Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 kwietnia 2017

Od R. - Sprawa wyższej wagi

Wziąłem głęboki oddech. Tak, to była przemyślana decyzja, a przede wszystkim była moja. Nikt nie próbował mnie na nią ukierunkować, po prostu wiedziałem, że tego chcę. Moje stanowisko mi już nie wystarczało. Nie chciałem być zwykłym wojownikiem. Chciałem być dowódcą wojsk, jak mój ojciec. Może byłby ze mnie dumny? Tego się nigdy nie dowiem. Chociaż... gdzieś tam mi świtało, że jednak mógłby być dumny. W każdym razie, ja bym był. Może teraz, gdzieś tam, ojciec mnie obserwuje? Zganiłem siebie za to. Takie bajeczki są dobre dla szczeniąt - nie dla przyszłego dowódcy wojsk. Raz kozie śmierć. Czas zapukać do drzwi alfy.
Uhh, mimo wszystko trochę się bałem. Co, jeśli im w czymś przeszkodzę? Nie chciałem być natrętny. W końcu jednak się odważyłem i ostrożnie zapukałem. Cisza. Zapukałem jeszcze raz, a wtedy otworzyła mi zaspana lisica.
- A, to ty, R. - zagadnęła przyjaźnie. Mimo snu, nadal wyglądała na zmęczoną. - Czego potrzebujesz?
- Alfo. - skłoniłem się, nisko opuszczając głowę. Co ja mam u licha powiedzieć? - Chciałbym... chciałbym zostać dowódcą wojsk.
Zamilkłem. Bogowie, jak strasznie się wtedy stresowałem. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Że alfa mnie wypędzi? Wyśmieje? Obie opcje są prawdopodobne. Nie odważyłem się podnieść wzroku. Mogłaby to uznać za obrazę... W każdym razie, byłem cholernie ostrożny. Ze zniecierpliwieniem wyczekiwałem od lisicy jakiegokolwiek sygnału, że zezwala na to. Nadzieja matką głupich. Nadzieja umiera ostatnia. Ehh... No nieważne. Trzeba czekać...
- Dobrze. - odparła ostrożnie. Nie mogłem uwierzyć w jej słowa. Zgodziła się! Zgodziła się, zgodziła się, zgodziła się! Bogowie! - Zanim jednak przyznam ci to zaszczytne stanowisko, musisz podołać pewnemu wyzwaniu. - Mój entuzjazm nieco przygasł, jednak i tak byłem szczęśliwy, że w ogóle zgodziła się na coś takiego. Ciekawe, co to za zadanie. - Więc wyślę cię do mojego przyjaciela, Nerona. Między jego stadem, a stadem innych lisów toczy się walka. Niedługo będzie ostateczne starcie. Proszę, abyś został dowódcą jego wojsk. Szybko rozpoznasz Nerona, ma odgryzione ucho. W każdym razie, to jakieś pół dnia drogi stąd. Powiedz, kto cię wysyła. Jeśli ci się uda, zostaniesz bohaterem. Jeśli nie... - Tutaj na jej pysku pojawił się grymas. - Zostaniesz przeklęty i wypędzony z tych terenów, a bogowie cię opuszczą.
Uuh. Niezbyt fajna perspektywa. Już wolę zostać tym bohaterem. Pamiętam, że każdy szczeniak z mojego otoczenia chciał być kimś wielkim. Każdy, oprócz mnie. Ja chciałem jedynie spokoju. W ogóle byłem jakimś takim niezbyt fajnym dzieckiem. Do nikogo się nie odzywałem, wolałem własne towarzystwo.
- Czy przyjmujesz wyzwanie? - dobiegł do mnie głos alfy.
- Tak. - Przyjąłem wyzwanie. Już nie ma odwrotu. Ja, Remus, przyjmuję to wyzwanie i obiecuję chronić ziem Nerona.
Dopiero teraz odważyłem się podnieść wzrok.
- Wyruszaj. Powodzenia. - powiedziała alfa.
- Dziękuję. - powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Muszę zwyciężyć tę walkę.
***
Łapy zaczęły mnie boleć od wędrówki, ale nie mogłem się zatrzymać. Potrzebują mnie, a ja potrzebuję tego stanowiska. To będzie doskonała rozgrzewka. Zapachy mojej sfory już dawno znikły, ustąpiły innym, ostrym woniom, tak nieznajomym. Szczerze mówiąc, czułem się przez to trochę, a nawet bardzo, nieswojo. Co mnie tam czeka? Śmierć? Chwała? A może jedno i drugie? Zaśmiałem się ponuro. Nie chcę umierać. Nikt nie chce.
***
W końcu po kilku godzinach drogi poczułem zapach innych lisów. Zmęczenie przepadło jak łapą odjął! Potruchtałem w tamtą stronę. Bogowie, mam nadzieję, że to te lisy, którym miałem pomóc - a nie ich wrogowie...  Ale do rzeczy. Neron. Szukać Nerona. Rudzielec z odgryzionym uchem, o ile wszystko dobrze zapamiętałem. Przed oczami zaczęły mi się majaczyć ich futra. Lisy były najróżniejsze, ale najwięcej było tych rudych. Oh, i jak ja mam go teraz znaleźć?!
Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem że lisy były poddenerwowane i chodziły z kąta w kąt, jakby nie mogły się zdecydować. No tak, wojna... W końcu z tego tłumu wyjrzał lis, który mnie interesował. Jeju, był o wiele starszy, niż myślałem. No i rzeczywiście nie miał ucha.
- Alfo. - Podszedłem na tyle, żeby mógł mnie zauważyć. - Witaj, alfo. Przybywam ze sfory Chalize. Poprosiła mnie, abym dowodził twoimi wojskami w czasie starcia.
Samiec popatrzył na mnie; był zmęczony i to było widać.
- Witaj, wojowniku. - przywitał mnie uprzejmie. - Chalize.. tak, przyjaźnimy się. Zaufam ci. Poprowadź starcie. Jako dowódca wojsk, będziesz walczył tylko w ostateczności. Zajmij się dobrze moimi lisami. Jeśli polegnie wiele z nich... zgładzę cię.
- Dobrze. - odpowiedziałem, wbijając wzrok w ziemię. - Uchronię twoje ziemie i stado.
Lis uśmiechnął się lekko, a następnie machnął łapą. Moja wizyta się skończyła.
Następnego dnia powitano mnie sporym kawałkiem mięsa jelenia. Mój ostatni posiłek? To całkiem miłe, że ktoś o mnie pomyślał.
Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie miała trwać walka. Nie powiem, okrutnie się stresowałem. Plus stresu dodawało to, że nie musieliśmy czekać długo na przeciwników. Przybyli punktualnie.
- W porządku. - Moje słowa skierowałem do lisów, które stały przede mną. Przestraszone. Zestresowane. - Zwycięstwo leży dzisiaj po naszej stronie! Nie martwcie się, ci przeciwnicy to nic. Jesteście w stanie ich pokonać bez większego wysiłku. - Teraz zniżyłem głos. - Na początku musimy przegonić ich na nasze tereny. Wiecie, jak to zrobić, prawda? Nękajcie, kąsajcie, uprzykrzajcie życie. Sami uciekną. Potem, gdy już tego dokonacie, będziecie walczyć na swoim terenie. Musicie ich zagonić w pułapkę. Zdezorientować. Tacy zdezorientowani i smutni nie będą już zagrożeniem.
Lisy wyglądały na zdeterminowane. Została jeszcze tylko jedna rzecz... Ofiara. Uniosłem swoją łapę i wbiłem kawałek głogu w poduszkę, aby poleciała z niej krew. Jako ofiara dla wszelkich bóstw.
- Do boju! - zawołałem, a lisy w mgnieniu oka rozpierzchły się wokół stada wroga.
***
Zachowywali się naprawdę dobrze. Wykonywali wszystkie moje instrukcje, od nękania wroga po atakowania go na ich terenie. Nie chcę opisywać walk. To piekło. Najważniejsze jest to, że nie poległ żaden "nasz" lis, a także lis wroga. Nie lubiłem takiego bezsensownego przelewania krwi. Po kilku godzinach było już po wszystkim. Mogłem wrócić do stada.
***
- Remusie. - Neron podszedł do mnie. - Spisałeś się doskonale. Dziękuję za uratowanie mojego stada.
- To obowiązek. - odparłem spokojnie. - Czy mogę już wracać?
- Oczywiście. - Pozdrowił mnie gestem.
W końcu do domu.
***
Po przybyciu do stada udałem się prosto do Legowiska Alf, aby przekazać wieść o zwycięstwie Nerona. Nie było to łatwe ze względu na łapę, która strasznie piekła przy postawieniu jej na ziemi. Naprawdę, okropnie. W końcu jednak udało mi się dobrnąć do mieszkania. Spełniłem swoją powinność.

czwartek, 30 marca 2017

Od R. CD opowiadania Freyi

Uniosłem lekko brew.
- Przecież to normalna umiejętność.. - mruknąłem, rzucając zdobycz pod jej łapy. - Zjedz.
Lisica spojrzała na mnie niemalże zachwycona. Jestem pewny, że nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Zastanowiłem się nad dalszą trasą naszego spaceru - może wzdłuż rzeki? Jeszcze nigdy nie podążałem tak po prostu wzdłuż rzeki. Zawsze miałem jakiś cel. A teraz... To może być miła, a jeśli nie, to przynajmniej ciekawa odmiana. Zawsze warto spróbować... prawda? Także to będzie moja pierwsza tego typu wyprawa, o ile wyprawą można to nazwać. Będzie ciekawie. Może nawet tak ciekawie, jak z Alegorią.
***
Ostrożnie stawiałem łapy wzdłuż strumienia, czasem wskakując na jakiś wystający kamień. Zostało mi to z dzieciństwa, kiedy jako mały podrostek lubiłem wdrapywać się na różne skarpy czy inne rzeczy. Matka mnie później za to ganiła, ale cóż... czego się nie robi dla odrobiny rozrywki? Freya również nie wiedziała, gdzie idziemy. Może to i dobrze...?
Nagle coś mignęło mi przed oczami. Co to mogło być? Zamrugałem, aby pozbyć się resztek snu. Zerknąłem też na moją towarzyszkę, aby upewnić się, czy też to widziała. Lisica była tak samo zdezorientowana jak ja, więc też mogła to widzieć. Zastrzygłem uszami w stronę gdzie ostatnio widziałem to coś. Po chwili usłyszałem... śpiew?

Freya?

Od R. CD opowiadania Freyi

Freya była dość... gadatliwa, mimo to dało się z nią wytrzymać. Może dlatego nie uciekłem przy pierwszej lepszej okazji? Tak, to bardzo prawdopodobne. Ehh... nie lubię poznawać nowych lisów, zawsze mnie to krępuje. Zawsze, zawsze, zawsze. Krępuje mnie to jak nie wiem co - zwłaszcza, jeśli poznaję lisicę. To okropnie frustrujące.
- A ty? - mruknąłem.
Lisica wydawała się lekko zbita z tropu. Pewnie zamyśliła się i nie wiedziała, o co pytam. Cóż, bywa. Jej poprzednie pytanie było o to, czy chciałem zostać wojownikiem. A ja jako że nie umiem rozmawiać postanowiłem wykorzystywać metodę kontrataku - pytać cały czas "a ty?" dopóki nie dowiem się podstawowych informacji o lisie. Czasem działa.
- Czy chciałaś zostać wojowniczką. - dopowiedziałem, naprowadzając jej myśli na właściwy tor.
- Tak, chciałam, ale mam inne stanowisko. Jestem jedyna. - odparła z dumą.
Nie dziwiłem jej się. Każdy kiedyś ma coś takiego, że chce być jedyny. Mnie to jeszcze nie spotkało, więc mogę się cieszyć.
- Przejdziemy się? - zaproponowałem.

Freya?

niedziela, 26 marca 2017

Od R. - Dzień Pokoju

Jeffrey z niepokojem wpatrywał się w tlącą się świecę. Był strażnikiem. Nie byle jakim strażnikiem. Jeffrey strzegł sanktuarium bożka pokoju, Ro. Płomień świecy co jakiś czas przybierał kształt lisa, jakby bożek chciał pokazać swoją obecność i to, że jest ze strażnikiem. Jeffrey z niepokojem zerknął na zegar: wskazywał dwie do północy. Przełknął ślinę. Jeszcze nigdy zegar nie był tak blisko.
Legenda głosi, że gdy zegar wskaże północ, na świecie zapanuje chaos. Wraz z legendą, wskazówka przesuwała się co trzy sekundy, kiedy wybuchała jakaś wojna i cofała się o dwie, kiedy nastał pokój między skłóconymi rodami lub plemionami. Dwie minuty do północy. To tylko... czterdzieści sporów. To wbrew pozorom bardzo, bardzo mało. Tyk, tyk, tyk. Lis obrócił głowę w stronę zegara - została już tylko minuta i pięćdziesiąt siedem sekund. Trzydzieści dziewięć sporów... Jęknął boleśnie i schował łeb między łapami. O bogowie, jak on ma temu zaradzić... Do jego oczu napłynęły łzy. Skopał to. Totalnie to skopał. Zawiódł. Zawiódł wszystkich. Z jego piersi wyrwał się szloch, a potem przeciągłe wycie. Nawet nie zauważył, kiedy płomień świecy przybrał zielonkawą barwę. Z rozpaczy wyrwał go dopiero czyjś cichy szept. Dziwny był ten szept. Niby cichy, a całe pomieszczenie nim rozbrzmiewało.
- Nie płacz, strażniku. - Głos bożka był łagodny, ale mimo to Jeffrey słyszał w nim przeogromny smutek. - Jestem Pokojem. Nikt o mnie nie dba.... Nie jestem im potrzebny. Nie potrafią mnie chronić. Nie pozostaje mi nic innego, jak zgasnąć...
Zanim zdążył zaprotestować, świeca zgasła, ostatkiem rzucając ponury blask na zegar. Minuta do północy. Pokój wypełniła ciemność, tak przygnębiająca. Rudzielec pociągnął nosem. Wszystko stracone.
Wtedy do komnaty otworzyły się drzwi, a w nich pokazała się sylwetka młodego liska. Na jego pyszczku malowało się przerażenie.
- Czemu nie płoniesz? - zapytał; w jego głosie dało się wyczuć tę dziecięcą nadzieję, ten wyrzut, że świeca nie płonie. - Musisz płonąć! Boję się ciemności!
Młody najwyraźniej nie zauważył Jeffreya. Lis popatrzył na szczeniaka i zdał sobie sprawę, jak dużo dla niego znaczy pokój. Musiał pomóc. Musiał powstrzymać ten koniec świata. Chociażby dla tego liska, który teraz płakał. Chociażby dla całego świata. Nie myśląc zbyt wiele, strażnik porwał zegar ze ściany i upakował go do płóciennej torby. Musiał to zrobić.
***
Od tej pory Jeffrey został mediatorem - rozwiązywał spory innych lisów. Krótko mówiąc, szło mu to bardzo, bardo dobrze. Niestety, lisy mają dosyć kłótliwą naturę i były strażnik nie miał ani chwili odpoczynku, przez co był bardzo, bardzo zmęczony. W tych krótkich, wolnych chwilach zerkał na kamienny zegar - ku jego uciesze, wskazówki cofały się. Jego praca jeszcze nie była skończona, gdyż zostały mu jeszcze inne kontynenty. Na pierwszy z nich, Europę, dostał się za pomocą przelatujących nieopodal jego siedziby żurawi. W taki sam sposób dostał się na pozostałe kontynenty: Azję, obie Ameryki, Afrykę, Australię oraz Antarktydę. Udało mu się pogodzić wszystkie spory, biegł tak szybko, jak żaden inny lis. Zostało mu jeszcze tylko jedno miejsce... Dolina królów. Było to tak wysoko, że nie latały tam żadne ptaki. Jedynym wyjściem była wspinaczka.
Tak więc lis wspinał się... i wspinał się... i wspinał się. W tajemnicy Wam zdradzę, że podczas jego wspinaczki zegar ani razu nie ruszył do przodu. Jego poświęcenie nie było daremne.
W końcu, po kilku miesiącach wyczerpującej podróży, stanął u bram Pałacu Królów. Nigdy nie myślał, że kiedykolwiek będzie mógł dostąpić tego zaszczytu. Jednak gdy już miał zapukać do drzwi, upadł na schody. Był zbyt wyczerpany. Jego serce przestało bić. Na szczęście z korytarza dobiegała rozmowa, a właściwie kłótnia dwóch bóstw.
- Powinieneś nigdy się nie urodzić! Co z tobą nie tak?!
Drugi lis ze złością popchnął drzwi i warcząc skierował wzrok na ciało Jeffreya. Natychmiast zamilkł, a jego wzrok przykuł kamienny zegar. Czy to...?
- O bogowie... - westchnął. - Balor, tu leży lis! Strażnik...
Balor położył uszy po sobie. Zrozumiał, o co w tym chodzi. Strażnik poświęcił życie, aby znów rozpalić Świecę Pokoju. Tymczasem oni się kłócili. Jak dzieci.
- Przepraszam... - wymamrotali niemalże równocześnie, a następnie podali sobie łapy na znak pokoju. - Który dzisiaj? Dwudziesty pierwszy marca... Niech będzie dniem pokoju. Zajmij się tym biedakiem.
Od tej chwili lisy obchodzą Dzień Pokoju w marcu, a świat zyskał nowego boga - już nie bożka - pokoju, Cadoca.

wtorek, 21 marca 2017

Od R. - "Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni"

Zaciągnąłem się świeżym powietrzem po deszczu. Uwielbiałem ten zapach, naprawdę. Sam nie wiem, czemu. Przywoływał wspomnienia. Tak… to było to, dokładnie to. Niczego już do szczęścia nie potrzebowałem. No może kogoś do towarzystwa. No, R., strzel sobie baranka w ścianę. Może pomoże. Przecież ty nie potrzebujesz nikogo innego do szczęścia. Niezbyt patrzyłem na to, gdzie stawiam łapy – szczerze mnie to nie obchodziło. Trawa, ziemia, mech. Jeszcze nie wlazłem na żadną szyszkę, co mogę uznać za swój osobisty sukces. Ani nie wpadłem na żadne drzewo. No nic, tylko pogratulować.
To, że wyszedłem poza tereny sfory poznałem po zapachu; zmienił się dość znacząco. Z ciekawości aż zastrzygłem uszami – gdzie jestem? Jak daleko zaszedłem? Czy ktoś tu był przede mną? Przed moimi oczami rozciągał się przepiękny widok – było to pole pełne wrzosów. Niemożliwe, żeby Ace i Chalize to pominęli podczas wyznaczania terenów sfory… Przecież tu jest tak pięknie. Tak cudownie. Gdybym był trochę bardziej znaczący, właśnie tutaj założyłbym sforę. Ale nie jestem i mogę sobie o tym tylko pomarzyć. Zresztą, coś mi tu nie gra… takie piękne tereny i niczyje? Huh, aż podejrzane. Może głębiej coś znajdę, jestem na samych obrzeżach. Może… Jeśli byłyby niczyje, chętnie bym je przejął dla siebie. To byłoby moje sekretne miejsce. Powiedziałbym o nim tylko swojej partnerce i dzieciakom. Ehh, R., ty stary durniu… Nie ma co sobie robić nadziei. Chociaż, to miejsce naprawdę wygląda na zapomniane…
Pijemy za lepszy czas
Za każdy dzień, który w życiu trwa
Za każde wspomnienie, co żyje w nas
Niech żyje jeszcze przez chwilę

Nucąc cicho maszerowałem do przodu, nie myśląc przy tym zbytnio. Postanowiłem całkowicie zaufać swoim zmysłom oraz łapom, przecież jeszcze na nic nie wlazłem, a to dobry omen. Poza tym tak ładnie pachniało, to nie może być złe miejsce. Wracając narwę tych wrzosów dla pewnej szczególnej dla mnie lisicy. Mam nadzieję, że się nie obrazi ani nie uzna tego za podryw. To podziękowanie. Podziękowanie za tak długą drogę, którą przeszliśmy razem. Woah,,brzmię jak jakiś opętany poeta. Coś poszło nie tak. Teraz tylko czekać, aż zacznę pisać wiersze i gadać bardziej poetycko… „Czy mogłabyś, droga Alegorio, podać srebrny kielich?” Haha, dobrze brzmi. Ciekawe, co powie na to reszta sfory. Pewnie będą nieźle zdziwieni. Albo pomyślą, że coś mi się w głowie poprzewracało. Cóż… druga opcja jest jakby… bardziej prawdopodobna? Uznajmy.
Nagle poczułem jakąś ostrą, kłującą w nozdrza woń. To zdecydowanie nie był zapach wrzosów. Cuchnęło zgnilizną i krwią, a także potem, który wydziela bardzo ostrą i niemiłą woń. Jestem skłonny stwierdzić, że pachniało jakimś starym, dogorywającym lisem. Gdzie jest ten biedak? Ostrożnie zrobiłem kilka kroków w przód, a następnie wyciągnąłem łeb w wiatr, aby móc coś wywęszyć. Woń lisa zdawała się zbliżać z zachodu. Tak, zdecydowanie to był zachód. Powinienem tam iść, czy raczej zostać i cierpliwie czekać na to, co się stanie? Czekanie nie jest w moim stylu.
Po około piętnastu minutach marszu wreszcie dane mi było ujrzeć jego postać: to był stary, schorowany lis, z bielmem na oku. Jego sierść musiała być kiedyś ruda, ale teraz było w niej tyle ubytków i była tak wypłowiała, że koloru można się było domyślać jedynie po uszach i łapach. Jego kły były pożółkłe od mięsa, a w oczach kryła się iskra… szaleństwa? Brr. Nienawidzę takiego spojrzenia. Wolałem nie zwracać na siebie uwagi tego osobnika, ale moja wrodzona niezdarność zrobiła swoje. Cofając się, wlazłem na młody krzaczek, który pękł pod moim naciskiem, wydając z siebie charakterystyczny trzask.
Nie wiem, na co liczyłem. Że nie usłyszy? Że się nie przejmie? Łeb lisa od razu skierował się w moją stronę, przez co coś strzyknęło mu w karku, a z ust pociekła strużka śliny. Piany. Kij wie co. W każdym razie wolałem tego nie dotykać. Położyłem po sobie uszy i ostrożnie zacząłem się wycofywać  w stronę naszych terenów, ale lis najwyraźniej nie zamierzał rezygnować z tej jakże świetnej rozgrywki, jaka była walka z lisem w kwiecie wieku. Spojrzał na mnie tymi swoimi przekrwionymi oczami szaleńca i zaczął… przesuwać się w  moją stronę. Nie wiem, jak to inaczej nazwać. Lis ten bowiem kulał tak bardzo, że omijał prawie wszystkie łapy podczas chodzenia. A w dodatku wydawał taki niezbyt przyjemny dźwięk. Nie mam pojęcia czemu wtedy się nie wycofałem, po prostu coś kazało mi tam zostać i czekać na i tak nieuniknioną konfrontację. Z obawy tylko odsłoniłem kły i uniosłem kitę do góry, choć wiedziałem, że to i tak nic nie da.

Czy w bezsilnej złości łykając żal 
Dać się powalić 
Czy się każdą chwilą bawić 
Aż do końca wierząc, że 
Los inny mi pisany jest 

Lis był już na tyle blisko, że mogłem policzyć szramy na tym jego szkaradnym pysku. Około siedmiu.
- Co tu robisz, bachorze? - zawarczał, opluwajac mnie przy tym śliną. Jego pozycja wykazywała wolę walki.
Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, ale obcy postanowił mnie oświecić – przesunął łapą po moim policzku, zanim zdążyłem się odsunąć. O nie. Chce walki, to będzie ją miał. W jednej chwili skoczyliśmy sobie ku gardeł, ja miałem szczęście – moje pazury zaryły o jego i tak już poraniony tors. Lis parsknął ze wściekłością i w rewanżu zacisnął kły na mojej łapie. Aż zaskomlałem. Wiem, że nie miałbym szans się wyrwać, więc spróbowałem innej metody: napierałem… napierałem… i napierałem. Wkrótce samiec leżał na ziemi, na plecach, w tak przegranej pozycji. Jego szczęki były rozwarte do granic możliwości, a on sam skomlał i piszczał. Jego tylne łapy uderzały o mój brzuch, zostawiając na nim głębokie na kilka centymetrów zadrapania. Ale nie. Ja się nie poddam.
***
Trzask, ten obrzydliwy trzask… Jego krew trysnęła na moje futro, a on wydał ostatni, żałosny skowyt. Nie żyje. Kurwa, zabiłem go! Zabiłem lisa… Na jego własnych terenach. Utykając i plując krwią udałem się na tereny sfory, aby powiadomić wszystkich o ten nowinie.

Od R. CD opowiadania Ayumi

Odchrząknąłem cicho, aby zwrócić na siebie uwagę innych lisów. Szczerze mówiąc, nie było to specjalnie trudne zadanie – mój głos był donośny, nawet jeśli mówiłem szeptem. Nie zawsze mi się to podobało, ale nigdy na to nie narzekałem. Taka to moja natura.
- Posłuchajcie mnie! - Dla większego rozgłosu zarzuciłem głową do tyłu, by wiatr mógł ponieść moje słowa.
Uszy wszystkich lisów skierowały się w moją stronę. I co ja mam im teraz powiedzieć? Uh, nie cierpię takich przemówień. Może po prostu powiem: „o, patrzcie, mamy nowego członka sfory! Ma na imię Ayumi i teraz powie wam kilka słów o sobie...” i ucieknę. Niee, to było zbyt tchórzowskie, nawet, jak na mnie. Trzeba się było z tym pogodzić, że jeśli już zwróciłem czyjąś uwagę, muszę opowiadać.
- No więc… eee… - Spróbowałem cokolwiek z siebie wydusić, jednak żadne słowo nie wydostało się z mojego pyska. Rzuciłem Ayumi rozpaczliwe spojrzenie, nieme błaganie o pomoc, jednak ona tego nie zauważyła. - Mamy nowego lisa, a właściwie lisicę w sforze. Ma na imię Ayumi i stoi obok mnie.
Pokazałem łapą na stojącą obok mnie samicę. Cała uwaga skupiła się na niej – świetnie, właśnie tego chciałem.

Ayumi? Koniec.


sobota, 18 marca 2017

Od R. CD opowiadania Alegorii

- W porządku. Dziękujemy. - odezwałem się do bożka.
Szczerze mówiąc... byłem troszkę zawiedziony. No dobra, nie troszkę. Byłem nawet mocno zawiedziony. Według legendy, tu miało czekać szczęście... Przynajmniej moja łapa wyzdrowiała. Czy to było szczęściem? Pewnie gdyby się nie zagoiła, wdałoby się zakażenie czy inne cholerstwo, które doprowadziłoby do mojej śmierci. Ale... czy jestem przywiązany do życia, czy stanowi ono dla mnie tak dużą wartość? Nie.
Kiedy byłem młodszy, często przed snem rozmyślałem, jak to by było, gdyby mnie nie było. Czy po tym świecie chodziłby inny R.? A może nic by się nie zmieniło? Czy gdybym się nigdy nie urodził, historia mojej rodziny potoczyłaby się jakoś inaczej? Może byłoby im lepiej... Koniec. Nie jestem żadnym przemądrzałym filozofem, któremu się nudzi. Co mnie naszło...?
- Chociaż... - Z zamyślenia wyrwał mnie głos lisa. - Mogę spełnić teraz to, czego najbardziej chcecie. Idźcie spać.
Spać? Po co? Przecież jestem pełny energii... Zanim jednak zdążyłem zaprotestować na głos, poczułem zmęczenie tak silne, że ledwo co mogłem ustać na łapach. Zanim zamknąłem oczy, zobaczyłem, że Alegoria już śpi.
***
Uhh... Byłem trochę zamulony? Gdzie jestem? Zapachy niby znajome... Zamrugałem, żeby pozbyć się resztek snu z mojego umysłu. Nora. Tak, to była dość spora nora. Sądząc po zapachu, byliśmy w Norowisku.

Alegoria? Wreszcie w domu.

czwartek, 9 marca 2017

Od R. CD opowiadania Alegorii

- Witaj. - Po wejściu do kapliczki przywitał mnie miły, przyjemny dla ucha głos. W kapliczce panowały egipskie ciemności, jednak futro lisa było wyjątkowo wyraźne.
- Kim jesteś? - mruknąłem nieufnie. Cóż, nigdy nie miałem zbyt dużo zaufania do lisów, które pojawiają się tak znikąd. Były jakieś podejrzane.
- Bożkiem. - Uśmiechnął się tajemniczo.
Uhh, cudownie. Teraz jeszcze bardziej mu nie ufałem, a w dodatku te małe drzwiczki były zamknięte. A co, jak to jakiś psychopata, który chce sprzedać nasze skóry i uciec z łupem? To nie było wcale takie nieprawdopodobne. Nie musiał być bożkiem. Mógł być groźnym zbiegiem. Albo kimś jeszcze gorszym.
- Więc.. czego tu szukacie? I jak się tu znaleźliście? - zapytał bożek. - Usiądźcie.
Spojrzeliśmy na siebie z Alegorią. Mówić mu, czy nie? Posłusznie wykonaliśmy polecenie i usiedliśmy na szklanej podłodze, która nie była taka zimna na jaką wyglądała. Mogło być gorzej. Dużo gorzej.
- No to... - Lisica otworzyła pysk, żeby coś powiedzieć, zapewne całą naszą historię. - Zaczęło się od tego, że wraz z R. weszliśmy do pewnej jaskini. Zobaczyliśmy tam światło i... no, i za bardzo nas to kusiło, więc zeszliśmy do środka. Trochę błądziliśmy, ale w końcu udało nam się dotrzeć do innej komnaty, gdzie był liścik i dużo bogactw. W liście były tylko dwa słowa, a mianowicie "Świątynia Wisielca". Niezbyt wiedzieliśmy, gdzie iść, ale R. miał wizję i wyszło, że cały czas na północ.
- Czemu Świątynia Wisielca? - wtrąciłem się. - Nie widzę tu żadnego wisielca...
Na moje słowa lis tylko uśmiechnął się i odgarnął futro z szyi, po czym dostrzegliśmy gruby sznur opleciony wokół jego karku. Chyba wolałem nie wiedzieć.
- No i tak to było. - dokończyła swą opowieść, wcześniej oczywiście piorunując mnie wzrokiem.
- W porządku. - zamruczał Wisielec (czemu on żyje?). - Więc... czego tu szukacie?
- Szczęścia, według legendy. - wyjaśniłem szybko. - Czy... znajdziemy je tutaj? Czy ono w ogóle istnieje?

Alegoria?

środa, 8 marca 2017

Od R. CD opowiadania Alegorii

- Nie mów tak do mnie. - Położyłem uszy po sobie.
Szczerze mówiąc, trochę bałem się otworzyć te misternie zdobione drzwi. A co, jeśli tam nic nie zastaniemy? Co, jeśli coś w środku powie nam, że już jesteśmy szczęśliwi? Nie czuję się szczęśliwy. Co, jeśli tak naprawdę nie ma szczęścia? Co, jeśli w środku czyha na nas śmierć?...
- I zepsułeś cały klimat. - Alegoria westchnęła, a jej wzrok nadal był utkwiony w bramie. - No nieważne. Wchodzimy?
Spojrzałem na uchwyt, który był wyrzeźbiony w kształt przeciągającego się lisa. To prawda, coś kusiło mnie, aby tam wejść i się przekonać, jak wygląda szczęście. Co tam znajdziemy? Partnerów dla siebie? Bogactwa? Inne rzeczy, które zapewniają szczęście. Z tego co wiem, pieniądze nigdy nie były czymś, czego potrzebowałem. O wiele bardziej chciałbym... stabilizacji? Nie wiem, jak to nazwać. Chciałbym po prostu mieć proste życie, być może u boku kogoś ukochanego. Tyle, że nie znam nikogo takiego. Lub jeszcze sobie tego nie uświadomiłem.
Alegoria ostrożnie oparła się barkiem o drzwi i rzuciła mi podekscytowane, zniecierpliwione spojrzenie.
- Wchodzimy. - Czułem, jak te słowa ciągną mnie w dół, na ziemię. Koniec ponurych rozmyślań.
Wspólną siłą natarliśmy na drzwi, które po chwili ustąpiły z cichym jękiem. Czułem, jak drżą mi łapy, a wszelki ból przemija. To ten moment.
W środku zastaliśmy przepiękny ogród. Naprawdę, przepiękny, dziki ogród. Rozwinęło się tam mnóstwo kwiatów, pnącz i owoców. Aż mnie korciło, żeby spróbować jednego z nich. Na środku tego całego raju stała mała, szklana kapliczka. Kątem oka spojrzałem na Alegorię, która również była zafascynowana tym miejscem. Swoją drogą, w tym miejscu wydawała się jakaś... inna? Jej futro było bardziej czarne, wyglądało na jedwabiście miękkie. Ciekawe, czy to tylko moja wyobraźnia, czy to miejsce. Ale chwila... no tak, a co z tym szczęściem?
- R.? - Usłyszałem głos Alegorii. Albo zauważyła, że się w nią wpatruję albo chciała podzielić się jakimś odkryciem.
- Tak? - mruknąłem.

Alegoria? To gdzie R. znajdzie szczęście?

wtorek, 7 marca 2017

Od R. CD opowiadania Alegorii

- To dobrze. - odparłem.
Co tam znajdziemy? Bogactwa? Lek? Opatrunek? A może miłość swoich żyć? Jasne. Zapewne po prostu będzie tam karteczka z napisem "Największym skarbem jest przyjaźń.". Taa, to by było w stylu tych wszystkich legend.
- Dobranoc, Alegoria. - zamruczałem, po czym przymknąłem oczy.
- Dobranoc, R... - mruknęła, ale za chwilę się ożywiła. - R.?
- Taa? - Niemalże już spałem.
- Jak ty właściwie masz na imię? - zapytała, a zanim zdążyłem odpowiedzieć, dodała: - Ale tak naprawdę. Wiem, że R. nie jest twoim prawdziwym imieniem.
Westchnąłem i ułożyłem łeb na zwalonym, omszonym pniu. Po co jej ta wiedza?
- Remus. - parsknąłem zażenowany. - Nie pytaj.
Nie odezwała się już, a po chwili usłyszałem, jak jej oddech stopniowo zwalnia.
***
Obudziły mnie ciepłe promienie słońca. Czułem, że powinienem być czymś podekscytowany. A tak, świątynia!
Po około pół godzinie drogi zastaliśmy niewielki budynek z białego marmuru; Świątynia Wisielca miała również cztery pozłacane kolumny, a droga do niej była wyłożona różnymi, mieniącymi się kamieniami.

Alegoria?

poniedziałek, 6 marca 2017

Od R. CD opowiadania Alegorii

- Spać mi się chce. - poskarżyłem się. Przed wejściem na łąkę byłem jeszcze pełen sił...
- Mi też. - Lisica zmarszczyła brwi. - To pewnie jakaś pułapka. Możliwe, że jeśli zaśniemy już nigdy się nie wybudzimy...
- Masz rację. - przytaknąłem. - Chodźmy.
Wolnym krokiem udaliśmy się przez łąkę, na północ. Co prawda wolałem chodzenie po mchu, ale chodzenie po zielonej, soczystej trawie również było przyjemne.
Cóż... szczerze mówiąc, byłem bardzo ciekawy co zastanę w tamtej świątyni. Sam nie wiedziałem, czego pragnę. Kiedy pocałowałem Alegorię, miałem nadzieję na to cudowne uczucie, o którym mówią inne lisy. Jednak... nic takiego nie poczułem. To było puste, nijakie, pozbawione wyrazu. Nie będę do tego wracał.
W końcu wyszliśmy z łąki! Jak się okazało, następnym etapem naszej podróży była tundra. Było tu naprawdę ładnie - rośliny, mchy, porosty. W końcu poczułem jednak prawdziwe znużenie. Po minie Alegorii zrozumiałem, że ona czuje to samo.
- Prześpijmy się tu. - zaproponowałem, po czym sam ułożyłem się na miękkim mchu.
- A co, jeśli to kolejna pułapka? - mruknęła, ale położyła się obok.
- Nie sądzę. - stwierdziłem. - Dobranoc.
- Dobranoc. - odparła.
Alegoria jednak nie zasnęła, rozmyślała. Podobnie jak ja.

Alegoria?

Od R. CD opowiadania Alegorii

- Trochę. - przyznałem. - No ale... innej drogi nie ma, a tam jest północ.
Ostrożnie wychyliłem się zza brzegu. Jezioro wyglądało na głębokie. Mógłbym je przepłynąć, ale te skały po coś są. To zapewne jakaś zasadzka. W wodzie mogły się czaić piranie czy inne równie sympatyczne rzeczy. Ostrożnie postawiłem łapę na jednej z wystających skał - nie ruszyła się, nie zadrżała. Mogę iść. Wyciągnąłem się na tyle, ile mogłem a następnie skoczyłem na skałę. Tak samo zrobiłem też z drugą i trzecią, a potem w mgnieniu oka znalazłem się przy Alegorii.
Szybko ogarnąłem teren wzrokiem aby zrozumieć, że dalsza droga nie jest taka oczywista. Znajdowaliśmy się po prostu na większej skale, wokół nas była woda. Może teraz musimy przepłynąć? To nie było takie nieprawdopodobne.
Lisica obróciła się w stronę północy i zaczęła wyszukiwać jakiegokolwiek wyjścia. Widziałem, jak jej wzrok błądzi po gładkiej tafli jeziora. Ja tymczasem zająłem się innymi "wysepkami". Może będą na nich jakieś wskazówki? Wskoczyłem na najbliższą z nich, po czym obszedłem ją dookoła. Moim oczom ukazała się wtedy mała strzałka, która zapewne miała oznaczać "w dół".
- R., tam tafla się załamuje! - Alegoria zawołała w moją stronę. - Myślisz, że to wyjście?
- Możliwe! - odkrzyknąłem.
Szybko przedostałem się na stronę lisicy, a następnie popatrzyłem we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, poziom wody w tamtym miejscu był nieco obniżony. Uznałem, że tam musi być ujście. Któreś z nas musi to sprawdzić. No nie wiem, na przykład taki ja. Nie zważając na ostrzeżenie lisicy skoczyłem to wody.
Była lodowata, aż zapiekła mnie rana na łapie. Auć. Nie mogłem jednak teraz się wycofać. Zanurkowałem głębiej prosto w stronę rzekomego wyjścia. Bingo! Pomiędzy skałami była tam wyrwa, mógł się tam zmieścić w miarę duży lis. Powinniśmy przejść bez problemu.
Chwilę potem Alegoria znalazła się przy mnie, poruszając łapami aby pozbyć się kłującego zimna. Ruchem głowy dałem znak do przejścia, a raczej przepłynięcia przez wyrwę.

Alegoria?

Od R. cd opowiadania Alegorii

- Zdajesz sobie sprawę, że ta kraina szczęścia i tak dalej to najprawdopodobniej kraina zmarłych? - szepnąłem. - Mimo to ruszamy. Kto wie, może tam naprawdę będzie coś cennego?
Alegoria uśmiechnęła się i skierowała wzrok na podłogę, w poszukiwaniu mapy. Postanowiłem zrobić to samo. Jak ona mogła wyglądać? Wcale nie musiała być jakimś skrawkiem papieru. Mogła być także gdzieś wyryta. Byleby nie na podłożu - to by oznaczało, że mogła zostać już wytarta. Zamknąłem oczy, pragnąc rozjaśnić myśli. Mapa... co, jeśli to tylko przenośnia? Tak, jak legenda? Chociaż nie, bardziej legendarna była ta cała droga do szczęścia. Zniechęcony poszukiwaniami postanowiłem przyjrzeć się główce lisa. Była wykonana z szafiru z zadziwiającą dokładnością. Ostrożnie podniosłem ją, zanim ostrzegł mnie syk Alegorii.
Najpierw oblał mnie gorąc, a potem poczułem, jakbym wykąpał się w rzece pełnej lodu. Przed oczami pojawił mi się obraz kilku miejsc, jednego po drugim, słyszałem jakieś szepty. Niestety nic z nich nie rozumiałem. Po chwili jednak znaczenie tych słów dotarło do mnie: północ, północ, północ.
- R.?! - Głos Alegorii wyrwał mnie z wizji. - Wszystko dobrze?
- Musimy iść na północ. - wydyszałem. - Jestem tego pewien, widziałem to. Słyszałem. A cholera wie. Wiem, jak wygląda ta świątynia i wiem, jak do niej dotrzeć.
- A wiesz, gdzie jest wyjście? - zapytała z nadzieją.
- Na północy. - odpowiedziałem zgodnie z wizją.
Odwróciłem się w tamtą stronę. Wyjście było ukryte za wszelkimi bogactwami. Ostrożnie, aby nie urazić ich posiadacza, zaczęliśmy się przez nie przeprawiać. Szczęk drogocennych metali odbijał się echem po całej komnacie. Co jakiś czas odrzucałem za siebie medaliony lub puchary. W końcu stanęliśmy przed niewielkim łukiem, nad którym wyryty był lis.
- Wychodzimy? - zamruczałem, już ciesząc się na myśl o świeżym powietrzu.
Lisica kiwnęła głową, a następnie wychyliła pysk zza wejścia.
- Można iść? - upewniłem się, a następnie postawiłem łapę na mokrym mchu.
Nigdy jeszcze nie byłem w tym miejscu. To był ogromny tunel, a jego spód porastał mech. Był także trochę podmokły, ale nie przeszkadzało mi to szczególnie. Prowadził na północ.
Po chwili szliśmy już obok siebie, tunel był dość szeroki. Jedyne co, to było trochę ciemnawo, ale i to dało się przeżyć.
- O czym marzysz? - zagadnąłem ją. - W legendzie jest mowa tylko o jednym lisie. O ile się nie mylę, każdy zastanie tam to, o czym marzy.
- Sama nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - A ty?
- O szczęściu. - parsknąłem. - Wiem jak to brzmi. Chciałbym być szczęśliwy ale nie wiem, jak to szczęście osiągnąć.
Po głowie przeszedł mi głupi, może trochę szalony pomysł. Czemu nie...?
- Zatrzymaj się na chwilę. - nakazałem łagodnie.
Kiedy lisica rzuciła mi pytające spojrzenie podszedłem do niej, po czym delikatnie i ostrożnie ucałowałem.

Alegoria? :v

Od R. cd opowiadania Alegorii

- Nie bierz nic stąd. - mruknąłem.
Tyle rzeczy... Ciekawy jestem, kto to tu zgromadził i w jakim celu. A raczej co. Alegoria zwróciła uwagę na zwinięty w rulon zwitek papieru, który leżał przy tych wszystkich bogactwach. Co to? Ostrzeżenie? Klątwa? A może ważna informacja?
- Dlaczego? - zapytała. Lisica podeszła do listu, chcąc zapewne go odczytać.
- To może być... niebezpieczne. - odparłem.
Aby nie upaść, musiałem oprzeć się o skałę. Rana na łapie okropnie piekła, przez co coraz trudniej było mi ustać na nogach. Położyłem łapę na twardym, zimnym kamieniu. Nie był chropowaty jak normalne kamienie, bardziej... jakby wyciosany? Pod poduszkami wyraźnie czułem proste zagłębienia. Jedne były pionowe, drugie poziome, inne położone jakoś na skos.
Tymczasem Alegoria uważnie badała otoczenie listu, czy aby na pewno czegoś nie przeoczyliśmy. Niestety, wszystko wyglądało na jasne.
Słowa? Tak, to mogły być słowa. Z trudem odkleiłem się od ściany, po czym stanąłem przed nią i zmrużyłem oczy, aby cokolwiek dostrzec. Słowa były zatarte, ale mimo to i tak mogłem je rozczytać.
- Drzewa... - zacząłem mamrotać do siebie. Zupełnie, jakbym był niespełna umysłu. - Mówią... Po łacinie.
Co to miało znaczyć?
- R.? - Usłyszałem głos lisicy. - Mogę otworzyć ten list?
- Chyba nie mamy wyboru. - westchnąłem.
Drżącymi łapami lisica odwiązała wstążkę, a wtedy coś wypadło z rulonu. Mała, szafirowa główka lisa z rubinowymi oczami. Niepokojące. Spojrzałem na Alegorię, która obserwowała to znalezisko ze ściśniętym gardłem. Chwilę potem jej wargi rozchyliły się.
- Świątynia Wisielca. - przeczytała. - Wydaje mi się, że mamy się udać do jakiejś Świątyni Wisielca. Tylko... jak?

Alegoria?

piątek, 3 marca 2017

Od R. cd opowiadania Ayumi

Sfora? Jasne, i co jeszcze? Przewróciłem oczami, po czym powiodłem wzrokiem ku Legowisku Alf. Pewnie i tak są zajęci, a zapewne usłyszymy odpowiedź w stylu "tak, tak, fajnie, należysz do stada". Od razu ostrzegłem Ayumi, bo tak się przedstawiła nieznajoma, że alfy mogą być zajęte i będzie musiała się zadowolić samą wiadomością. Zareagowała na tą wieść niespodziewanym optymizmem, co, nieukrywam, bardzo mnie zdziwiło. Normalny lis by przeklinał i denerwował się, że nie został przyjęty. Ta lisica... Była jakaś... milsza? od pozostałych. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale jeszcze nikt nie był taki miły. Dziwne. Ciekawe, skąd się urwała. Była młoda, a już straciła stado. Może jakieś polowanie, jakaś obława? Nie sądziłem, że mi to od tak powie, skoro nawet z podaniem imienia miała problemy.
Wolnym krokiem udałem się w stronę tego nieszczęsnego Legowiska Alf. Zauważyłem, że Ayumi nie trzymała się tuż obok mnie, ale szła kilka centymetrów z tyłu.
Ścieżka do Legowiska była już wydeptana, przez co nie musieliśmy się przedzierać przez te wszystkie okoliczne haszcze i gąszcze. Po jakichś piętnastu minutach znaleźliśmy się przy ogromnym drzewie, które stanowiło teraz siedzibę alf.
- Halo? - zawołałem do środka, lecz nikt mi nie odpowiedział. - Jest tam kto?!
Ayumi rzuciła mi powątpiewające spojrzenie i zrobiła kilka kroków w tył, a następnie się odwróciła. Wymamrotała coś, że "chyba nie chcą, żeby im przeszkadzać" i na wszelki wypadek trochę się cofnęła.
I tak nie miałem nic lepszego do roboty, więc postanowiłem jej dotrzymać towarzystwa chociaż na kilka minut.
- No to... Skąd jesteś? - zagadnąłem.
Jak można się było domyślić, odpowiedziała mi jedynie cisza. Lisica wyraźnie nie lubiła mówić osobie, czyli mi nie ufała. To dobry znak. Lisy, które wszystkim ufają nie żyją zbyt długo. Zazwyczaj to dzieciaki, które żyją pod kloszem i myślą, że nic im nie grozi. Dobrze, że ona taka nie jest. Przeniosłem spojrzenie na Ayumi.

Ayumi?

czwartek, 2 marca 2017

Od R. cd opowiadania Ayumi

- Nie pomrukuj na mnie. - Lisica stała do mnie tyłem, a właściwie to ja byłem za nią. Mimo to, mogłem poczuć jak kpiąco się uśmiecha.
Jakie to typowe. Uznałem, że każda lisica uśmiecha się w ten sam, chytry sposób kiedy poznaje nowego lisa. Niezbyt wiem, co miał oznaczać ten grymas, ale i tak postanowiłem drążyć dalej.
- Jak się zwiesz? - zapytałem zaciągając się jej zapachem.
Tak, musiała przybyć tu stosunkowo niedawno, gdyż jeszcze nigdy nie czułem podobnej woni. Była młoda, miała może... dwa lata? Nie stała zbyt wysoko w hierarchii swojego stada, jej zapach nie był zbyt intensywny. Nie powinna stanowić zagrożenia, chociaż... nigdy, przenigdy nie ufaj kobietom. Ot, taka mała regułka. Potrafią być złe jak cholera, jeśli je podjudzić.
Hmm, niezbyt rozmowna jak na moje oko. Po prostu stała i się uśmiechała, jakby nie zostało jej zadane żadne pytanie. Może nie słyszy? Chociaż nie, wydawało mi się, że jest w pełni zdrowa.
- Wiesz, może to nie odpowiedni czas, ale jesteś na terenach innego stada. - fuknąłem ze zbędną niechęcią w głosie. - Poza tym, nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Jesteś alfą? Nie? - odparła spokojnym, opanowanym tonem. - Nie muszę ci udzielać tej informacji.
- Nalegam. - Tym razem przeszedłem do jej przodu, aby móc się przyjrzeć jej pyskowi.
Jej uroda była.. niespotykana. Naprawdę, rzadko widuje się kremową sierść i czarne znaczenia na łapach.
- A ty? Jak masz na imię? - odpłaciła się pytaniem za pytanie.
Uznałem, że przedstawię się pseudonimem - jak zwykle.
- R. - Wzruszyłem barkami, po czym wbiłem wzrok w nieznajomą. - A ty to...?
- Ayumi. - wtrąciła, zanim zdążyłem do końca zadać pytanie.

Ayumi?

piątek, 17 lutego 2017

Od R. cd opowiadania Alegorii

Ostatnim, co słyszałem był dziwny wrzask, taki... nielisi. Potem straciłem przytomność.
***
Obudziły mnie dopiero nawoływania Alegorii. Nie mogłem samodzielnie się poruszać, ponieważ na mojej łapie pojawiła się rana. Nieduża, ale okropnie bolała.
- Co się się stało? - wymamrotała spanikowana, nerwowo się rozglądając.
- Nie wiem... - mruknąłem. - Straciłem na chwilę przytomność, słyszałem wcześniej wrzask.
- A ta rana? - zaczęła się dopytywać. - Chyba nie jesteśmy tu mile widziani...
- Chyba masz rację. - Hałaśliwie przełknąłem ślinę. Na poprzednie pytanie nie odpowiedziałem, gdyż sam nie znałem na nie odpowiedzi. - Chodźmy stąd lepiej.
- Dobry pomysł. - przytaknęła. - Pamiętasz, gdzie weszliśmy?
Pokręciłem głową. Niezbyt, aczkolwiek i tak nie wydaje mi się, żebyśmy mogli się wydostać tamtą drogą. Jest tam zbyt stromo, a i cały tunel jest oblodzony. Mamy niemalże zerowe szanse na wydostanie się stąd tamtą drogą. Podzieliłem się moimi obawami z Alegorią, na co ona mruknęła coś niewyraźnie.
- Zostaje nam drugi tunel. Ten ze światłem. - stwierdziłem ponuro.

Alegoria?

niedziela, 12 lutego 2017

Od R. cd opowiadania Alegorii

- Możemy iść dalej. - Z niepokojem zerknąłem w stronę wyjścia, które nie zapowiadało się zbyt obiecująco. Raczej nie mamy nic do stracenia. - Tak, chodźmy dalej.
Lisica wolnym krokiem udała się w głąb tunelu. Udałem się za nią. Co ciekawe, na ścianach dalej ciągnęły się ryciny. Lisy, psopodobne i ta dziwna, bardzo dziwna istota. Im dalej zagłębialiśmy się w tunel, tym więcej było glifów przedstawiających to coś. Ziemia była lekko wilgotna, a gdzieniegdzie nadal był lód. Poruszałem się w miarę ostrożnie, ale również przeglądałem się tym rysunkom. Co one mogły oznaczać? I co tam siedzi na końcu korytarza?
- R.? - odezwała się po chwili milczenia Alegoria. - Tu jest rozgałęzienie!
Spojrzałem przed siebie, prosto na sylwetkę Alegorii owianą cieniem i dwa rozgałęzienia, z których wprost wyzierała ciemność.
- Idziemy w prawo? - zaproponowałem, uważnie przyglądając się tym wejściom.
- Możemy. Najwyżej wrócimy. - zgodziła się ze mną.
Do jaskini wszedłem pierwszy, aby nie narażać jej na niepotrzebne urazy. To, co zobaczyłem po kilku minutach parcia na przód, zmroziło mi krew w żyłach.
Na podłodze leżał szkielet. Szkielet lisa, może wielkości Alegorii.
- Zawracamy! - krzyknąłem do niej. - Idź w lewo i wypatruj światełka!
- Ale... Czemu zawracamy? - Przekrzywiła głowę.
- Tunel jest zawalony. - skłamałem.

Alegoria?

środa, 8 lutego 2017

Od R. cd opowiadania Alegorii

- Jesteś pewna, że chcesz tam wejść? - zapytałem spoglądając w dół. - Jest dość stromo, możemy się nie wydostać.
- Wydostaniemy się. - mruknęła.
Coś błysnęło. Cholera, ona miała rację! Tam się coś błyska!
- Widziałeś?! - wykrzyknęła triumfalnie. - Mówiłam ci!
- Tak, tak, widziałem. - odparłem spokojnie.
Co to, na bogów, mogło być? Lodowa jaskinia, a w dodatku jakieś dziwne światło...
- Schodzimy? - upewniła się, po czym położyła łapę na lodzie.
W odpowiedzi tylko skinąłem głową, po czym ostrożnie stanąłem na lodzie. W dół prowadził skośny, ale niezbyt stromy tunel. Zawahałem się. Jest spore prawdopodobieństwo, że się nie wydostaniemy stąd, jeśli nie ma drugiego wyjścia.
Nagle zostałem przepchnięty, a lisica wskoczyła na lód krzycząc "panie przodem!", po czym zniknęła w otchłani.
I co ja miałem teraz zrobić? Ostrożnie położyłem się na brzuchu. Właściwie to ani przodem ani tyłem, bardziej bokiem. Nie wiem, co mi to miało zapewnić, aczkolwiek czułem się jakoś pewniej. Jeśli miałbym porównywać do czegoś ten zjazd, to byłaby taka oblodzona zjeżdżalnia. Nie było aż tak źle, jak się spodziewałem.
Na końcu był lekko zmarźnięty grunt.
- Alegoria? - Musiałem upewnić się, czy gdzieś tu jest.
- Taak? - zamruczała. Po chwili dostrzegłem zarys jej sylwetki. Było ciemno, a ona była czarna. Świetnie. - Chodź, musisz to zobaczyć! Tu są piękne ryciny! Przedstawiają lisy i... Jakąś dziwną istotę?

Alegoria?

niedziela, 5 lutego 2017

Od R. cd opowiadania Alegorii

- Hej! - zawołałem, ale lisica była już daleko przede mną. - Poczekaj na mnie!
- Chyba śnisz! - zaśmiała się.
Uśmiechnąłem się złośliwie i popędziłem przed siebie, a właściwie to za Alegorią.
Trawa była lekko wilgotna po całym dniu, a także powietrze nie było zbyt suche. Było idealnie, jeszcze teraz tylko deszcz... Uwielbiam deszcze, sam nie wiem czemu. Może dlatego, że pozostawia po sobie taki ładny zapach i tęczę.
- R.?! - usłyszałem krzyk czarnej. Musiała być niedaleko.
- Co?! - wydarłem się i zwolniłem tempa. Nie było po co się spieszyć. W końcu to wojowniczka... Poradzi sobie sama w razie zagrożenia.
- No chodź! - zawołała znowu, coraz bardziej zniecierpliwiona. - No choodź!
- Dobrze już, dobrze. - parsknąłem śmiechem i udałem się w stronę jej głosu.
Puściłem się biegiem w stronę Alegorii. Szczerze mówiąc, byłem ciekawy, co było aż takie ważne, że mnie wołała. Może jakiś martwy jeleń? Albo zając?
- No i co? - sapnąłem po dojściu na miejsce. - Po co mnie wołałaś?
- Zobacz. - Wydawała się szczerze oczarowana.
Spojrzałem we wskazane przez nią miejsce.  Coś jak zamarźnięta jaskinia...
- Rzeczywiście, niesamowite. - Przewróciłem oczami i zaśmiałem się. Już chciałem odchodzić, ale lisica mnie zatrzymała.
- Zobacz... - szepnęła bardzo, bardzo cicho.
W tunelu coś błysnęło, zupełnie, jakby tlił si tam ogień...

Alegoria? ^^