sobota, 7 stycznia 2017

Od Chalize cd opowiadania Ace

Zamknęłam oczy rozkoszując się chwilą. Ace, ja i nasza malutka Elizabeth... Taak. Lepiej być nie mogło.
- Ace. - mruknęłam, przekładając ogon przez jego brzuch.
- Tak? - Uśmiechnął się do mnie. - Co, Chali?
- Kocham cię. - wyznałam. - Bardzo cię kocham. Ciebie i malutką.
- Ja ciebie też. - odparł cicho, jakby to było coś wstydliwego.
Mała, brązowa kulka leżała pomiędzy mnie i Fulco, wtulona w nasze ciała. Była taka bezbronna...
- Naprawdę zamierzasz uczynić ją alfą? - zapytałam z uśmiechem.
- A masz lepszą kandydatkę? - Ace wyszczerzył się. Był wyraźnie zadowolony z tego, że został ojcem.
Wtuliłam się w niego, jednocześnie przytulając też Lizzie. Tak. Lepiej być nie mogło.
- Chyba nie. - Wzruszyłam ramionami. - Po prostu myślałam, czy nie wolałbyś kogoś z lepszym pochodzeniem. No wiesz... Nieślubne dziecko alfy i gammy, która kiedyś mieszkała w klatce.
Spojrzałam na małą i delikatnie przytuliłam swój nos do jej noska. Taka kochana.

Ace?

Od Ace C.D. opowiadania Chalize

- Aż tak ci się spieszy? - uśmiechnąłem się trzymając nos przy kulce.
- Chciałabym już być w twojej jaskini, na legowisku.. - popatrzyła na mnie z niecierpliwością.
- No dobra, mała. Za chwilę. - bardzo delikatnie liznąłem mała istotkę. - Trzeba ją dokładnie otulić, bo nie może poczuć zimna. - mruknąłem sięgając pyskiem po bawełnianą chustę w kratę. Była ciepła i czysta. Idealna.
- Ty... Dużo wiesz, co? - parsknęła.
- Gdzieś o tym czytałem. - przewróciłem oczyma. Wolałbym nie mówić jej o ewentualnych moich potomkach wałęsających się gdzieś po świecie... Nic mi o tym nie wiadomo, ale myślę, że jest to w jakiś sposób możliwe... No nic.
Porządnie owinąłem małą i jedną łapą przytuliłem ją do swojego kołnierza.
- Znachooor! - zawołałem. Pojawił się po chwilce. - My już będziemy się zbierać.
- Jasne. Pilnuj tylko, żeby było im ciepło. Tato.
Puściłem wolno jego słowa.
- Dziękuję za wszystko. Jesteś świetny.
- Nie a za co. - z uśmiechem skinął głową - Teraz naucz się mówić w liczbie mnogiej, synu.

Całą drogę szedłem o trzech łapach. W czwartej trzymałem malutkie, śpiące zawiniątko. W końcu dotarliśmmy na miejsce. Chalize ułożyła się na naszym legowisku, a obok niej przystawiłem cały czas ciepłą, ale głodną jak wilczek Elizzie. Mała napełniła swój brzuszek ciepłym mlekiem, a po moim również rozlało się przyjemne ciepło. Czy to szczęście? Najwyraźniej.

Chalize?

piątek, 6 stycznia 2017

Od Chalize cd opowiadania Ace

Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Zasnęłam od razu, ukojona bliskością ukochanych lisów.
***
- Chalize? - Ace trącił mnie nosem. - Obudziłaś się już?
- Tak. - Ziewnęłam i spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek.
Lis wyszczerzył się do mnie i przyłożył nos do brzuszka szczeniaka. Malutka zakwiliła cicho i położyła obie łapki na jego pysku. Ace westchnął zachwycony córką i skupił swoją uwagę na mnie.
- Jest absolutnie cudowna. - odezwał się i liznął mnie po pysku. - Poprowadzi to stado w przyszłości. Będzie wielkim lisem.
- Niewątpliwie. - odparłam i popatrzyłam mu w oczy. Cieszę się, że był taki zadowolony z małej, zresztą ja też byłam.
Popatrzyłam na małą. Miała puszyste, brązowe futerko i niebieskie oczka. Na jej futrze nie było śladów krwi.
- Zająłeś się nią? - zapytałam.
- Tak. - odpowiedział rudzielec. - Jest piękna...
- Ace. - przerwałam mu jego opowieść  o wszystkich zaletach Lizzie. - Czy moglibyśmy iść już do domu?

Ace?

Od Ace C.D. opowiadania Chalize

Położyłem się na przeciwko mamy naszego dziecka.
- Prawda, że jest cudowna? - wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
Przed nami leżała mała, szara jeszcze kulka. Ślepa i bezbronna.
- Tak. - westchnęła Chalize lekko się uśmiechając.
- Jesteś bardzo zmęczona. Odpoczywaj. - spoważniałem na chwilę. Tyle szczęścia..!
- Lizzie już piła? - zmarszczyła brwi zamykając oczy.
- Tak. Piła. Śpij. - rozkazałem chwytając szczeniaka.
Położyłem się obok rudej, przykładając dziecko do mojej klatki piersiowej. Tak będzie jej ciepło.  Zasnęła leżąc na plecach. Taka maleńka..
Znachor postanowił dać nam spokój pogratulował mi ojcostwa i wyszedł.
Już sobie wyobrażałem to, gdy trochę podrośnie, będzie trzeba załatwić nauczyciela . To znaczy, że muszę wziąć się za szkolnictwo w naszym stadzie. Mnóstwo papierów. Będę uczył ją polować, walczyć, czytać i pisać, rządzić stadem... Mała alfa. No, a ja jestem ojcem. O Shan.. dziękuję.

Chalii?

Nowe szczenię!

Chalize urodziła! Szczenię ma na imię Elizabeth i przebywa pod opieką matki.

Od Chalize - Poród

Zacisnęłam zęby i położyłam się na boku, aby choć trochę zniwelować ból. Jakby z oddali dobiegł do mnie głos Znachora:
- Ace, dziewczyna ci rodzi. Leć po wodę i ręcznik.
- Żadna tam dziewczyna... - burknął rudzielec, ale nie odważył się nie wykonać polecenia.
Moje ciało zlał pot, niemalże czułam, jak temperatura w pomieszczeniu skacze do tysiąca stopni. W panice obrzuciłam całe pomieszczenie nerwowym spojrzeniem i zaczęłam oddychać. Szybko i nieregularnie, jakby to pomagało zwalczyć ból. I wiecie co? Nie pomagało.
- Chalize. - odezwał się cicho Znachor, siadając tuż przy mnie. - Oddychaj spokojnie. Będzie dobrze. Urodzisz piękną i zdrową córeczkę...
Aż krzyknęłam z bólu, kiedy odczułam mocne szarpnięcie w okolicach słabizny. Ktoś ścisnął moją łapę.
- Ace, postaw to tam. - polecił Znachor, zapewne wskazując jakiś kierunek. - Albo nie, daj to tutaj.
Alfa parsknął i ostatecznie postawił to, co przyniósł niedaleko mnie. Nie widziałam co, gdyż mój wzrok był utkwiony daleko za horyzontem. Jeszcze jeden, tym razem mocniejszy spazm i ucisk trochę niżej.
- To normalne, że jest tyle krwi?! - wykrzyknął Fulco, nerwowo ściskając to na przemian puszczając moją łapę.
- Tak, Ace, uspokój się. - odparł obojętnie medyk. Zapewne widział już wiele porodów i po prostu to nie robiło na nim większego wrażenia. - Ace! - warknął, gdy lis zaczął gorączkowo przebierać łapami w miejscu. - Na litość bogów, usiądź na dupie i nie przeszkadzaj!
Rudzielec rzucił mu niemalże nienawistne spojrzenie, a ja jękiem przypomniałam o swojej obecności i sytuacji, w jakiej się znajdujemy.
- Spokojnie, mała... - wyszeptał mi do ucha, ściskając po raz kolejny łapę. - Już za chwilkę...
- Łatwo ci mówić. - warknęłam z bólu i skuliłam się. Skurcz, ten cholerny skurcz!
Poczułam, jak Znachor wciska mi coś do ust, po czym mruknął:
- Połknij to. Przeciwbólowe.
Było gorzkie w smaku i niedobre, to był jakiś... liść? z dziwną papką w środku. Faktycznie, po tym bolało już trochę mniej, ale skurcze się nasiliły. Zaskowyczałam cicho i opadłam na słomę.
***
- Ace, zostaw! - pomruk Znachora wybudził mnie z swego rodzaju snu. - Jak chce, to niech odpoczywa. 
- Ale... - zaprotestował, po czym poczułam czyjąś obecność w okolicy moich zadnich łap. 
- Ostrożnie. - ostrzegł. - Jest bardzo delikatna.
Ktoś przełożył małą, puchatą kulkę do mojego pyska, a ja poczułam delikatne bicie serca.
- Gratulacje, Chalize. - Znachor uśmiechnął się szeroko. - Lizzie jest piękna.

Ace, dumny ojcze? :v

Od Danteya

Od paru dni na terenie na którym ostatnio spędzałem czas samotnie, zaczynało brakować zwierzyny. Żeby polować musiałem udawać się na coraz to dłuższe przechadzki. W końcu postanowiłem zmienić swoje otoczenie, bo z czasem mógł grozić mi głód. Wybrałem się w kierunku urodziwych łąk i pół. Wysokie kłosy trawy delikatnie muskały moje małe ciało. Melancholijna droga mijała mi bardzo flegmatycznie. Przypomniały mi się zdarzenia związane z moją niedoszłą partnerką. Venii była jedyną lisicą, z którą byłem stosunkowo blisko. Ostatecznie, nie doszło do niczego. Venii zginęła z rąk myśliwych i pewnie wisi teraz na ścianie jednego z nich jako trofeum. Niestety, taka jest rzeczywistość. Ludzie ingerują w sprawy przyrody. Chociaż nie powinni. Gorycz po stracie Venii był głęboki, ale krótki. Trzeba nauczyć się żyć z takimi rzeczami. Niektóre uczucia potrafią niszczyć psychikę, dlatego ja zawsze staram się ich wyzbyć.
Przeszedłem parę łąk rozmyślając o wszystkim. Zanim się obejrzałem zapadał już mrok.
- Ehh, muszę się pośpieszyć..- Skarciłem się i ruszyłem biegiem. Miałem przed sobą puste pole. Na horyzoncie nie było widać niczego, dlatego mój bieg naabrał zawrotnego tępa. Po parunastu minutach szybkiego ruchu zaczął kropić deszcz. Przekląłem w myślach i ruszyłem jeszcze szybciej. Po chwili zacząłem dostrzegać niewyraźne kształty. Deszcz lał niemiłosiernie, przeto zasięg mojego wzroku był znacznie słabszy. Gdy zbliżałem się do niewyraźnych kształtów, zaczynały one nabierać klarownych form.
- Wioska?
Wkrótce moje przypuszczenia sprawdziły się. Kształty okazały się być opuszczoną i zrujnowaną wioską.
Zwinnym i płynnym ruchem wbiegłem między budynki szukając schronienia przed ulewą, której zaczynały towarzyszyć błyski i grzmoty. Niektóre z budynków wyglądały na tak zdemolowane, że byle wiatr wystarczyłby do zrównania ich z ziemią, dlatego wolałem poszukać czegoś bezpieczniejszego. Latałem jak poparzony szukając schronienia. Po chwili znalazłem "dom", który wyglądał całkiem przyzwoicie. Porównując go do pozostałych domów w wiosce, oczywiście. Wskoczyłem pod parę zawalonych obiektów, które uniemożliwiały deszczowi zmoczenie mojego futra, które i tak już była mokre, ale chciałem już wyschnąć.
Deszcz zaczynał przemijać, a na niebie było widać gwiazdy. Aura panująca w opustoszałej wiosce byłą... dziwna? Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, chociaż niczego lub nikogo nie czułem. Bardzo dziwne wrażenie. Wyszedłem na zewnątrz i okrążyłem budynek. Nikogo, ani niczego co powinno zwrócić moją uwagę.
- Może tylko mi się zdawało.- Powiedziałem sam do siebie. Dałem sobie spokój z moimi przeczuciami i poszedłem schować się pod zawalone obiekty, żeby pójść spać.
Zostałem obudzony przez szelest liści. Mój sen był bardzo płytki, dlatego cichy odgłos zdołał mnie obudzić. Przyjąłem pozycję obronną i skradając się się wyszedłem ze swojego schronienia. To był lis. Wyczułem to. Jednakże nie wiedziałem jak był do mnie nastawiony. Dlatego nie przedłużając wyskoczyłem zza ściany z zębami na wierzchu i obronną pozycją. Nie chciałem zaczynać ataku, dlatego czekałem na ruch przeciwnika, który ostatecznie nie został wykonany. Moim napastnikiem okazała się być lis o niespotykanej rasie, mianowicie lis srebrny oraz potężnej budowie. Powoli wracaliśmy do neutralnych pozycji.
- Kim jesteś?- Zapytałem

(Silette dokończyłabyś :D?)

Nowy lis!

Powitajmy nowego lisa na naszych terenach, milczącego Danteya!



czwartek, 5 stycznia 2017

Od Chalize cd opowiadania Ace

- Ace... Boli... - jęknęłam, wciskając się w jego futro.
- Chali, nie kręć się tak. - wymamrotał nerwowo. - Niosę cię do Znachora, wytrzymaj...
Łatwo mu było mówić! Powoli trafiłam siły, ale Ace zbliżał się już do Znachora. Zza drzwi jego nory wyglądał rudy pysk.
- Znachor! - zawołał Fulco, ściskając mnie kurczowo w łapach. - Szybko!
Znachor w kilku susach znalazł się tuż przy mnie i ostrożnie mnie podniósł, tym samym odciążając Ace.
- Nic nie rozumiem... - mruknął. - Miała rodzić dopiero jutro...
- Znachor. - zamyślił się Ace, wnosząc mnie do nory Znachora. - Która jest godzina?
- Jakaś dwudziesta druga, a co? - odparł i ułożył mnie na posłaniu.
Zacisnęłam powieki i cicho jęknęłam, zwracając na siebie uwagę. Fulco uklęknął tuż przy mnie.
- Spokojnie, malutka... Będzie dobrze. - uspokajał mnie, delikatne ściskając moją czarną łapę.

Ace? Musimy to jakoś przedłużyć :v

Od Ace C.D. opowiadania R i Chalize

Stanąłem jak wryty patrząc to na prawdopodobnie rodzącą lisicę, to na cwanego rudzielca wychodzącego zza krzaków.
Lis podczas porodu zawsze sobie poradzi, a to dopiero początek, więc...
- Czego tu szukasz?-warknąłem w jego stronę czując jak włos na karku staje mi dęba.
- A nic. Bez spin, wujek. - uśmiechną ł się robiąc krok bliżej, który natychmiast skomentowałem cichym powarkiwaniem.
Chyba włączył mi się instynkt rodzicielski czy coś takiego, który nakazywał mi bronić leżącej Chalize.
- Hej, macie tu stado, tak? - obcy nic sobie z tego nie robił.
Wyprostowałem się i cicho westchnąłem.
-  Jesteś na terytorium naszego stada. Czego tu szukasz?
- Miejsca zamieszkania.
- Zgubiłeś? - zaśmiałem się.
- Powiedzmy, że jeszcze nie odnalazłem. - wyszczerzył się.
- Ace... - jęk lisicy przypomniał mi o sytuacji w jakiej się znajdowaliśmy.
- O jeny.. - syknąłem łapiąc się za głowę. Przez chwilę o niej zapomniałem... - Słuchaj.- zwróciłem się do nowego. - Jestem Ace, przywódca stada. - podałem mu łapę
- R. - rzucił krótko
- Jak? - skrzywiłem się myśląc, że zwyczajnie słuch odmówił mi posłuszeństwa, co zdarza się wybitnie rzadko.
- Krótko. R. - wzruszył ramionami.
- Ambitnie.. - przytaknąłem zamyślając się na chwilę.
- ACE, JA TU RODZĘ. - przypomniała się ruda. Rzeczywiście. Odeszły jej wody. O Shan!
- Racja. - przytaknąłem w jej stronę. - R, poprosiłbym cię o przysługę. Proszę, idź do końca tej ścieżki i skręć w lewo. Nie! W prawo. - poprawiłem się. - Następnie przechodzisz przez most na rzece i po prawej, obok jarzębiny, jest taka mała jaskinia. Biegnij tam i powiedz lisowi który jest w środku, że zaraz przyprowadzę tam rodzącą Chalize. Niech się przygotuje. Zapamiętasz?
- A czy nazywam się R? - parsknął
- No nie wiem. - uniosłem brew. - biegnij już.
Sam delikatnie uniosłem rudą w powietrzu i zaniosłem doo Znachora.

R? Chalize?