czwartek, 23 marca 2017

Od Morgenstern

-Cześć mamo!-zawołałam wybiegając z nory.
-Witaj Morgenstern...-lisica uśmiechnęła się do mnie-Bardzo wcześnie wstałaś. Czy coś się stało?
Popatrzyłam na mamę nieco zaskoczona.
-Nie, nic... Nic się nie stało mamo. Po prostu się nudziłam. Bjorn i Nabirie jeszcze śpią, a ja nie mam co ze sobą zrobić...
Rita przez moment zamilkła. Widząc jej zamyślenie postanowiłam dać jej chwilę. Zapewne zaraz mi powie że musi iść, po czym poprosi żebym zajęła się rodzeństwem.
-Dobrze, już wiem... Idę przypilnować braci...-mruknęłam pośpiesznie, nie dając lisicy dojść do słowa.
-Co? Nie, poczekaj!-Rita zagrodziła mi drogę-Zastanawiałam się czy nie miałabyś ochoty na krótki spacer nad rzekę.
-Naprawdę? Chcę iść!-aż zapiszczałam z wrażenia.
-Tak, tylko trzeba będzie obudzić Bjorna i Nabirie.-stwierdziła Rita.
Długo nie trzeba było czekać na mój ruch.
-Wstawać!!!!-wykrzyknęłam głośno, zrywając braci na równe nogi.
Gdy się trochę rozbudzili, pobiegliśmy z mamą nad rzekę.

Od Bjorna do Lizzie

Obudziłem się o świcie. Z radością wyszedłem na dwór, bowiem była piękna słoneczna pogoda. Miałem ochotę na krótki spacer po puszczy, ale samemu to tak trochę smutno. Po chwili zerknąłem na Morgenstern i Nabirie. Stwierdziwszy że nie lepiej ich nie budzić (choć oni robili mi to bardzo często gdy spałem), wychyliłem głowę z nory. Na trawie, w świetle słońca siedziała mama. Wyglądała na bardzo zamyśloną. Podbiegłem więc do niej by się przywitać.
-Cześć mamo!
-Witaj Bjorn. Jak dzisiaj spałeś?-Rita uśmiechnęła się do mnie promiennie.
Przycupnąłem obok lisicy, co jakiś czas obserwując krople porannej rosy, spływające po źdźbłach trawy.
-Masz jakieś plany na dzisiaj mamo?-zagadnąłem, mając nadzieję, że uda mi się namówić Ritę na przechadzkę po lesie.
-Hm. W sumie to nie. Zdobyłam już dla Nas posiłek, teraz muszę tylko poczekać, aż wstanie Twoje rodzeństwo. A czemu pytasz?
-A nic, tak... Byłem ciekawy...-mruknąłem niepocieszony.
Chciałbym raz na jakiś czas wyjść BEZ rodzeństwa z domu. Nagle coś przyszło mi do głowy.
-Mamo, mogę na chwilę gdzieś pójść?
-Bez śniadania?
-Zaraz wrócę. Tylko chwilę, proszę...-błagałem.
-No dobrze. Ale wracaj niedługo...-zezwoliła lisica, wchodząc do nory.
Rzuciłem się pędem w stronę norowiska alf. Podczas biegu natknąłem się na Panią Chalize.
-Dzień dobry!-przywitałem się z uśmiechem na pyszczku.
-Dzień dobry Bjorn. Co Cię sprowadza?-odparła Chalize.
Alfa zdawała się być nieco zaskoczona moją obecnością.
-Przepraszam że Panią niepokoję, o tak wczesnej porze, ale chciałem zapytać czy Lizzie jest w domu...-spytałem nieśmiało, kładąc uszy po sobie.
Muszę przyznać że trochę się bałem reakcji alfy. Jak widać niesłusznie. Na pysku Chalize malował się lekki uśmiech.
-Jak najbardziej. Niedawno wstała. A czemu pytasz?
-Bo ja... Chciałem ją zaprosić na krótki... Spacer...-wyjąkałem-Oczywiście jeżeli ma ochotę.
Przyznaję, trochę słabo mi wyszła ta odpowiedź.
-Hm...-Chalize zastanowiła się-Musiałbyś spytać się o to Lizzie. Zaraz wrócę. Poczekaj tu na mnie. Powiem córce że przyszedłeś.
Usiadłem więc na trawie i czekałem w nadziei, że koleżanka przyjdzie.
Lizzie?

Od Nabirie - "Kiedy zawieje dziki wiatr".

-Nabirie, Nabirie... Obudź się...-usłyszałem dziecięcy głos.
Był wczesny ranek. Przez chwilę leżałem na miękkim, aksamitnym posłaniu. Leniwie przekręciłem się na drugi bok, mając świadomość, że za chwilę, czy tego chcę, czy też nie będę musiał się rozbudzić.
Otworzywszy oczy dostrzegłem stojącą nade mną siostrę. Powoli podniosłem zaskoczony głowę, lekko poruszając uszami. Lisiczka wyglądała na bardzo zaaferowaną. Zapewne znów znalazła coś ciekawego i chce się tym pochwalić... Jak zwykle...
-Gdzie Bjorn?-spytałem w nadziei, że Morgenstern sobie, o nim przypomni i pobiegnie go poszukać.
Me plany zostały bardzo szybko rozwiane, bowiem brat czekał już przed norą. Przeciągnąwszy się podniosłem się z koca, po czym ruszyłem w stronę wyjścia. Wstawanie rano jest moją Piętą Achillesa, mimo iż przywykłem do takowej czynności i zwykle instynktownie budzę się wcześniej.
-Idziemy już? Ile jeszcze czasu będziecie się tam zbierać?-pośpieszył Nas Bjorn.
Westchnąłem spoglądając na rodzeństwo z pożałowaniem. Nie żebym nie lubił przygód, ale dziś wyjątkowo nie miałem ochoty na jakiekolwiek spacery. Prawdę mówiąc oczy mi się kleiły, a umysł nakazywał mi tylko jedno-"Idź spać". Niestety byłem zmuszony wstać z posłania i zobaczyć to niezwykłe COŚ. Że też nie mogli sobie wybrać innej pory. Był wczesny ranek. Zrywanie się o świcie zdecydowanie nie jest najlepszym pomysłem. Ale Morgenstern i Bjorn mają na ten temat inne zdanie.
Niestety pogoda nie dopisywała. Lał deszcz, a wokół wyczuwałem silny, chłodny, północny wiatr. Że też takie warunki atmosferyczne musiały panować akurat dzisiaj.
***
Dotarliśmy do brzegu rzeki.
 -Brrr...-otrząsnąłem łapy z wody.
Po ciele przeszedł mi dreszcz. Puszczę spowiła gęsta warstwa mgły. Zastanawiałem się o co może chodzić mojemu rodzeństwu, które chyba nie było ani trochę przejęte niesprzyjającą pogodą.
-Nabirie, tutaj!-zawołał Bjorn wskazując na taflę, czystej, źródlanej wody.
-Ja tu nic nie widzę.-odparłem krótko.
Szczenięta popatrzyły na mnie zaskoczone, wymieniając spojrzenia.
-Przypatrz się jeszcze raz...-rozkazała Morgenstern.
Zerknąłem więc na rzekę. Nagle coś zobaczyłem. Niewielki, mały przedmiot połyskiwał na dnie.
-Co to jest?-zainteresowany wlepiłem wzrok w znalezisko.
-Tego nie wiemy... Właśnie dlatego przyprowadziliśmy tu Ciebie, sądząc że odpowiesz nam na to pytanie...-mruknęła Morgenstern.
Siostra zdawała się być trochę niepocieszona. Zapewne zależało jej na sprawdzeniu tego dziwnego przedmiotu, Bjornowi zresztą też.
-Może później przyprowadzimy tu mamę, żeby pomogła nam to wyjąć?-zaproponował brat.
-Nie.-zaprzeczyłem-Musimy sami to zdobyć.
Popłynę po to coś!-rzuciłem bez zastanowienia.
Rodzeństwo zdawało się być wyjątkowo zaskoczone moją decyzją. Uniosłem dumnie głowę na znak, że ani trochę się nie boję (choć tak naprawdę było inaczej). Nie wiem dlaczego to zrobiłem. Czyżby moje wewnętrzne "ja" starało się zaimponować innym szczeniętom? A może byłem zbyt pewny siebie? Teraz jest już za późno aby cofnąć dane słowo. Jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć też B. Prawdą jest że lubię się wywyższać, robiąc z siebie bohatera. Wiem, to brzydka cecha, ale nic na to nie poradzę.
Tak więc postanowiłem zebrać się na odwagę i zaryzykować. Po chwili skoczyłem z głośnym pluskiem do wody. Wydawało się że to będzie takie proste, ale niestety... Myliłem się. Prąd był wyjątkowo silny i nim zdążyłem cokolwiek zrobić już nie było nadziei. Rodzeństwo przez moment biegło wzdłuż brzegu, ale nie dali rady mnie dogonić. Co jakiś czas wielkie fale uderzały w mój pysk.
***
Po kilku minutach obudziłem się na wilgotnym, ciepłym piasku. Rzeka wyrzuciła mnie na brzeg. Uznałem że nie warto tracić czasu i powędrowałem w kierunku norowiska (a tak mi się przynajmniej wtedy wydawało). Prawdę mówiąc zupełnie nie miałem pojęcia gdzie jestem. Wszystkie mijane drzewa, krzewy... Wydawały się po prostu takie same. Chwilę później, gdy mijałem kolejny wysoki świerk, dotarło do mnie, że krążę w kółko. W którą teraz? W prawo czy w lewo? Na zachód czy na wschód? A może na północ? Nie, lepiej na południe. Im więcej myślałem, tym bardziej traciłem nadzieję na odnalezienie drogi powrotnej. Me trudy okazały się płone. Na daremno błądziłem. Powiedzmy sobie w prost. Poddałem się. Po prostu się poddałem. Po raz pierwszy w życiu przestałem wierzyć w to, że mogę dojść do celu. W sumie nie ma się co dziwić. Każdemu puszczają nerwy w takich sytuacjach. Śliskie, błotniste podłoże nie ułatwiało sprawy. Z trudem przemierzałem kolejne metry.
-No dalej, to już niedaleko...-powtarzałem sobie ilekroć miałem trudności w zrobieniu kolejnego kroku.
Deszcz i silny wiatr nie ustawały, a ja czułem coraz większy opór. W pewnym momencie poślizgnąwszy się na wilgotnych liściach, sturlałem się do wielkiego dołu. Przed oczami pojawiła się ciemność i na jakiś czas straciłem przytomność.
***
Po przebudzeniu dał się słyszeć donośny śpiew ptaków. Szczerze powiedziawszy przez chwilę zupełnie nie miałem pojęcia jak to się stało, że znalazłem się tutaj. To miejsce... Coś mi przypominało. No tak! Że też wcześniej się nie zorientowałem! Przecież już kiedyś tu byłem. Po chwili dopadała mnie jakże upokarzająca prawda. Zaledwie kilka dni temu, nim dołączyłem do sfory; wpadłem w ten dół. Tak, dokładnie ten sam.
-Co za bezmyślność...-warknąłem wściekły na samego siebie.
Teraz wgłębienie w ziemi zdawało się być znacznie większe. Zapewne to przez zgromadzona na dnie deszczówkę. Nagle ujawnił się rwący, silny ból w przedniej łapie, który wyrwał mnie ze stanu zamyślenia. Nie pozwalał nawet na najdelikatniejszy, maleńki ruch. Z niepełnosprawną łapą daleko nie zajdę. Rzecz jasna miałem świadomość, iż stado jest za daleko by mnie usłyszeć, więc jestem zdany tylko na siebie.
Podniosłem się z ziemi na drżących nogach. Cała moja sierść ociekała błotem. Paskudna sytuacja. Rozejrzałem się dookoła nerwowo węsząc. Jak pech to pech. Nie ma już innej drogi powrotu. Wiedziałem że bez względu na wszystko muszę się stąd wydostać, choćbym  miał połamać sobie resztę kończyn. Może przy odrobinie sprytu i determinacji mi się uda. Ba! Musi mi się udać! Nawet nie przyjmuję innej opcji do wiadomości. Ruszyłem pełen optymizmu i woli walki. Podczas wspinaczki po stromym podłożu, zraniona łapa coraz bardziej dawała mi się we znaki. Dzięki pozostałym trzem sprawnym kończynom i mocnym pazurom udało mi się przejść kilka metrów. Niespodziewanie wilgotne, błotniste podłoże zaczęło powoli się obsuwać, co dało mi do zrozumienia, że trzeba czym prędzej przyśpieszyć. W końcu, po wielu trudach dotarłem wycieńczony na szczyt, czołgając się w kierunku rosnących kilka metrów dalej sosen. Promienie słońca wychyliły się zza ciemnych, deszczowych chmur deszczowych, oświetlając zroszoną trawę. Krople wody powoli spływały po roślinach. Krótki odpoczynek dobrze mi zrobił. Postanowiłem wracać do domu. Na pewno moja rodzina bardzo się, o mnie niepokoi. Miałem nadzieję, że nie zaczną mnie szukać. Jeszcze oni by się zgubili.
-Oby moje obawy nie były słuszne...-pomyślałem zaniepokojony.
Nagle zauważyłem niewielkie, szaro-beżowe stworzenie poruszające się pod suchymi liśćmi. Zainteresowany podniosłem wzrok. Zając wygrzebywał spod runa leśnego jakieś smakołyki. Najwyraźniej musiały być wyjątkowo apetyczne, skoro nie zauważył, że powoli się do niego zbliżam. Teraz tylko posiłek mógł przywrócić mi siły, a tym samym uratować życie. Naprężyłem kręgosłup, przygotowując się do ataku. Łapa za łapą, bezszelestnie podchodziłem coraz bliżej. Serce waliło mi jak szalone. Wzrok wbity w jeden punkt. Ofiara zdawała się nie być świadoma, zbliżającego się niebezpieczeństwa. Niespodziewanie szarak poruszył uszami. W ułamku sekundy zwierzę pędem rzuciło się do ucieczki. Zając pomknął przez las. Tyle było z polowania.
-A niech to!-syknąłem ze złością w głosie.
Gdybym wcześniej przypuścił atak, prawdopodobnie nie burczałoby mi teraz w brzuchu. Co za niefortunny zbieg okoliczności. Że tez zwierzę musiało się tak szybko zorientować. Cóż. Widocznie los tak chciał. Niepocieszony wznowiłem poszukiwania drogi do domu. Raz na jakiś czas zatrzymywałem się aby zbytnio się nie zmęczyć. Teraz byłem zmuszony oszczędzać siły. Bogowie jednak nie pozwolili mi umrzeć. Wkrótce potem znów znalazłem się przy brzegu rzeki, gdzie mogłem zaspokoić pragnienie.
Słońce odbijało się w czystej, źródlanej, falującej wodzie. Poczułem lekki, ciepły wiatr na swojej sierści. Idąc wzdłuż rzeki z pewnością dotrę do norowiska. Zauważyłem wielką jaskinię do której spływała woda. Wiele już słyszałem, o tym jakże tajemniczym, niezbadanym miejscu. Wśród lisów krążyły legendy głoszące, że mieszka tam zjawa. Zawsze fascynowały mnie opowieści dotyczące nawiedzonych terenów, choć szczerze powiedziawszy ani trochę nie wierzyłem w takie bzdury. Sądziłem że to tylko przereklamowane, stare, niewinne, zmyślone bajeczki, które wymyślają dorośli żeby straszyć nimi szczenięta.
***
Oparłem bezmyślnie łapę o kamień zaglądając do jaskini. Nagle kamień się obsunął, a ja wpadłem do wody. Prąd rzeczny porwał mnie do szczeliny między głazami. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam był wielki wodospad wpływający do jaskini. Na jakiś czas straciłem przytomność. Po przebudzeniu leżałem na twardym, kamiennym podłożu.
-Kto tam?-niespodziewanie usłyszałem cichy, dziecięcy głos.
-Kto tu jest?!-zaskoczony rozejrzałem się dookoła.
W jaskini nie było żywej duszy. Przyznaję że nieco się przestraszyłem. Po karku przeszedł mi lekki dreszcz.
-Gdzie jesteś? Pokaż się!-powiedziałem drżącym głosem.
Nastała cisza. Czyżbym zbyt mocno uderzył się w głowę? Może to wszystko to tylko wytwór mojej wyobraźni? Prawdę mówiąc bardzo chciałem żeby tak było. Często najprostsze rozwiązania są najlepsze, ale czasem musimy dopuścić do siebie inne możliwości. Życie pisze różne scenariusze. Nigdy nie wiemy co może Nas spotkać.
-Jestem wszędzie...-odezwał się znów głos.
A więc nie zwariowałem. Ktoś naprawdę był tu ze mną.
-Jak to jesteś wszędzie? Nie rozumiem...-stwierdziłem z lekkim zakłopotaniem.
-Nie zobaczysz mnie jeżeli nie uwierzysz...
-Jak to nie zobaczę? W co mam uwierzyć?! Powiedz mi!
Po chwili dotarło do mnie, o czym mówi głos.
-Ale...-wyjąkałem przerażony-Ty, Ty... Jesteś... Duchem?
-Tak.
Zupełnie nie wiedziałem co mam zrobić. Uciekać czy zostać? Rozmawiać czy milczeć? Za dużo tego wszystkiego!!
Nagle mym oczom ukazała się biała lisiczka, o pięknych szmaragdowych oczach. Miała piękne, puszyste, długie futro i lekko zaostrzone końcówki uszek.
-O rany. Ale mnie wystraszyłaś.-uśmiechnąłem się-Czemu się chowałaś i udawałaś że jesteś duchem?
Lisiczka popatrzyła na mnie zaskoczona.
-A Tobie co się stało? Naprawdę super wymyśliłaś ten numer.-podszedłem bliżej.
Chciałem trącić ją nosem ale... Nie dotknąłem jej... Po prostu nic nie poczułem...
-Czyli to nie kłamstwo? Naprawdę jesteś duchem...-stęknąłem otwierając szeroko oczy.
No i czar radości prysł! Zaiste była to sytuacja dość niezręczna. Powiedzmy sobie szczerze.  Kto by zareagował inaczej, dowiadując się, że właśnie rozmawia ze zjawą. Postanowiłem jednak zebrać się na odwagę i porozmawiać z duchem. W końcu nie wyglądała groźnie. Była nawet miła. Myśląc o gościach zza światów, raczej spodziewałbym się strasznych upiorów niż niewinnych szczeniąt.
-Cóż, skoro już się spotkaliśmy to może się przedstawię. Jestem Nabirie, a Ty?
-Ja już nie mam imienia...-odparła ze smutkiem lisiczka-W każdym razie go nie pamiętam.
Zauważyłem na jej pyszczku skruchę.
-Dlaczego nie uciekasz?-spytała po chwili.
-A ktoś wcześniej tu przychodził?
-Tak, ale rzadko. Zwykle gdy tylko się odzywam to od razu uciekają...-mruknęła zjawa-Ale Ty się mnie nie boisz?
-Nie. A powinienem?
Duch cicho zachichotał. Widać było że rozbawiła go ta cała sytuacja.
-Raczej nie...-biała lisiczka lekko się uśmiechnęła.
-Od kiedy tu jesteś?
-Tego niestety też nie pamiętam, ale wydaje mi się, że tutaj zginęłam. Coś mnie trzyma przy tym miejscu. Chciałabym móc znowu żyć. Wiem że bardzo lubiłam rozmawiać z innymi lisami...
-To masz szczęście. Ja bardzo chętnie z Tobą porozmawiam.-pocieszyłem ducha.
-Hm. To bardzo miło z Twojej strony.-lisiczka wyglądała na bardzo podekscytowaną faktem, że w końcu ma towarzystwo.
-Jeżeli jesteś duchem to pewnie wiesz co leży na dnie rzeki. Jest bardzo małe i błyszczące... Coś Ci o tym wiadomo?-zagadnąłem.
Przez cały dzień dręczyło mnie to pytanie, toteż uznałem, że nie zaszkodzi zapytać.
-Tak, wiem. To zwykła, metalowa puszka, zakopana w piasku pod wodą.-odparła lisiczka.
Z jednej strony ucieszyłem się że poznałem prawdę, o niezwykłym przedmiocie (który jak się okazało wcale nie był taki wyjątkowy), a z drugiej strony miałem świadomość tego iż ryzykowałem życie dla jakiegoś głupiego kawałka metalu. Choć gdybym nie skoczył wtedy do rzeki, to teraz nie rozmawiałbym z duchem lisiczki. Zastanawiało mnie dlaczego tutaj nadal jest? Co ją tu trzyma? Jedno było pewne. Bardzo, ale to bardzo chciałem jej pomóc. Nie zasłużyła sobie na taki los.
-Wiesz-zacząłem-Mi mama mówiła że gdy duchy chcą przejść na drugą stronę, to powinny iść w stronę światła.
-Takiego jak słońce?
-Nie. Raczej nie. Podobno jest... Bardzo jasne i białe... W sumie to nie wiem jak to całe światło wygląda. Gdybym wiedział to bym Ci to wszystko wytłumaczył...-odparłem.
-Widzisz je gdzieś tutaj?
-Skąd mam to wiedzieć? Przecież nie wiem jak wygląda...-stwierdziła zjawa.
-Skoncentruj się, może Ci się uda.-doradziłem.
Nagle duch zapatrzył się w jeden punkt.
-Dlaczego wcześniej go tu nie było?-spytała zjawa.
Po chwili namysłu odparłem-Wydaje mi się że go nie widziałaś, bo w ogóle nie wierzyłaś, że istnieje.
Lisiczka popatrzyła na mnie i promiennie się uśmiechnęła.
-Masz racje. Naprawdę masz race, widzę je!!
-Do widzenia Nabirie! Miło mi było Cię poznać. Mam nadzieje, że się kiedyś spotkamy. Nigdy Cię nie zapomnę!-lisiczka pomknęła gdzieś i zniknęła.
Przyznaję że trochę mi było przykro. Dopiero się poznaliśmy i od razu musieliśmy się rozstać. No cóż. Nic na to nie poradzę. Ona nie należała już do tego świata.
Nagle przypomniałem sobie, o wszystkich zdarzeniach, które spotkały mnie wcześniej i znów, tym razem po raz ostatni obiecałem sobie, że WRÓCĘ DO DOMU.
Kilka minut później udało mi się wyjść z jaskini. Niespodziewanie mym oczom ukazała się... Mama.
-Mamo!-pobiegłem do lisicy.
Oczywiście musiałem uważnie wysłuchać pouczenia, dotyczącego mojego jakże nieodpowiedzialnego zachowania, napatrzeć się na łzy radości mojej rodziny i obiecać, że już nigdy tak nie postąpię. Zastanawiałem się gdzie teraz jest dusza lisiczki. Zapewne trafiła do lisiego nieba. Mam nadzieję że jest jej tam dobrze. Tak naprawdę nie wiem dlaczego na początku tak bardzo się bałem.

środa, 22 marca 2017

Od Floxii CD opowiadania Lori

Szczerze mówiąc, niezbyt podobał mi się ten pomysł.
- No dobrze, ale gdzie znajdziemy takich ludzi? – zapytałam moją towarzyszkę.
- Nie wiem… Trzeba będzie gdzieś poszukać – taką usłyszałam odpowiedź. Nagle kolejny z uwięzionych lisów odezwał się:
- Musicie się wydostać z tej hodowli. Jest ona ukryta w środku puszczy, ogólnie mało rzucająca się w oczy, więc większość ludzi o niej nie wie. Spróbujcie znaleźć jakiś chodnik, to taka ścieżka dla ludzi, nie wiadomo po co. Ale tam jest ich więcej. Może uda wam się zwrócić na siebie uwagę i jednego tutaj przyprowadzić…
***
Stałyśmy na środku ludzkiej, brukowanej drogi. Teraz trzeba było obmyślić jakiś węższy plan.
- Ukryjemy się w tych krzakach, a kiedy będzie przechodził jakiś człowiek wyjdziemy i spróbujemy… Skomleć? – zadałam retoryczne pytanie, nie wierząc właściwie, by cokolwiek miałoby się udać. Ale tak też zrobiłyśmy. Po chwili jakiś dwunożny przemierzył drogę. Ostrożnie wyszłam, a później zaczęłam wydawać z siebie odgłosy. Ten jednak krzyknął, odskoczył i pobiegł dalej, paplając coś o wściekliźnie. Warknęłam sama do siebie i znowu wskoczyłam do kryjówki.
Mimo wielu prób większość ludzi zachowywało się tak samo. W końcu musieliśmy jednak natrafić na dobrego.
- Lis! Ojejku, przepraszam, nie masz wścieklizny. Masz szczęście, że jestem weterynarzem. Co się stało? – z ust kobiety wydobył się ciąg słów. Szczeknęłam do Lori, która natychmiast wyłoniła się z krzaków i pobiegła w las, drogą prowadzącą do pseudohodowli. Ja podążyłam za nią, co jakiś czas obracając się do naszej nadziei. Szła za nami! Po chwili byłyśmy pod budynkiem.
- Co to za tereny? Nie mogę tam wejść… - powiedziała ostrożnie samica człowieka. Rzeczywiście, z zewnątrz wyglądał on trochę jak normalna, nie wzbudzająca ciekawości budowla. Jeszcze raz szczeknęłam do dwunożnej i weszłam przez furtkę. Ona oglądnęła się i ostrożnie pobiegła za mną. Stanęłam koło Lorianny – pod drzwiami.
- Naprawdę, przykro mi, liski… Jezu, jaka ja jestem głupia – wchodzę na prywatne tereny za dwoma lisami… I jeszcze do nich gadam! - tłumaczyła się. Lori nie czekając dłużej podskoczyła do góry i nacisnęła klamkę. Jakimś cudem udało się jej ją otworzyć.
- Ojej… Już was rozumiem - wybełkotała dwunożna. Nagle gdzieś daleko rozległy się czyjeś kroki.
Pomogę wam, wezwę fundację ratującą zwierzęta – dodała jeszcze i szybko ulotniła się z miejsca. My natomiast zdążyłyśmy jeszcze wskoczyć w krzaki. Zza rogu wyszedł okropny hodowla, niczego nie świadomy.
- Myślisz, że rzeczywiście to zrobił? – zapytała się mnie Lori, kiedy już się oddalił.
- Może… Z ludźmi nie ma co zakładać, ale ja trzymam ją za słowo.

Niech będzie... Lori?

Od Pelikara CD opowiadania Silette

Rzuciłem spojrzenie na odchodzącą w stronę swojej norki Silette. Czułem, że czas który z nią spędzam jest lepszy niż jakikolwiek inny...
Odwróciłem z powrotem głowę by móc widzieć dokładnie gdzie idę... a gdzie ja w ogóle idę?! Pytanie dnia... Yyy pójdę na polowanie i git.
Zacząłem truchtać w stronę rzeki, bo jak łatwo się domyślić - wszystkie zwierzęta muszą tam przyjść i się napoić. Po kilku minutach stałem już koło brzegu rzeki obserwując kilka tłustych zajęcy. Zacząłem skradać się powoli w ich stronę. Mech po którym szedłem nie szeleścił tak jak trawa, więc nie zdradzał zbytnio mojej obecności. Ustalenie celu, oddech, ostatnie poprawki i skok... Przekułem swojej ofierze tchawice i odczekując chwilę zacząłem ją pałaszować. W pewnym momencie mój wzrok przeniósł się na pobliskie rośliny, niby nic , ale wśród nich kryły się piękne nieduże kwiatki.
- A gdyby tak podarować je Sil? Ale oczywiście tak by tego nie zauważyła... - szepnąłem cicho do siebie.
Po chwili obok mnie leżał stosik leśnych kwiatów i innych roślin. Udało mi się złapać je tak by się nie rozpadły i pobiegłem jak najszybciej w stronę norki lisicy.
- Spokojnie, ona nie może mnie usłyszeć jeśli będę cicho... - pomyślałem.
Położyłem bukiet tuż obok wejścia do jej norki i ukryłem się w pobliskich krzakach by móc zobaczyć jej reakcje.
Sil? Milo coś do Ciebie czuje...

wtorek, 21 marca 2017

Od R. - "Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni"

Zaciągnąłem się świeżym powietrzem po deszczu. Uwielbiałem ten zapach, naprawdę. Sam nie wiem, czemu. Przywoływał wspomnienia. Tak… to było to, dokładnie to. Niczego już do szczęścia nie potrzebowałem. No może kogoś do towarzystwa. No, R., strzel sobie baranka w ścianę. Może pomoże. Przecież ty nie potrzebujesz nikogo innego do szczęścia. Niezbyt patrzyłem na to, gdzie stawiam łapy – szczerze mnie to nie obchodziło. Trawa, ziemia, mech. Jeszcze nie wlazłem na żadną szyszkę, co mogę uznać za swój osobisty sukces. Ani nie wpadłem na żadne drzewo. No nic, tylko pogratulować.
To, że wyszedłem poza tereny sfory poznałem po zapachu; zmienił się dość znacząco. Z ciekawości aż zastrzygłem uszami – gdzie jestem? Jak daleko zaszedłem? Czy ktoś tu był przede mną? Przed moimi oczami rozciągał się przepiękny widok – było to pole pełne wrzosów. Niemożliwe, żeby Ace i Chalize to pominęli podczas wyznaczania terenów sfory… Przecież tu jest tak pięknie. Tak cudownie. Gdybym był trochę bardziej znaczący, właśnie tutaj założyłbym sforę. Ale nie jestem i mogę sobie o tym tylko pomarzyć. Zresztą, coś mi tu nie gra… takie piękne tereny i niczyje? Huh, aż podejrzane. Może głębiej coś znajdę, jestem na samych obrzeżach. Może… Jeśli byłyby niczyje, chętnie bym je przejął dla siebie. To byłoby moje sekretne miejsce. Powiedziałbym o nim tylko swojej partnerce i dzieciakom. Ehh, R., ty stary durniu… Nie ma co sobie robić nadziei. Chociaż, to miejsce naprawdę wygląda na zapomniane…
Pijemy za lepszy czas
Za każdy dzień, który w życiu trwa
Za każde wspomnienie, co żyje w nas
Niech żyje jeszcze przez chwilę

Nucąc cicho maszerowałem do przodu, nie myśląc przy tym zbytnio. Postanowiłem całkowicie zaufać swoim zmysłom oraz łapom, przecież jeszcze na nic nie wlazłem, a to dobry omen. Poza tym tak ładnie pachniało, to nie może być złe miejsce. Wracając narwę tych wrzosów dla pewnej szczególnej dla mnie lisicy. Mam nadzieję, że się nie obrazi ani nie uzna tego za podryw. To podziękowanie. Podziękowanie za tak długą drogę, którą przeszliśmy razem. Woah,,brzmię jak jakiś opętany poeta. Coś poszło nie tak. Teraz tylko czekać, aż zacznę pisać wiersze i gadać bardziej poetycko… „Czy mogłabyś, droga Alegorio, podać srebrny kielich?” Haha, dobrze brzmi. Ciekawe, co powie na to reszta sfory. Pewnie będą nieźle zdziwieni. Albo pomyślą, że coś mi się w głowie poprzewracało. Cóż… druga opcja jest jakby… bardziej prawdopodobna? Uznajmy.
Nagle poczułem jakąś ostrą, kłującą w nozdrza woń. To zdecydowanie nie był zapach wrzosów. Cuchnęło zgnilizną i krwią, a także potem, który wydziela bardzo ostrą i niemiłą woń. Jestem skłonny stwierdzić, że pachniało jakimś starym, dogorywającym lisem. Gdzie jest ten biedak? Ostrożnie zrobiłem kilka kroków w przód, a następnie wyciągnąłem łeb w wiatr, aby móc coś wywęszyć. Woń lisa zdawała się zbliżać z zachodu. Tak, zdecydowanie to był zachód. Powinienem tam iść, czy raczej zostać i cierpliwie czekać na to, co się stanie? Czekanie nie jest w moim stylu.
Po około piętnastu minutach marszu wreszcie dane mi było ujrzeć jego postać: to był stary, schorowany lis, z bielmem na oku. Jego sierść musiała być kiedyś ruda, ale teraz było w niej tyle ubytków i była tak wypłowiała, że koloru można się było domyślać jedynie po uszach i łapach. Jego kły były pożółkłe od mięsa, a w oczach kryła się iskra… szaleństwa? Brr. Nienawidzę takiego spojrzenia. Wolałem nie zwracać na siebie uwagi tego osobnika, ale moja wrodzona niezdarność zrobiła swoje. Cofając się, wlazłem na młody krzaczek, który pękł pod moim naciskiem, wydając z siebie charakterystyczny trzask.
Nie wiem, na co liczyłem. Że nie usłyszy? Że się nie przejmie? Łeb lisa od razu skierował się w moją stronę, przez co coś strzyknęło mu w karku, a z ust pociekła strużka śliny. Piany. Kij wie co. W każdym razie wolałem tego nie dotykać. Położyłem po sobie uszy i ostrożnie zacząłem się wycofywać  w stronę naszych terenów, ale lis najwyraźniej nie zamierzał rezygnować z tej jakże świetnej rozgrywki, jaka była walka z lisem w kwiecie wieku. Spojrzał na mnie tymi swoimi przekrwionymi oczami szaleńca i zaczął… przesuwać się w  moją stronę. Nie wiem, jak to inaczej nazwać. Lis ten bowiem kulał tak bardzo, że omijał prawie wszystkie łapy podczas chodzenia. A w dodatku wydawał taki niezbyt przyjemny dźwięk. Nie mam pojęcia czemu wtedy się nie wycofałem, po prostu coś kazało mi tam zostać i czekać na i tak nieuniknioną konfrontację. Z obawy tylko odsłoniłem kły i uniosłem kitę do góry, choć wiedziałem, że to i tak nic nie da.

Czy w bezsilnej złości łykając żal 
Dać się powalić 
Czy się każdą chwilą bawić 
Aż do końca wierząc, że 
Los inny mi pisany jest 

Lis był już na tyle blisko, że mogłem policzyć szramy na tym jego szkaradnym pysku. Około siedmiu.
- Co tu robisz, bachorze? - zawarczał, opluwajac mnie przy tym śliną. Jego pozycja wykazywała wolę walki.
Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, ale obcy postanowił mnie oświecić – przesunął łapą po moim policzku, zanim zdążyłem się odsunąć. O nie. Chce walki, to będzie ją miał. W jednej chwili skoczyliśmy sobie ku gardeł, ja miałem szczęście – moje pazury zaryły o jego i tak już poraniony tors. Lis parsknął ze wściekłością i w rewanżu zacisnął kły na mojej łapie. Aż zaskomlałem. Wiem, że nie miałbym szans się wyrwać, więc spróbowałem innej metody: napierałem… napierałem… i napierałem. Wkrótce samiec leżał na ziemi, na plecach, w tak przegranej pozycji. Jego szczęki były rozwarte do granic możliwości, a on sam skomlał i piszczał. Jego tylne łapy uderzały o mój brzuch, zostawiając na nim głębokie na kilka centymetrów zadrapania. Ale nie. Ja się nie poddam.
***
Trzask, ten obrzydliwy trzask… Jego krew trysnęła na moje futro, a on wydał ostatni, żałosny skowyt. Nie żyje. Kurwa, zabiłem go! Zabiłem lisa… Na jego własnych terenach. Utykając i plując krwią udałem się na tereny sfory, aby powiadomić wszystkich o ten nowinie.

Od Silette.CD.Opowiadania Pelikara

Zawołałam Pelikara i ruszyłam w stronę jaskiń które znalazłam. Westchnęłam głośno i weszłam do rzeki żeby się ochłodzić. Moje futro było gorące ale kiedy powoli podeszłam do wody poczułam ulgę. Milo wszedł za mną. Położyłam się  płasko koło wody. Były już upały. Po chwili zmieniłam zdanie i wskoczyłam do wody ochlapując Pelikara. Umiałam pływać i bardzo to lubiłam. Przeciągnęłam się i wyszliśmy z wody. Szybko wysuszyłam futro i stanęłem na tle zachodzącego słońca. Nie długo będą gwiazdy. Poszliśmy jeszcze po modły aby złożyć je Paradise. Kiedy szliśmy w tamto miejsce pojawiły się dwie gwiazdy. Uśmiechnęłam się.
-To moje ulubione miejsce-powiedziałam
Było pięknie, gwiazdy rozjaśniały ciemną noc. Usiadłam,kiedy miałam rok albo mniej przychodziłam obserwować gwiazdy. A może to te same gwiazdy które obserwowałam z domu? Poczułam tęsknotę.
-Moja rodzina byłaby ze mnie dumna-szepnęłam.
Patrzyliśmy w gwiazdy. A ja przez chwilę miałam łzy w oczach. Pelikar siedział obok mnie. Dobrze że mam towarzystwo. Popatrzyliśmy sobie w oczy.
-Przynajmniej jego mam-pomyślałam
Mam przyjaciela. Opuściłam na chwilę wzrok. Obejrzałam jeszcze raz niebo. Gwieździste niebo.  To te same gwiazdy.
-Musimy już wracać.-szepnęłam ale usłyszał
Kiwnął głową i pobiegliśmy do swoich nie.
***
Kiedy się obudziłam przypomniałam sobie o wczoraj. Wstałam i zjadłam,po chwili pobiegłam do Milo. Też wstał ale był zdziwiony moją obecnością. Poszliśmy na spacer i spotkaliśmy miejsce na którym obserwowaliśmy gwiazdy. Uśmiechnęliśmy się smutno. Popatrzyliśmy na siebie w tym samym czasie. Westchnęłam i wbiegłam na najbliższe drzewo. Milo wbiegł za mną. Przeszliśmy przez plątaninę gałęzi i skoczyłam do wody. Jezioro było płytkie ale nic mi się nie stało. Pelikar także skoczył i wylądował obok mnie. Ochlapaliśmy się nawzajem. Woda była chłodna co było idealne. Ja położyłam się na plasku a Milo dalej pływał. Kiedy wyszedł był cały mokry. Wytrzepałam futro z piasku. I pobiegliśmy w stronę nor.
Milo?:)

Od Floxii CD opowiadania Cany

- Co się stało? – zapytała zdziwiona Cana.
- Popatrz… Przed chwilą znalazłam taki kamień, postanowiłam zabrać go ze sobą - lisica tłumaczyła z podnieceniem – Widzisz te napisy na nim? Są takie same, jak na tym głazie
- To wygląda… Magicznie. Musimy natychmiast dowiedzieć się o tym coś więcej!
- Możemy pójść do naszej alfy, ona pewnie będzie coś wiedziała – samica skierowała się do legowiska alf, a jej przyjaciółka oczywiście podążyła za nią. Po dotarciu do celu, widząc przewodniczkę stada Floxia wystrzeliła prosto z mostu:
- Chalize, widziałaś kiedyś taki kamień?
- Nie, to znaki runiczne, coś ciekawego… Nie mam teraz czasu, ale i tak nie powiem wam nic więcej. Radzę wam iść do Znachora, on może znać się na takich rzeczach – odpowiedziała samica.
- Gdzie możemy go znaleźć?
- Zwykle w jego jamce, w norowisku – odpowiedziała alfa, po czym na nowo zajęła się swoimi sprawami. Dwie przyjaciółki podążyły tymczasem do wskazanego przez nią miejsca. Już po chwili do niego przybyły. Przeglądnęły wszystkie nory, które stały na ich drodze. Znalazłszy Znachora w jednej z jam od razu wzięły się do działania.
- Dzień dobry! Można się o coś zapytać? – tym razem to Cana pierwsza zagabnęła.
- W czym rzecz? – samiec zwrócił na wzrok na lisice.
- Znalazłyśmy taki kamień… W dodatku w opuszczonej wiosce na jednym z głazów wyryte są te same znaki. Co to jest?
- O, na Moona! To kamień runiczny. Posiada moc rzucania zaklęć. Ale działa on tylko wtedy, kiedy na w bliskości swój większy odpowiednik, najprawdopodobniej tego znajduje się właśnie w opuszczonej wiosce. Ponadto, trzeba znać zaklęcie i wypowiedzieć je. Legenda mówi, że dawno temu gdzieś na terenach puszczy istniała wielka księga zaklęć, ale Acoose, jeden z bogów pewnego razu wykradł ją. Na szczęście, niektóre karty z zapisanymi zaklęciami wypadły z niej, rozsiewając się po całym lesie. Wcześniej w to nie wierzyłem, ale widząc ten kamień mogę stwierdzić, że to prawda – opowiedział rudy, po czym dodał – Musicie znaleźć te karty. A teraz sio, robię niezwykle ważną miksturę. Aha, i jeśli coś odkryjecie, koniecznie dajcie mi znać!
Lisice wybiegły z nory, po czym popatrzyły na siebie z oniemieniem.
- To co robimy? Szukamy? – zapytała Floxia.

Wyszło tak… Tak źle, według mnie. Ale cóż, niech już będzie ;) Cana?

Od R. CD opowiadania Ayumi

Odchrząknąłem cicho, aby zwrócić na siebie uwagę innych lisów. Szczerze mówiąc, nie było to specjalnie trudne zadanie – mój głos był donośny, nawet jeśli mówiłem szeptem. Nie zawsze mi się to podobało, ale nigdy na to nie narzekałem. Taka to moja natura.
- Posłuchajcie mnie! - Dla większego rozgłosu zarzuciłem głową do tyłu, by wiatr mógł ponieść moje słowa.
Uszy wszystkich lisów skierowały się w moją stronę. I co ja mam im teraz powiedzieć? Uh, nie cierpię takich przemówień. Może po prostu powiem: „o, patrzcie, mamy nowego członka sfory! Ma na imię Ayumi i teraz powie wam kilka słów o sobie...” i ucieknę. Niee, to było zbyt tchórzowskie, nawet, jak na mnie. Trzeba się było z tym pogodzić, że jeśli już zwróciłem czyjąś uwagę, muszę opowiadać.
- No więc… eee… - Spróbowałem cokolwiek z siebie wydusić, jednak żadne słowo nie wydostało się z mojego pyska. Rzuciłem Ayumi rozpaczliwe spojrzenie, nieme błaganie o pomoc, jednak ona tego nie zauważyła. - Mamy nowego lisa, a właściwie lisicę w sforze. Ma na imię Ayumi i stoi obok mnie.
Pokazałem łapą na stojącą obok mnie samicę. Cała uwaga skupiła się na niej – świetnie, właśnie tego chciałem.

Ayumi? Koniec.


Od Lori CD opowiadania Floxi

Leżałam otępiała na zimnej podłodze klatki, chyba pierwszy raz byłam w tak ciasnej klatce... zawsze byłam na wolności... by skończyć tutaj? Nie to niemożliwe... a jednak, wszystko wskazywało, że miałam jedynie dwa dni życia. Mimowolnie spojrzałam na swoich 'towarzyszów' niedoli - setki lisów pogodzonych ze swym losem. Tylko gdzie jest Flox? Nie widziałam jej od czasu gdy nas tu wiedziono... A co jeśli... Nawet nie chcę o tym myśleć. Zawrzała we mnie nienaturalna złość. Zaatakowałam kraty, próbując wygryźć się na wolność - mimo iż wiedziałam, że to praktycznie niemożliwe. Kilka lisów podniosło głowy z płomykiem nadziei w oczach. Nagle w głębi korytarza rozległo się ciche wołanie:
- Lorianno, Lorii…. To ja, Flox!
- Tutaj jestem! - odpowiedziałam, a po chwili przed drzwiami klatki stała znana mi lisica.
Wszystkie lisy zaczęły przyglądać się Flox, a jeden czy dwa szepnęły "Ratunku!".
- Wiesz jak się stąd wydostać? - zapytałam.
- No... Trochę?
- To jest pytanie? - lekko się zaniepokoiłam.
Flox już otworzyła pyszczek by mi odpowiedzieć, ale jakiś lisek z pobliskiej klatki nam przerwał:
- W tamtej skrzynce są wytrychy! - i wskazał w głąb korytarza.
Flox pobiegła w tamtą stronę by po chwili przynieść kilka dziwnie wyglądających à la narzędzi.
- I co z tym zrobić? - lisica podniosła jedno z nich.
- Przecież to jest łom!
- To źle?
- Wręcz przeciwnie, to coś może powadzić drzwiczki klatki i uwolnić... nas.
Zdałam sobie sprawę, że jeśli Flox uwolni mnie to trzeba będzie uwolnić również całą resztę.Lis o nieznanym nam imieniu powiedział dokładnie jak używać tego całego łomu, więc lisica włożyła go (łom) w szparę pomiędzy drzwiczkami, a ścianą i... coś szczęknęło i byłam wolna. Od razu jak tylko wyszłam wszystkie lisy zaczęły prosić o uratowanie ich.
- Ich jest za dużo... - szepnęła Flox.
- Ale nie możemy ich też tu zostawić... - dodała po chwili.
- Mam pomysł! - powiedziałam.
- Jaki?
- Zwalczymy ogień ogniem!
- Ogień chyba nie pozwoli nam otworzyć setek klatek, a do tego jest niebezpieczny...
- Nie o to mi chodziło...
- To o co?
- Wiesz... na świecie są dwa rodzaje ludzi: ci którzy robią lisom krzywdę i ci dobrzy którzy nam pomogą. - starałam się jakoś to wytłumaczyć, ale Flox spojrzała się na mnie wzrokiem 'zły pomysł'.
- Kiedyś ( co jest dłuższą historią) udało mi się dowiedzieć, że łapanie lisów dla futra przez ludzi jest karane i może jakoś udało by nam się jakoś przywołać kogoś kto... - zaczął mi się plątać język.
- I co o tym sądzisz? - dodałam.

Flox?