Uhh, mimo wszystko trochę się bałem. Co, jeśli im w czymś przeszkodzę? Nie chciałem być natrętny. W końcu jednak się odważyłem i ostrożnie zapukałem. Cisza. Zapukałem jeszcze raz, a wtedy otworzyła mi zaspana lisica.
- A, to ty, R. - zagadnęła przyjaźnie. Mimo snu, nadal wyglądała na zmęczoną. - Czego potrzebujesz?
- Alfo. - skłoniłem się, nisko opuszczając głowę. Co ja mam u licha powiedzieć? - Chciałbym... chciałbym zostać dowódcą wojsk.
Zamilkłem. Bogowie, jak strasznie się wtedy stresowałem. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Że alfa mnie wypędzi? Wyśmieje? Obie opcje są prawdopodobne. Nie odważyłem się podnieść wzroku. Mogłaby to uznać za obrazę... W każdym razie, byłem cholernie ostrożny. Ze zniecierpliwieniem wyczekiwałem od lisicy jakiegokolwiek sygnału, że zezwala na to. Nadzieja matką głupich. Nadzieja umiera ostatnia. Ehh... No nieważne. Trzeba czekać...
- Dobrze. - odparła ostrożnie. Nie mogłem uwierzyć w jej słowa. Zgodziła się! Zgodziła się, zgodziła się, zgodziła się! Bogowie! - Zanim jednak przyznam ci to zaszczytne stanowisko, musisz podołać pewnemu wyzwaniu. - Mój entuzjazm nieco przygasł, jednak i tak byłem szczęśliwy, że w ogóle zgodziła się na coś takiego. Ciekawe, co to za zadanie. - Więc wyślę cię do mojego przyjaciela, Nerona. Między jego stadem, a stadem innych lisów toczy się walka. Niedługo będzie ostateczne starcie. Proszę, abyś został dowódcą jego wojsk. Szybko rozpoznasz Nerona, ma odgryzione ucho. W każdym razie, to jakieś pół dnia drogi stąd. Powiedz, kto cię wysyła. Jeśli ci się uda, zostaniesz bohaterem. Jeśli nie... - Tutaj na jej pysku pojawił się grymas. - Zostaniesz przeklęty i wypędzony z tych terenów, a bogowie cię opuszczą.
Uuh. Niezbyt fajna perspektywa. Już wolę zostać tym bohaterem. Pamiętam, że każdy szczeniak z mojego otoczenia chciał być kimś wielkim. Każdy, oprócz mnie. Ja chciałem jedynie spokoju. W ogóle byłem jakimś takim niezbyt fajnym dzieckiem. Do nikogo się nie odzywałem, wolałem własne towarzystwo.
- Czy przyjmujesz wyzwanie? - dobiegł do mnie głos alfy.
- Tak. - Przyjąłem wyzwanie. Już nie ma odwrotu. Ja, Remus, przyjmuję to wyzwanie i obiecuję chronić ziem Nerona.
Dopiero teraz odważyłem się podnieść wzrok.
- Wyruszaj. Powodzenia. - powiedziała alfa.
- Dziękuję. - powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Muszę zwyciężyć tę walkę.
Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem że lisy były poddenerwowane i chodziły z kąta w kąt, jakby nie mogły się zdecydować. No tak, wojna... W końcu z tego tłumu wyjrzał lis, który mnie interesował. Jeju, był o wiele starszy, niż myślałem. No i rzeczywiście nie miał ucha.
- Alfo. - Podszedłem na tyle, żeby mógł mnie zauważyć. - Witaj, alfo. Przybywam ze sfory Chalize. Poprosiła mnie, abym dowodził twoimi wojskami w czasie starcia.
Samiec popatrzył na mnie; był zmęczony i to było widać.
- Witaj, wojowniku. - przywitał mnie uprzejmie. - Chalize.. tak, przyjaźnimy się. Zaufam ci. Poprowadź starcie. Jako dowódca wojsk, będziesz walczył tylko w ostateczności. Zajmij się dobrze moimi lisami. Jeśli polegnie wiele z nich... zgładzę cię.
- Dobrze. - odpowiedziałem, wbijając wzrok w ziemię. - Uchronię twoje ziemie i stado.
Lis uśmiechnął się lekko, a następnie machnął łapą. Moja wizyta się skończyła.
Następnego dnia powitano mnie sporym kawałkiem mięsa jelenia. Mój ostatni posiłek? To całkiem miłe, że ktoś o mnie pomyślał.
Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie miała trwać walka. Nie powiem, okrutnie się stresowałem. Plus stresu dodawało to, że nie musieliśmy czekać długo na przeciwników. Przybyli punktualnie.
- W porządku. - Moje słowa skierowałem do lisów, które stały przede mną. Przestraszone. Zestresowane. - Zwycięstwo leży dzisiaj po naszej stronie! Nie martwcie się, ci przeciwnicy to nic. Jesteście w stanie ich pokonać bez większego wysiłku. - Teraz zniżyłem głos. - Na początku musimy przegonić ich na nasze tereny. Wiecie, jak to zrobić, prawda? Nękajcie, kąsajcie, uprzykrzajcie życie. Sami uciekną. Potem, gdy już tego dokonacie, będziecie walczyć na swoim terenie. Musicie ich zagonić w pułapkę. Zdezorientować. Tacy zdezorientowani i smutni nie będą już zagrożeniem.
Lisy wyglądały na zdeterminowane. Została jeszcze tylko jedna rzecz... Ofiara. Uniosłem swoją łapę i wbiłem kawałek głogu w poduszkę, aby poleciała z niej krew. Jako ofiara dla wszelkich bóstw.
- Do boju! - zawołałem, a lisy w mgnieniu oka rozpierzchły się wokół stada wroga.