bite dni miałem ciągły kontakt z jedną, rudą lisicą imieniem Lori i teraz trudno było żyć bez niego. Tak, może to dziwne, ale tego kontaktu tak strasznie mi brakowało, jakbym spędził z Rudą rok. Czy w trzy dzionki można się tak zaprzyjaźnić? Najwyraźniej...
Z niesmakiem na twarzy wyszedłem na świeże powietrze. Byłem piekielnie głodny, ale ta pustka w środku piekliła jeszcze większa. Co się ze mną dzieje?
- Pójdę do niej popołudniu, a teraz... Teraz będę się zastanawiać, jak wielki był ten kamień, który mnie rąbnął - stwierdziłem sam do siebie. Im dłużej błąkałem się bez celu, pod wymówką "szukam jedzenia" po lesie, tym dziura się powiększała. Koniec końców usiadłem na jakimś kamieniu i zatopiłem się w myślach.
- Halo, co się z tobą dzieje? - z zamyślenia wyrwał mnie męski głos - Może i jesteś marzycielem, ale nawet największy nie powinien się tak zachowywać.
Zerknąłem na postać przede mną - czarny samiec przyglądał się mi ze zdziwieniem.
- Taa, ale ja mam niezwykle poważny problem - uciąłem i już miałem odejść, kiedy ten sam głos mnie zatrzymał.
- Jaki, może ci pomogę?
- To znaczy... - już miałem kolejny raz odrzec gburowato, ale lis sprawiał wrażenie godnego zaufania, może rzeczywiście pomoże? - Bo ja niedawno spotkałem taką lisicę, przeżyłem z nią niezłą przygodę, która niepodważalnie wymagała współpracy i chyba się zaprzyjaźniłem... Teraz jakby mi jej brak.
- Hmm... - na mordce Czarnego pojawił się tajemniczy uśmieszek - Wiem, co to może być. Ale tym razem nie mogę ci za bardzo pomóc, to ty musisz zadziałać.
- Ale jak?! - zawołałem zrozpaczony.
- A wiesz, co to jest miłość? - zagadkowo zapytał samiec, ale nie oczekiwał odpowiedzi, zaraz później ulotnił się. Znowu usiadłem i rozmyślałem. Czy wiem, co to jest miłość? Nigdy w nikim się nie zakochałem... Myślałem jeszcze chwilę.
Do teraz.
- Ej, czekaj, wiesz, co lubi Lori? - próbowałem się dowiedzieć, kiedy dogoniłem lisa.
- Gwiazdy. Lubi patrzyć w gwiazdy - stwierdził i znowu uciekł, widocznie jednak się śpieszył. A ja już wiedziałem, co zrobić.
***
Szedłem pewnym krokiem do norki, która miała należeć do Rudej. To znaczy chciałem, żeby sprawiał wrażenie pewnego, w istocie wszystko we mnie gotowało się z niepewności w środku. A jeśli miejsce, które wybrałem okaże się zbyt skąpe? Wydawało mi się, że skarpa ma w sobie jakiś czar, ale nie miałem właściwie nic, oprócz niej. A jeśli dotarłem za wcześnie, ale za późno?
A jeśli powie nie?
Spokojnie, Brooke, "a jeśli" ci nic nie dadzą, myślałem. Ale dawały dużo - zmartwień i niepokoju. W końcu przybyłem na miejsce, przed wejściem do małej norki. W istocie była większa i o wiele bardziej przytulna niż moja.
- O, Brooke! To znaczy... Fajnie, że przyszedłeś - lisica posłała mi przepiękny uśmiech.
- Ja... Ja chciałem, w sensie że pomyślałem, że może wybrałabyś się ze mną nad skarpę? - zachowaj, spokój, zachowaj spokój!
- Świetny pomysł - odpowiedziała Lori i dołączyła do mojego boku. Przez chwilę szliśmy w niepokojącej, nerwowej ciszy.
- Zostałaś betą, prawda? Tak w ogóle to wielkie gratulacje - spróbowałem rozładować atmosferę.
- Tak, dziękuję. Ale właściwie to nic wielkiego - odrzekła Ruda. Jeszcze przez chwilę próbowałem ukryć ciszę, ale później zrobiły to za mnie melodyjne odgłosy wieczornych ptaków i świerszczy w zaroślach. I tak przydreptaliśmy do zaplanowanego wcześniej miejsca. Było to malownicze zbocze z widokiem na równinę, piękną łąkę pokrytą wysoką trawą. Czasami w krajobrazie pojawiał się krzak, całość mimo pozornej nieatrakcyjności wydawała się taka magiczna...Ostrożnie usiadłem na skraju skarpy, uważnie przyglądając się reakcji towarzyszki. Usiadła koło mnie. Skierowałem wzrok na słońce, które tylko górnym skrajem wystawało zza horyzontu. Chyba za wcześnie dotarliśmy. Chociaż nie, nad naszymi głowami widniały już pierwsze gwiazdy. Zmieniłem słońce na Loriannę. Czy to już czas?
- Mów, śmiało!
Zamknąłem otwarte przez nieuwagę usta i z zawstydzeniem opuściłem wzrok. Ale kiedy, jeśli nie teraz?
- Bo... Bo Lori, chciałem ci coś powiedzieć... Ja... - jąkałem się. Uświadomiłem sobie naraz, że muszę klęknąć, jaki jestem nierozumny...  Kiedy to zrobiłem poczułem nagły szum w głowie. No powiedz to! - krzyczały moje myśli. Nie mogłem dłużej czekać.
- Ja cię kocham, Lori. Czy zgodzisz się zostać moją drugą połówką?
Lori otworzyła usta. Jej twarz rozjaśnił się w niemym szczęściu. Ale czy odpowie? Postawiła łapę bliżej mnie. I wtedy... Wtedy się poślizgnęła. Poleciała prosto na mnie, ba - nasze mordki mocno się zbliżyły.
Czy ona tego chce? Nie powiedziała... Ale widziałem to w jej przepięknych, maślanych oczach.
I po chwili złączyły się w niebiańskim pocałunku. Płatki dzikiej róży noszone przez wiatr wirowały wokół nas, tańczyły walca i kładły się na wysokiej trawie. Świerszcze świszczały, tylko dla nas. Gwiazdy świeciły blaskiem o wiele mocniejszym, migały na nieboskłonie, żeby pokazać, jak bardzo ważna jest ta chwila. Dla nas. Bo świat teraz zatrzymał się właśnie dla nas. I my byliśmy najważniejsi. Tylko my.

Lori? ♥♥♥♥♥♥♣

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Skierowałem wzrok na ścianę, której zwykle było dane się rozsunąć. Stało się to trochę później i patrzałkom nie ukazał się przepełniony bielą pokój, a coś znacznie straszniejszego. Ściany były srebrne, stalowe i sprawiały wrażenie strasznie masywnych. Podłoga wyglądała dokładnie tak samo, wypolerowana na błysk lśniła od świateł padających z góry - one akurat nie zmieniły bieli, ale było ich znacznie mniej, a im dalej sięgnął wzrok, tym było ich mniej. Koniec pomieszczenia tonął w mroku, nie było widać następnych drzwi, pewnie ich także nie oświetlało nic. Ale było coś, co zdecydowanie przyciągało uwagę najbardziej - po pokoju, od jednej do drugiej ściany latały kręcące się shurikeny. Tu znowu na początku była bezpieczna strefa, ale między ostrzami trzeba było się przedrzeć. Wydawały się być nieujarzmione i latać bez zupełnego porządku, ale może jest jakiś schemat?
- Na bogów, nie przejdziemy tego! - pisnęła Lori.
- Powiedziałbym Spokojnie, Ruda, coś się wymyśli, ale nie mogę - westchnąłem - Wszystkie stworzenia uwielbiają logikę, uwielbiają, jak coś jest ułożone chronologicznie. Spróbuję połapać, na czym to tutaj polega.
Usadowiłem się na posadzce i zacząłem uważnie obserwować gwiazdy. Ale po kilku minutach naprawdę zacząłem podejrzewać, że to nie ma żadnego składu i ładu. Niby można przebiec ot tak, ryzykując życie, ale czy to ryzyko nie jest za duże? A co będzie, jeśli mnie albo towarzyszkę dosięgnie jedno ostrze?
- Nie, nie, nie da się tego zrozumieć. Musimy tu poczekać -- stwierdziłem.
- Na co? Przecież prędzej umrzemy z głodu! Nie lepiej będzie przelecieć na chybił trafił i przynajmniej dać sobie jakąś szansę?
- Jak mamy to zrobić, to równie dobrze możemy trochę poczekać. Może coś nam wpadnie...
- Taa, problem w tym, że ja już teraz umieram z głodu. Jak... Czekaj, patrz! - towarzyszka wskazała na jedno ze świateł, które oświetlał nam drogę. Niby nic, bo takie same, ale jak przyjrzałem się bliżej... Było inne, takie same, ale inne. Świeciło jakimś blaskiem, niepodobnym do pozostałych. I wydawało się wskazywać zaciemniony kąt pokoju, który na pozór wydawał się być taki zwyczajny. Bez słowa podążyłem w kierunku tego obszaru, by sprawdzić, co kryje. Ruda po chwili zastanowienia poszła za mną. Okazało się, że ciemność kryje wąski otwór. Popatrzyłem się niezdecydowanie na ową dziurę, ale emanowała czymś, co pchało mnie dalej.
- Wchodzimy? - upewniłem się.
- Tak!
Wepchnąłem się do tunelu. Następne kilka minut spędziłem na czołganiu i coraz mniej mi się to podobało, było całkowicie ciemno, ciasno i duszno. Kiedy miałem powiedzieć, że zawracam ujrzałem gdzieś daleko malutkie światełko. Światełko w tunelu, wypełniające nadzieją i radością.. Moje serce przyśpieszyło, tak jak nogi. Owiało mnie świeżę, zimne powietrze, pachniało lasem. Bez zastanowienia wyskoczyłem przez jasną lukę, rozkoszując się wspaniałym faktem - jestem na powierzchni!
- Udało nam się! - oznajmiłem wesoło całemu światu - Trawa! Drzewa, kwiaty, uciążliwe komary i przepyszne zające, jak dobrze was widzieć! A ty, Lori, kolejny raz jesteś genialna!
- Taak, jesteśmy na górze! - radowała się razem ze mną - Ej, czekaj, rozpoznaję to miejsce, to okolice wrzosowisk. Wiem, jak trafić do domu - dodała, jak już ochłonęliśmy.
- Prowadź!
- Jestem taka zmęczona...
- Ech... A ja jestem taki spragniony mojej norki! Jak nie chcesz iść, to możesz na mnie wskoczyć, bylebyś mnie szczęśliwie doprowadziła - rzekłem. Ruda z chęcią przyjęła propozycję, a po chwili z równym zacięciem poganiała.
- Wiesz, co robi koń, jak jest rozeźlony? - spytałem - Nie? To trzymaj się mocno, bo zobaczysz!
Spróbowałem symulować coś w rodzaju wierzgnięcia, co spodobało wyrzucenie lisicy ze grzbietu. Wylądowała na miękkiej trawce przed moim nosem, z niesmakiem na mordce rzuciła:
- Kto cię ujeżdżał?!
Głośno się zaśmiałem, ale koniec końców pomogłem jej wstać. Właśnie wtedy zza krzaków wyłoniła się kolejna, ruda lisica - Chalize, alfa naszego stada.

Loriii? Asz, jakie długie wyszło! ♥

piątek, 2 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- I co teraz? - zapytała się niepewnie Lori, chwiejnie stojąc na swoich dwóch łapach.
- Oddaj się muzyce... - wyjaśniłem nostalgicznie i... Zrobiłem pierwszy krok. Tak naprawdę na tylko jednej parze łap czułem się równie nieswojo, jak lisica. Postawienie kończyny do przodu nie było dobrym pomysłem, bo wytrąciło Rudą z równowagi i po chwili runęliśmy na białą posadzkę. Na szczęście dalej trzymaliśmy się bezpiecznej strefy, ale nie wróżyło to dobrze.
- Jeszcze raz... - westchnąłem, podnosząc się.
- Ale tego się nie da! - zauważyła zirytowana towarzyszka.
- Wiem, ale to jedyne wyjście... - spuściłem wzrok. To piekielnie trudne zadanie, ale co nam zostało?
Tym razem to ja podałem łapkę, po jej przyjęciu i podniesieniu się do góry znowu mogliśmy się zaczynać.
- Ja na ukos do przodu, ty na ukos do tyłu, jednocześnie. A później zmiana ról - instruowałem, próbując wywołać większą spójność. Wydawało mi się, że była koniecznie potrzebna. Zrobiłem krok, Lori tuż po mnie, trochę za późno - skończyło się kolejną wywrotką.
- Dobra, może... Policzymy? Przy okazji do tej melodii - stwierdziłem. Odczekałem do momentu, w którym byłem w stanie zacząć i wyliczałem, wydawało mi się nawet, że do rytmu:
- Raz, dwa, trzy...
Udało się! Postaw, dostaw, postaw, dostaw - na początku szło trochę nieporadnie, ale z każdym kolejnym krokiem było lepiej. Nasze ruchy zaczęły się zgrywać z sobą, a to wszystko łączył rytm. Koło nas świstały groty, niektóre mijały tylko o kilka centymetrów, ale o dziwo żadna jeszcze nie dotknęła ani Rudej, ani moich własnych czterech liter. Popatrzyłem na jej mordkę. Była skoncentrowana na tańcu i nie zwróciła uwagi na mój wzrok. Postanowiłem wykorzystać tą chwilę i skierowałem patrzałki na jej tęczówki. Były maślano-brązowe i błyszczały w świetle lamp. Znowu odruch... pociągnął moją mordkę bliżej. Żeby przyjrzeć się tym oczom? Nie sądzę... Ale wtedy Ruda odwróciła się w moją stronę. Od razu odsunąłem nos i uciekłem jej wzrokowi, powodując lekkie wypadnięcie z muzyki. Nie, teraz muszę się skoncentrować na przejściu zadania.

Lori? ♥ 27

czwartek, 1 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Zagadka wydawała mi się prostsza, niż myślałem. Tym razem od razu łódź naprowadziła moje myśli na rzekę. To ona kołysze łódkę! Już miałem jak zwykle powiedzieć rozwiązanie, ale wtedy głosik przyjaciółki mnie wyprzedził.
- Rzeka!
Guzik przez dłuższą chwilę się nie zaświecał, co spowodowało dreszcze na moich plecach. Nastąpiła niespokojna cisza, przerywana tylko odgłosami nerwowego machania ogonem. Już kiedy myślałem, że to koniec przycisk radośnie błysnął światłem, ostatnia zasuwa się odsunęła, co spowodowało otworzenie się samych drzwi. Chyżo zeskoczyłem z platformy i pobiegłem w stronę utworzonego przejścia.
- I co, zrekompensowałaś się, Ruda? - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Jasne! Mam stosunkowo większe osiągnięcia od ciebie... Pewnie teraz też powiesz, że miałeś to na końcu języka?
- Właśnie tak.
- Taaa... - westchnęła ironicznie, po czym bez wahania przekroczyła próg następnego pokoju. Czego można było się domyśleć także był calusieńki biały i jak zwykle na początku nie różnił się od pozostałych. Drzwi za nami szybko się zasunęły, znowu zostaliśmy zamknięci. Jedynym widocznym wyjściem było to daleko przed nami. Nagle odezwał się ten szary, bezbarwny i informacyjny głos.
- Meta jest już niedaleko... Nie cieszcie się jednak za bardzo, przed wami najtrudniejsze. Wiecie, co to walc? Teraz będziecie musieli do niego zatańczyć...
Skąd to coś wie, że jesteśmy we dwójkę?
Tylko tyle zdążyłem pomyśleć, bo do moich uszu dotarła jakaś muzyka, a ze ścian zaczęły wylatywać strzały. Nasza pierwsza reakcja byłą taka sama - pisnęliśmy i odskoczyliśmy do ściany. Na szczęście, strefa, na której staliśmy była bezpieczna. Nie uchodzi jednak wątpliwości, że żeby dostać się do kolejnych drzwi, trzeba będzie przejść tą z latającymi grotami. Może poruszają się one w jakimś systemie? Próbując go odgadnąć zauważyłem, że poruszają się jakby... do muzyki? A coś mi podpowiadało, że ją kojarzyłem.

Loriaanko?

środa, 31 maja 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Na początku obejrzałem się z radością na drzwi, ale niestety jedna zasuwa nie zmieniła za wiele - żeby wyjść z tego pokoju trzeba było spowodować rozsunięcie pozostałych trzech. Mimo wszystko ta zagadka była prosta, może to coś wróży o następnych? Szybko zmieniłem pozycję na kafel przed następnym guzikiem. Platforma wyglądała identycznie, ale oczywiście kryła inną łamigłówkę. Żeby tego dowieść nie czekając dłużej nacisnąłem przycisk.

Woda go nie zmoczy, 
Ogień nie spopieli, 
Ciosu pięścią nie odczuje. 
Gdy go podepczesz - nie zaprotestuje, 
I nawet stu olbrzymów go nie podniesie.
Co to jest?

Przyodziałem mordkę w zamyśloną minę. Ta była już trudniejsza, o wiele. Popatrzyłem z nadzieją na Lori, jednak ona też widocznie nie znała rozwiązania. Teraz trzeba było porządnie rozruszać szare komórki, a szczęście dalej tak mi sprzyjało, że to lubiłem. Woda go nie zmoczy? To samo wydawało się trudne do odgadnięcia. I pomyślałem od razu, że to na pewno nie jest rzecz, ani zwierzę, ani roślina. Ogień nie spopieli... To i dwa następne wersy mówią, że to raczej nie czuje w ogóle, co potwierdzałoby pierwszą teorię. I nawet stu olbrzymów go nie podniesie, można prosto wywnioskować, że to coś jest bardzo ciężkie. Ale ja myślę, że tak nie jest, tylko po prostu nie da się tego unieść. I to nie dlatego, że jest sporych rozmiarów bądź wagi - po prostu się nie da.
Te wszystkie myśli jednak nie naprowadziły mnie na dobrą drogę, zagadka była zbyt trudna. Kolejny raz zerknąłem na rudą, lecz ta chyba czekała na mnie. Niespokojnie gryząc skrawek futerka rozglądnąłem się po sali, jakby to miało w czymś pomóc. Ściana odraziła mnie swoją bielą, opuściłem oczy niżej. Dwa niewyraźne cienie wyróżniały się wśród sterylnych kafelków. Już miałem kolejny raz zwrócić głowę, tym razem w stronę lisicy, kiedy coś mnie olśniło.
- Cień! - krzyknąłem na cały głos, jakby chcąc całemu światu przekazać radosną nowinę. Chwilę po tym uświadomiłem sobie, jak wielkie ryzyko podjąłem, ale na szczęście nie musiałem się tym zamartwiać. Guzik zaświecił się, moja mordka również.

Loriaanko? ♥ - jedno na szczęście

niedziela, 28 maja 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Na pewno nie po kolei... Co dalej?
- Przedtem mogliśmy się zdać bardziej na los, ale teraz trzeba coś wymyślić - a ja mam pomysł, jak. Patrz, skoro jeden, dwa, trzy i pięć są poprawne, trzeba wywnioskować co je łączy - rzekłem, jednocześnie próbując opanować kłęby cyfr przewijających się przez mój umysł.
- Jeden i dwa... Jeden kamień i dwa kamienie... To właśnie trzy! - krzyknęła towarzyszka, widocznie zadowolona z tego, że coś wymyśliła.
- Ej, rzeczywiście coś jest w tej twojej mózgownicy, Ruda... Jesteś genialna! A pięć to chyba dwa plus trzy, tak - stwierdziłem, również ciesząc się z rozwiązania, nawet gdy wymyślone były nie przeze mnie, a przez przyjaciółkę. Tak, teraz już z pewnością mogę nazwać tak lisicę, która teraz z podekscytowania skubała koniec ogona.
- Czyli rozumiesz, prawda?
- Tak, dwie poprzednie to następna. Próbuj dalej!
- Jaa? W szkole nie było tylu kamyków... - próbowała się wytłumaczyć lisica, ale po chwili ciszy, którą specjalnie wywołałem, dodała - Osiem.
- Skacz, później będzie trzynaście - powiedziałem, także przemieszczając się po liczbowej ścieżce. Po chwili świecił się już liczby dwadzieścia jeden, trzydzieści cztery i pięćdziesiąt pięć, choć każda z nich zajęła mi sporo czasu do obliczenia. Z dalszymi było coraz trudniej, potrzebowałem przynajmniej kilku minut, żeby dostać się do następnej, ale pocieszający koniec liczbowej szachownicy zbliżał się z każdym skokiem. Na dodatek ciągle słyszałem ponaglania Lori, bo prędzej umrzemy albo ściana wyważy drzwi. Przewracałem oczami, ale słowa mogły być prawdziwe - niby nie ma tu wyznaczonego czasu, ale nikt nie powiedział, że mechanizmy okiełznały żywioł.
- Już tylko ostatnia płytka! - zauważyła z radością Ruda.
- Prawda, ale najtrudniejsza - no proszę, ile to razem sześćset dziesięć i dziewięćset osiemdziesiąt siedem?
- Ty tu jesteś matetycznym umysłem, prawda?
- Matematycznym, Ruda. Nie myl najważniejszej nauki świata. Wiem... Skacz na tysiąc pięćset dziewięćdziesiąt siedem! - tutaj wskazałem odpowiedni kafelek, kto wie, co może pomyśleć towarzyszka? Kiedy jej łapka skontaktowała się z odpowiednim kwadratem, wszystkie liczby zaświeciły się na zielono, a ściana po raz kolejny odsunęła się, ukazując... Kolejny biały pokój.

Lori? Nie jest idealne, ale 21 i jakoś dalej leci xD ♥♥♥♥ (...)

czwartek, 25 maja 2017

Od Brooke'a C.D Lori

Popatrzyłem się z niepokojem na towarzyszkę. Próbowała uniknąć kontaktu wzrokowego, a kiedy udało mi się złapać jej spojrzenie zobaczyłem w nim smutek.
- Halo, Ruda, co się dzieje? - ponowiłem pytanie, dając tym razem trochę więcej czasu na odpowiedź.
- Bo... Bo ty masz takie zdolności, umiesz wszystko, lepiej poradziłbyś sobie na tej ścieżce be ze mnie... Jestem piątym kołem u wozu, powinnam od początku zająć się swoimi sprawami - wydukała łamiącym się głosem, z widoczną trudnością. Moje serce zmiękło, po raz pierwszy w życiu poczułem empatię. Nigdy nie umiałem pocieszać, ale może tym razem?
- Słuchaj, tobie może się wydawać, że tak jest. Tak naprawdę nie wiadomo, jaka może być następna przeszkoda - to, że padło na takie, w których ja jestem lepszy było całkowitym losem.
- Ale nie mam strony, którą byłabym lepsza! Te zadania są na inteligencję, albo na sprawność... Jestem kompletnym beztalenciem!
- Wydaje ci się. Nikt z nas nie wie, jaka przeszkoda będzie dalej! Poza tym uwierz mi, masz więcej dobrych cech, niż ja. Jesteś miłą, uśmiechnięta i wesoła, w przeciwieństwie do mnie. A to jest o wiele ważniejsze! Gdyby był taki pokój, wygrałabyś bezkonkurencyjnie. No i... Wyobraź sobie, że jestem u samiutki. Nic bym nie zrobił. Bo ty, mimo, że tego nie widać pomagasz mi duchowo, więc nie płacz, bo twoje emocje są strasznie zaraźliwe - jak nie przestaniesz biadolić, to za chwilę w tym pokoju będą leżeć dwa zapłakane na śmierć lisy. Masz ty trochę rozumu, żeby zabijać kompana? - zapytałem się, próbując się uśmiechnąć (o dziwo udało mi się to). Mówiąc ostatnie zdania bałem się, że mój czarny humor nie przypadnie do gustu towarzyszce, ale stała się rzecz wręcz przeciwna - Lori zaczęła się śmiać przez łzy,  po chwili mruknęła:
- Nie, i to jest wielki problem. Ale właściwie to się cieszę, chętnie bym ukatrupiła takiego!
Udało mi się! Uśmiechnąłem się w duchu, takie docinki nie mogły zostać bez odpowiedzi.
- Taak? W takim razie płacz sobie, spróbuję nie dać ponieść się emocjom. A ty zgiń marnie w strugach łez! - rzekłem z udawanych sarkazmem, specjalnie nadałem słowom takie brzmienie, żeby brzmiały na przyjacielskie przekomarzanie. Od kiedy ta lisica stała się moją przyjaciółką? Nie wiem nawet, czy rzeczywiście zajęła to miejsce, ale darzyłem ją niejako lekką sympatią, co zresztą podkreślał nieopanowany wybuch szczerego śmiechu, podzielonego również przeze mnie.
- I co? Wymyśliłeś jakiś plan? - chciała się dowiedzieć Ruda po opanowaniu chichotu.
- Nie do końca... To znaczy jestem myśli, że większość płytek zapada się, kiedy się na nie nastąpi, a te z wybranymi liczbami nie. te niezapadające się liczby muszą być jakoś związane... Ale jak?

Loriiii? ♥♥♥♥♥♥♥♥

środa, 24 maja 2017

Od Brooke'a C.D Lori

Kiedy usłyszałem mechaniczne słowa krew na chwile zmroziła mi się w żyłach. Kiedy ponownie przeszła do stanu ciekłego napędziła zębatki w moim mózgu do niewiarygodnej prędkości. Dopędzał je jeszcze bardziej bulgot wody, który wydobywał się jeszcze z otworu za mną, jednak już niedługo miał się przenieść do pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Nie chciałem utonąć, a najgorzej z poczuciem winy, że ściągnąłem do świata umarłych jeszcze jedną duszyczkę. Ja w to nas wrzuciłem i ja wydobędę. A akurat mam takie szczęście, że moim zamiłowaniem są zagadki logiczne, tak, kocham je całym sercem.
Mój umysł potrzebował jeszcze jednego powtórzenia łamigłówki, żeby odgrzebać w zagłębiach pamięci rozmowę z moim ulubionym wujkiem. Jako jedyny w mojej rodzinie podzielał moje zainteresowanie, czyli tajemnicze ciągi znaków. Uwielbiał mi zadawać pytania na inteligencję, a ja lubiłem na nie odpowiadać. jedno z nich dotyczyło miasta i ludzi prawdomównych oraz kłamców, i mimo, że sam przykład był inny, to jednak pytania były łudząco podobne. Tak, teraz już byłem pewien, że to jest to - trzeba się było zapytać, co odpowiedziałby drugi posąg na pytanie dotyczące tego, gdzie prowadzą drzwi. Powinienem dostać odpowiedź tak albo nie, ale zawsze przed zastosowaniem trzeba było je odwrócić. pamiętam, że była to jedna z najtrudniejszych zagadek, właściwie to odpowiedź zdradził mi wujek. Zastanowiłem się jeszcze, czy to pytanie jest prawidłowe, i mimo, że nie udało mi się tego do końca sprawdzić czułem, że choć mam dużo do stracenia, to jest to jedyne rozwiązanie, jakie mogłoby mi wpaść do głowy. A dodatkowo mój ogon był już mokry! Spojrzałem na Lori, chciałem coś powiedzieć, ale strach przed uznaniem tego za pytanie do rzeźb był zbyt duży. Bez słów spróbowałem wytłumaczyć, że mam to, a Ruda wzrokowo odpowiedziała mi, iż mam się pośpieszyć. Ufała mi, że te rozwiązanie będzie prawidłowe? Najpewniej. I choć nie powinno to robić na mnie żadnego wrażenia, to jednak podniosło w duchu. Jeszcze raz ze świstem wypuściłem powietrze i wypowiedziałem jednym tchem wskazując drzwi za kamiennym goblinem:
- Gdybym zapytał drugą rzeźbę, czy jej zdaniem te drzwi prowadzą na wolność, co by powiedziała?
Zacząłem się cały trząść, co się stanie, kiedy okaże się, że coś pomyliłem? na szczęście posąg nie dał mi czekać, niemal natychmiast otrzymałem odpowiedź.
- Nie.
Ok... Po właściwym odwróceniu wychodzi tak, co znaczy, że powinniśmy wyjść drzwiami za zapytanym posągiem.
- Chodź, Lori, tutaj! - skierowałem swe kroki do owego wyjścia. Po upewnieniu się, że lisica jest koło mnie ostrożnie pchnąłem drewno. Jakaś nieznana siła z tą chwilą automatycznie wepchnęła nas za drzwi. Kiedy otworzyłem oczy, widok rozpiął moje ciało z ulgi i radości. Byliśmy... W kolejnym białym pokoju.

Lori? ♥♥♥♥♥♥

wtorek, 23 maja 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Wymierzyłem skok na następny stopień i już miałem poszybować w powietrzu, ale coś mnie powstrzymało. Zaczekałem te kilka ułamków sekundy i rzeczywiście, moje złe przeczucia były prawidłowe - na deskę spadł sporej wielkości kamień, a przynajmniej takiej, że bez problemu mógłby mnie zmiażdżyć. Odprowadziłem go wzrokiem, widząc, jak z pluskiem wpadał do wody wypełniła mnie motywująca trwoga, poziom wody niebezpiecznie się zbliżał. A jeszcze bardziej zmotywowało to, co chwilę później zarejestrowały patrzałki - otwór na suficie, który zapewne stanowił wyjście z przerażającego pokoju był już blisko, zaledwie kilka skoków zostało do jego przekroczenia. Wtedy zauważyłem następną przeszkodę, która chyba była bezpieczna. Wskoczyłem na kamienny schodek i zastanawiałem się nad dalszą drogą. Nagle wypatrzyłem ścieżkę, która chociaż ryzykowna i trudna do przejścia dawała dostęp to owej dziury. Prowadziła zaledwie przez dwie kolumny - na początku jedna, wysuwała się na jakieś 2-3 sekundy i chowała na ten sam czas. Nad nią, po skosie był jeden pewniak, na nim wyjście było już gwarantowane. Trzeba by było w odpowiednim momencie odbić się od wysuwanej i doszybować do drugiej. Mimo, że był to jak wcześniej tłumaczyłem kontrowersyjny plan niezwłocznie go wykonałem - stać, czekać w bezruchu i pozwolić, żeby strach opanował ciało to jeszcze gorszy pomysł. Ledwo dosięgnąłem pewnego stopnia, ale jednak się to udało. Niebo było już tak blisko... Od dalszego wykonywania zadania powstrzymał mnie widok wspinającej się pode mną rudej lisicy. Z gracją pokonywała kolejne przeszkody, i nie, żebym się o nią martwił, tylko po prostu nie chciałem mieć wyrzutów sumienia - że spadła, a ja nawet tego nie zauważyłem. Kiedy była już przed ostatnią belką wyskoczyłem w górę, zaczepiając pazury na białej podłodze. Tak, tym, co mnie bardzo zawiodło stał się fakt, iż znajdowałem się w kolejnym białym pomieszczeniu. Wdrapałem się i zajmując bezpieczną pozycję koło dziury w milczeniu czekałem na towarzyszkę, która powinna była zaraz znaleźć się w tym samym pokoju, co ja.

Lori? ♥♥♥♥

poniedziałek, 22 maja 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Mimo, że przedtem wypełniała mnie tylko złość, teraz na jej miejsce wkradł się strach. Cóż ma znaczyć droga śmierci, jeśli nie coś okropnego? Przyszło mi przez chwilę na myśl, że przecież gobliny mogą mieć swoją mniej mądrą stronę - jak nazwały jednego ze swoich braci Januszem, dlaczego nie miałyby podobnie głupiego określenia użyć na... polną dróżkę czy coś jeszcze mniej nieszkodliwego? Coś jednak mówiło mi, że jeśli mają w posiadaniu tak skomplikowaną technologię nie zdarzyłoby się coś takiego. Żeby ją stworzyć, trochę rozumu przecież potrzeba. Ten fakt jeszcze bardziej potwierdziły ostatnie słowa wodza Zielonych - poziom mojego przerażenia po nich gwałtownie wzrósł.
- Myślisz, że to coś w stylu przepaści z małą dróżką, z której łatwo spaść? - doszedł do mnie głos Lori. Siatka pod wpływem ruchów goblina, który teraz podążał przez wydrążone w ziemi korytarze kiwała się na boki, przez co towarzyszka musiała przylec do jednej z jej boków.
- Ech... Nie mam zielonego pojęcia! - krzyknąłem rozdrażniony. Nie miałem chęci na rozmowę, bo przecież logicznie myśląc to przeze mnie trafimy na ową ścieżkę. Westchnąłem i ułożyłem się na dnie więzów, patrząc na drogę przed nami.
Tym razem nie goblin nie dał nam poznać hasła - wyszeptał je na tyle cicho, że nic nie usłyszeliśmy. Następnie szybko rozwiązał supeł i dosłownie wyrzucił nas na posadzkę pokoju, który ukazały drzwi. Był on nieskazitelnie biały, oświetlony równie białym światłem. tymczasem zielony stworek jeszcze zaśmiał się szyderczo, krzyknął coś w rodzaju Życzę miłego umierania! i z hukiem zamknął otwór. Dokładniej obejrzałem wnętrze, lecz wtedy jeszcze nie widziałem kompletnie nic oprócz bieli. Chciałem zadać jakieś pytanie Rudej, ale nim zdążyłem otworzyć usta jedna ze ścian rozsunęła sie przed nami. Niepewnymi krokami ruszyłem na przód.
- Jeśli to podstęp?! - histeryzowała Lori.
- Tym razem naprawdę nie mamy innego wyjścia.
- Przedtem też tak mówiłeś... - burknęła, ale niechętnie poszła za mną. Kiedy przekroczyliśmy biały próg wrota zatrzasnęły się, przez chwile panowała niepokojąca ciemność. kiedy znowu zaświeciły się światła przed nami stała... Ścianka wspinaczkowa, choć bardzo różniąca się od innych - miała niespotykane przeszkody.

Lori? ♥♥