niedziela, 11 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori + ślub

- Lori, żyjesz?! - mój głos był pełen paniki. Stałem bowiem przed półśpiącą, rudą wybranką leżącą pod krzakiem dzikiej róży. Niby nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jeszcze wczoraj wieczorem smacznie odpoczywała w łóżku będącym częścią wyposażenia naszej skromnej norki, na dodatek dzisiaj stawała się oficjalnie moją żoną - czekał nas ślub. Nic jeszcze nie jest przygotowane!
- Jesteś! - oznajmiła wybranka, jakby nie było to oczywiste. Przy tym z miejsca zerwała się z ziemi, głośno wydychając powietrze.
- Miałaś zły sen? - zapytałem z czułością - Ale że dolunatykowałaś aż tutaj?!
- To był tylko sen, prawda? - Lori zadała kolejne retoryczne pytanie, a jej oddech powoli wracał do normy - Och, jak się cieszę, że nie było na jawie...
Przytuliła mnie mocno, jakbym był najlepszym prezentem, jaki mogła dostać w ten słoneczny poranek.
- O nie, nie, nie, to nie czas na pieszczoty - wymamrotałem z udawaną niechęcią, ale szybko odwzajemniłem uścisk.
- Dobrze, ale dzisiaj mamy ślub. Jest siódma, a właściwie to jeszcze nic nie przygotowane!
- Ech... Chodźmy do norki, tam wszystko ustalimy - powiedziała partnerka i nadal chwiejnym krokiem, jakby nie mogła uwierzyć, że dzieje się to naprawdę skierowała się do nory. Wydrążyłem ją wczoraj i choć nie świeci jeszcze idealnym blaskiem, muszę przyznać, że jestem z niej szampańsko dumny. Usiedliśmy na skraju sporego łóżka i zaczęliśmy korespondować. Udało nam się dociec, że druhną będzie Flox, przyjaciółka partnerki. Z racji, iż jej ojciec nie żyje Ruda zażyczyła sobie, żeby do ołtarza przyprowadził ją Pelikar. Ja przytaknąłem na bez zastanowienia, okazało się, że był tym samym czarnym, który podpowiedział mi w sprawach miłosnych tego samego dnia, którego powiedziała 'tak'.
Rola księdza udzielającego ślubu przypadała Harpagonowi, a sama uroczystość oraz wesele miały się odbyć na skarpie oraz błoniach, na których oświadczyłem się Lori.
- Teraz tylko ubiór i szybkie zaproszenia! - lisica była widocznie rozradowana z tego powodu - Tym pierwszym zajmę się ja, obyczaj mówi, że pan młody nie powinien ujrzeć sukni przed ślubem. A ty, zaprosisz gości?
Westchnąłem na samą myśl Rudej w kreacji na tą ceremonię, musiałaby wyglądać przecudownie. Zasady jednak trzeba przestrzegać!
- Jasne, kochanie - uśmiechnąłem się, ale kiedy zerknąłem na stos nieuzupełnionych papierów moja mina zrzedła - Czekaj, ja mam to wszystko zapisać?
- Oczywiście. Tobie też sprawię jakiś garnitur! - rzuciła prędko partnerka i natychmiastowo wybiegła z jamki. Najprawdopodobniej upatrzyła sobie jakąś lisicę, która w miarę dobrze szyje i teraz będzie męczyła ją tak długo, aż czegoś nie wymyśli na szybko. Ja natomiast zostałem sam, z kartkami. Po chwili namysłu zdecydowałem, że prościej będzie dostarczyć informacje słownie, przecież inaczej może dojść do wielu nieporozumień...
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Z lekką niepewnością wszedłem do pierwszej norki - padło na Pelikara i Silette z dziećmi. Postanowiłem, że przy okazji wspomnę o życzeniu przyszłej żony - prowadzący do ołtarza powinien przynajmniej chwilę wcześniej wiedzieć o swoim zadaniu i co najważniejsze, zgodzić się na taką rolę.
- Hmm... Dzień dobry - powitanie nie wyszło najlepiej.
- O, Brooke! Udało ci się? - Czarny puścił do mnie oczko.
- Właśnie dlatego tu przybyłem - dzisiaj bierzemy z Lori ślub i z wielką radością zapraszam was na tę uroczystość - wydukałem jak najszybciej - Przepraszam, że powiadamiam tuż przed...
- Och, serdeczne gratulacje! Jasne, że przyjdziemy! - lisica nawet nie dała mi dokończyć, wzięła się za obściskiwanie mnie ze wszystkich stron. Zacząłem powoli się wycofywać, ale przypomniałem sobie, że przecież została jeszcze jedna informacja.
- Moja wybranka zapragnęła, żebyś odprowadził ją pod ołtarz - zwróciłem się do Pelikara - Zgodzisz się?
- Oczywiście! - oznajmił uradowany. Mając czyste sumienie pożegnałem się i skierowałem do następnej jamy - tym razem Floxii.
***
Minęły dwie godziny a mi zaledwie udało się obejść wszystkie mieszkania. Zmęczony przekroczyłem próg własnego, szacując godzinę na 10 rano.
- Jak można tak długo zapraszać?! Czekam na ciebie od chyba pół godziny... Nie zdążymy na własny ślub! - stwierdziła rozeźlona, ale po chwili dodała radośniejszym tonem - Mam garnitur!
- Kogo wymęczyłaś?
- Ritę. Oto i on! - wystawiła łapkę z poskładanym, czarnym materiałem i natychmiast mi go wcisnęła. Do kompletu dostałem też białą muchę oraz polecenie, by najszybciej to włożyć. Bo strój pana młodego może zobaczyć partnerka przed ślubem, to tylko zwykły garnitur - powiedziała. Widocznie musiało być jednak coś więcej, bo jej zaangażowanie było podejrzliwie duże. Razem zauważyliśmy, że w ubraniu wyglądam przystojnie i szarmancko - nawet ja, z trudem, bo nie znoszę się chwalić. Dlatego też całą chlubę zrzuciłem na krawcową, mówiąc, że lepszego garnituru uszyć nie mogła.
- Myślę, że powinniśmy już powoli kursować na miejsce ceremonii, to już za jakieś dwie godziny... - rzekłem - Może już możesz założyć swój ubiór? - dopytałem z nadzieją.
- Hmm... Właściwie tak, ale musisz wyjść z norki! - pogoniła Lori i wypchnęła mnie za drzwi. Po chwili znowu zawołała, żebym zobaczył tą kreację.
- Ładna? - chciała się dowiedzieć. A mnie zabrakło tchu. Muszę przyznać, że moja wybranka jest piękna wszędzie i zawsze, ale teraz...
- Na Sun, jesteś najładniejszą lisicą, jaką przyszło mi ujrzeć! - zachwyciłem się - Choć nie mogę zaprzeczyć, że każdego dnia wyglądasz ślicznie, to teraz pobiłaś wszystkich, kochanie.
- Przestań się łasić, idziemy! - zarządziła, ale dalej nie mogłem oderwać oczu od jej sukienki.

Lori? ♥♥♥ Pobiłam rekord!

piątek, 9 czerwca 2017

Od Klemensa C.D opowiadania Lizzie

Dobrze, więc trzeba będzie uruchomić szare komórki...
 - Lizzie, a po czym poznałaś, że jest chory? - zapytałem się, rzucając nerwowe spojrzenia w stronę nory by w razie czego mieć czas na ucieczkę przed agresywnym lisem.
 - Miał różową pianę na pysku, krew, matowe oczy, otępiony wzrok, co zdiagnozowałam jako... 
 - Wściekliznę. - powiedzieliśmy razem, a mnie przeszedł dreszcz - Znachor u którego uczyłem się rzeczy które miały mi się przydać w stanowisku lekarza, nieraz mówił o tej chorobie.
 - Nie ugryzł cię? - próbowałem sobie przypomnieć wszystko co wiem w tym zakresie.
 - Na szczęście nie... - uśmiechnęła się blado lisiczka. - Powinniśmy odejść trochę od jego jamy...
 - Zgadzam się z tym... - odpowiedziałem i zrobiłem łapą gest by za mną poszła, znałem takie miejsce w którym będzie można spokojnie ustalać fakty. Złapałem w zęby pelerynkę i zacząłem razem 
z Lizzie truchtać we wskazaną we mnie stronę. Podczas tej czynności trwała pomiędzy nami cisza, cóż chyba zawsze tak jest kiedy trzyma się coś w pysku, więc nie powinno być do mnie żadnych pretensji. W końcu, po kilku minutach dotarliśmy do mojej już nie sekretnej kryjówki - kiedyś przechadzając się po terenach stada zobaczyłem trzy wielgachne drzewa których gałęzie się związały i połączyły tworząc mocną i pewną platformę, postanowiłem jakoś zagospodarować to miejsce, 
więc zacząłem tam przynosić prowizoryczne własnołapo zbudowane meble. A i była jeszcze pewna rzecz dzięki której jeszcze nikt nie powołany jej nie zobaczył - gęste listowie, dzięki któremu 
z zewnątrz praktycznie nie można było go zobaczyć ( oczywiście jeśli się lis dokładnie przyjrzy to ujrzy platformę, ale dorośli rzadko się zatrzymują, więc...), podczas gdy z gałęzi można było spokojnie wyglądać... Jeszcze nigdy nikomu nie zdradziłem istnienia tej kryjówki, ale wiadomo, 
że po dłuższym czasie dobrze jest kogoś do takiego miejsca zaprosić, a zwłaszcza gdy zajdzie 
taka potrzeba...
 - Już jesteśmy? - Lizzie niespokojnie machała głową, a ja uśmiechnąłem się tajemniczo i skoczyłem w stronę jednego z trzech pni budujących platformę, już od dawna to ćwiczyłem - elegancko wspiąłem się po regularnych 'szczeblach' z gałęzi i spojrzałem się w stronę lisiczki.

Lizzie? 

Od Lizzie CD opowiadania Klemensa

- Oh! - krzyknęłam zaskoczona, patrząc na... no właśnie. Nic nie widziałam, ale mogę przysiąc, że z czymś się zderzyłam. Albo z kimś. Nikogo tu jednak nie było, co wywołało we mnie spory niepokój. - Halo...?
Nagle powietrze przede mną jakby się zgniotło, a jakaś tkanina opadła na trawę, odsłaniając czarnego liska mniej więcej w moim wieku. Albo troszkę młodszego, ale nie była to duża różnica.
- Cześć. - przywitał się nieznajomy lis. Dobrze mu patrzyło z oczu, więc o nic się nie martwiłam. - Jestem Klemens, a ty? Poza tym, co robiłaś u Mazeikeena?
- Lizzie. - odpowiedziałam zaintrygowana nowym rozmówcą. Widzę go po raz pierwszy. - Stwierdziłam, że bardzo dawno u niego nie byłam i no... poszłam sprawdzić, czy jeszcze w ogóle tam mieszka. No i mieszka, i coś jest z nim nie tak... Sama nie wiem, chyba jest chory. Lepiej się do niego nie zbliżać.
- Do niego zawsze lepiej się nie zbliżać. - mruknął.
Akurat to było prawdą, Mazik był najbardziej znanym agresorem na tych okolicach. Bardzo rzadko ktoś do niego przychodził, a jeszcze rzadziej wracał. Plotki głosiły, że zabił swoich rodziców i całe rodzeństwo. Nienawidzi siebie i świata. Ehh, dziwny lis z tego Mazeikeena. Bardzo, bardzo dziwny.
- Masz rację. - przytaknęłam mu. - Trzeba powiedzieć komuś dorosłemu o jego chorobie, to może się źle skończyć. Zanim zrobi komuś krzywdę. Może trzeba powiedzieć moim rodzicom, żeby na czas choroby go wysiedlili? Co o tym myślisz?
- Oczywiście, trzeba donieść o tym alfom. Ale... - Tu dojrzałam tajemniczy uśmiech na jego pysku. - Może sami znajdziemy źródło choroby, a tym samym ją zwalczymy i zapobiegniemy dalszemu rozwojowi?
- Jestem za. - odparłam.

Klem?

Od Klemensa C.D opowiadania Lizzie

Powoli przemykałem pomiędzy drzewami, polowanie kiedy ma się na sobie Pelerynkę Niewidkę
z jednej strony nie należy do najłatwiejszych z powodu tego, że regularnie zahacza o te wszystkie gałązki, lecz z drugiej strony łapanie ptaków dzięki niej jest łatwiejsze...
Od ostatniego czasu większość chwil spędzałem ukryty przed spojrzeniami innych lisów pod tym dziwnym prezentem który dostałem, ponoć takie ma też większość szczeniaków w stadzie,
ale jeszcze nie widziałem by ktoś oprócz mnie chodził w nią ubrany... w sumie to nie ma się
co dziwić...
Nawet nie zauważyłem, że powoli zacząłem się oddalać od granicy stada, byłem zbyt zajęty tropieniem swojej ofiary by zwracać uwagę na takie drobnostki. Do moich nozdrzy właśnie doszedł zapach jakiejś pierzastej ofiary, tak... Czułem, że po prostu muszę ją upolować! Jednak w pewnym momencie usłyszałem jakiś chyba znany mi głos... Nadstawiłem uszu, jego brzmienie było dosyć spanikowane... Hmm... Może ktoś potrzebuje pomocy?
Zmieniłem kierunek biegu, porzucając jednocześnie tropionego przeze mnie ptaka, niech jeszcze sobie pożyje. W myślach próbowałem domyślić się kto i w jakie wpadł tarapaty, bo chyba nie krzyczy się tak sobie?
Nie trzymano mnie długo w niewiedzy - już po kilkudziesięciu susach moim oczom ukazała się czyjaś nora, nie musiałem się aż tak długo namyślać - po zapachu rozpoznałem, że należy do tego Mazikeena którego nasze drogi już raz się skrzyżowały. Nie miałem odwagi by tam wejść,
ale w końcu to ktoś w środku jak się mi wydawało wzywał pomoc, tyle, że wkroczenie tam porównywalne jest do wtargnięcia do paszczy lwa...
Nie bądź tchórzem! Przełknąłem ślinę i już zamierzałem wejść do nory, kiedy nagle wyleciała z niej jakaś lisiczka w moim wieku. Dosłownie jeszcze chwila, a zderzylibyśmy się! Chociaż, w sumie to nie mam za co jej winić, przecież jestem niewidzialny...

Lizzie? Coś trochu słabo wyszło, ale jest nawet znośne...

czwartek, 8 czerwca 2017

Od Lori C.D opowiadania Brooke'a

Otworzyłam niepewnie oczy i... aż mnie zatkało.
 - To... to jest nasza nowa norka? - w sumie to było pytanie retoryczne, ale widać było, że Brooke już zamierza na nie odpowiedzieć. Nie zdążył, ponieważ rzuciłam się na niego w celu przytulenia go.
 - Ona jest piękna oraz taka przestronna... - powiedziałam obejmując wzrokiem wszystkie kąty.
 - To okaże się dopiero kiedy zaczniemy przenosić swoje rzeczy. - uśmiechnął się samiec. A ja zdałam sobie sprawę, że w swojej starej jamce mam całkiem pokaźny ekwipunek składający się
w większości z przedmiotów które pełniły jedynie funkcję ozdobną... W sumie to nie wiem, czy to wstyd czy powód do dumy? Eee... Ocenię, kiedy zobaczę reakcję Brooke'a...
 *
Lis podrapał się w głowę, widząc te wszystkie przedmioty.
 - Hmm... Musimy przenieść to wszystko? - tu wskazał na jedną wielką stertę różnobarwnych błyszczących buteleczek, czyli w skrócie wszystkich posiadanych przeze mnie eliksirów.
 - Jakby to powiedzieć... to nie wszystko... - dobrze, że futro zasłoniło rumieniec który pewnie się pojawił na moich policzkach, wcześniej nie zwracałam uwagi na te wszystkie bibeloty, po prostu
je zbierałam...
 - Co to jest? - samiec ( oczywiście wcale nie delikatnie, tylko nagłym zrywem) podniósł jakąś buteleczkę której wnętrze wyglądało na takie dziwnie zamglone...
 - To jest ten... Stan gazowy... - nakazałam mu wzrokiem by zachował trochę delikatności.
Przez dobre kilkadziesiąt minut oglądaliśmy mój arsenał najróżniejszych przedmiotów
i wyobrażaliśmy sobie sytuacje w których można by ich użyć, najbardziej spodobał się mi pomysł by kiedyś użyć Eliksiru Oddechu i pochodzić sobie po dnie jeziora...
Po kilku godzinach zaczęliśmy przenosić rzeczy do naszej nowej norki, w sumie to ciekawe jak będzie się mi układało razem z Brooke... W końcu jutro jest już dzień ślubu, mam nadzieję, że jacyś goście przyjdą... Chociaż to nie oni są najważniejsi, bo przecież cóż to by było za wesele bez lisicy
i lisa młodego?
Umieściłam jedną z Butelkowych Emocji na prowizorycznej półce, później będzie tu pewnie jakaś szafka, ale na razie to musi starczyć. Zastanawiając się jeszcze nad meblami które trzeba będzie tu umieścić to na pewno będzie musiała się tutaj znajdować jakaś zimna półka w której będziemy mogli przechowywać zapasy, bo kiedyś może się zdarzyć jakaś pora głodu podczas której jedzenia
nie będzie... Wiadomo, zawsze lepiej dmuchać na zimne. Hmm... dobrze też by było gdybyśmy zabezpieczyli się przed możliwą powodzią, tak, przez całe swoje życie nie myślałam o takich sprawach, a teraz nagle martwię się jakimiś katastrofami... Dobrze, co tam jeszcze jest? Tornado, tsunami, burza piaskowa... Trzeba będzie przygotować jakiś schron... Może wspomnę o tym
kiedyś Brooke'owi, lecz teraz trzeba się zająć sprawami niedalekiej przyszłości oraz teraźniejszości...
W formalnościach ustaliłam, że ślub odbędzie się jutro o dwunastej, więc już dziś będę musiała zacząć przygotowania, może założę na siebie jakiś wianek z kwiatów? Trochę by trwało związywanie tego wszystkiego, ale efekt jest taki piękny...
Zanim się obejrzałam wszystkie rzeczy z mojej starej norki zostały przeniesione, muszę przyznać,
że dosyć dziwnie się czułam widząc swoje stare lokum zupełnie puste... Aż wspomnienia łapią, jeszcze niedawno byłam przecież zwyczajną nową członkinią, a teraz? Betą którą już jutro czeka małżeństwo... Cieszę się, że koło losu ustawiło mnie na światło szczęścia, mam nadzieję, że zostanę tam razem ze swoim partnerem przez długi czas... bo pomyślności nigdy nie za mało, ale trzeba się cieszyć z tego co jest...
W czasie moich rozmyślań dobrotliwe promienie Słońca zsyłane przez Sun zdążyły położyć się za odległym horyzontem, powoli zbliżała się pora snu. Podniosłam lekko głowę by móc poczuć powiew chłodnego wieczornego, czy prawie już nocnego wiatru, kochałam to uczucie...
 - Brooke, senna już trochę jestem... - powiedziałam cicho, w stronę samca. - To ja już się położę...
Pocałowałam lisa "na dobranoc" i weszłam na miękkie legowisko, mój partner naprawdę się postarał przygotowując je, więc prawie błyskawicznie zasnęłam. Rzadko się to zdarza, ale tym razem pamiętałam treść snu...
Szłam spokojnie po zielonej trawie, goście obserwowali to w niemym milczeniu. "Czemu oni są tacy sztywni?" Rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę podwyższenia na którym miał czekać mój partner... Nie było go, nie przyszedł, chociaż nie, przecież stał tu jeszcze chwilę temu! 
 "Brooke?! Gdzie jesteś?!" - krzyknęłam, a liście na drzewach zaszeleściły nie pozwalając moim słowom dotrzeć do uszu obecnych. Wbiegłam na podest, och! O Sun! 
Na kamieniu znajdowały się plamy krwi układające się w ślad łapy, wokół niej leżały blade płatki kwiatów... Ratunku! Obejrzałam się w stronę gości, lecz oni też zniknęli, a na ich miejscu pojawiły się jakieś dziwne stworzenia nie przypominające lisy lub choć coś mi znanego. Postacie wpatrywały się we mnie z dziwnym psychopatycznym uśmiechem z pysków kapała im powoli jakaś smolista posoka. Zaczęłam uciekać, ale tuż przede mną wyrosły jakieś gigantyczne ciernie...
 - Lori! Żyjesz?! - usłyszałam spanikowany głos.

Brooke?

środa, 7 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

Spokojnym krokiem szliśmy do nory alf. Byliśmy już po sytym śniadaniu, teraz trzeba było załatwić formalności. Od dzisiaj również stawałem się betą! Mimo wszystko nie cieszyłbym się mniej, gdybyśmy byli normalnymi członkami - beta jest tylko wisienką na torcie.
- Myślisz, że przyjmą cię na tą rangę? - zapytała się Lori, próbując przerwać nieprzyjemną ciszę.
- Nie mam zielonego pojęcia, kochanie - odpowiedziałem bez większego namysłu - Dla mnie nie ma to dużego znaczenia, ty jesteś o stokroć ważniejsza!
Moja wybranka posłała mi jeden ze swoich przepięknych uśmiechów. Jako, że byliśmy akurat przed wejściem do jamy, która byłą legowiskiem alf zwolniła kroku i upewniła się:
- Chali, Ace, jesteście? Mam dla was sporo wieści!
- Taak? - ruda lisica natychmiastowo ukazała się w progu. Przejechała mnie zdziwionym spojrzeniem, nawet z ciutką niechęci, ale kiedy dowiedziała się, po co przyszliśmy od razu usunęła ją z siebie.
- Bo... Bo Brooke i ja zostaliśmy parą - to mówiąc Lori przysunęła się jeszcze bliżej mnie, jakby z obawy, że coś miałoby za chwilę wybuchnąć.
- Och, naprawdę? Gratulujemy! - odparła Chalize - W takim razie chodźcie na królicze udko, trzeba z pewnością omówić kilka spraw. Ace, mamy betę!
Odetchnęliśmy z ulgą, alfa wydawała się przyjąć wieść nie ze złością, lecz z radością. Skierowaliśmy się do wnętrza i klapnęliśmy na wskazanych przez gospodyni pieńkach. Wzbudziliśmy zainteresowanie także dzieci przywódców, Lizzie, najstarsza ich córka od razu przybiegła do stołu.
- Jejku, ciocia Lori ma męża? - zapytała zaintrygowana.
- Dowiesz się za chwilę. Teraz trzeba ustalić ważne rzeczy, zmykaj - pogoniła Chalize - Hmm... Oficjalnie ogłaszam was parą bet. Rozumiem, że urządzicie sobie razem norkę? Proszę, żeby nie była zbyt oddalona od naszej.
- Oczywiście, tym zajmę się ja - na moich ustach pojawił się tajemniczy uśmieszek. W końcu niespodzianek nigdy nie za dużo!
- Dobrze. Beta jest zastępcą alfy i lisem wyższej rangi od gammy, dlatego ma kilka specjalnych przywilejów, jednak jak na razie nie ma potrzeby ich wymieniać. Jako, że dowództwo stada, czyli my nie potrzebujemy na tą chwilę zastępstwa czy pomocy, możecie iść. Coś jeszcze?
- Chcielibyśmy zapytać o jedną kwestię - moja partnerka i ja bardzo chcielibyśmy wziąć uroczysty ślub. Czy będzie to możliwe, a jeśli tak, to czy jutro to odpowiedni termin? Najzwyczajniej w świecie nie damy rady tyle czekać, cierpliwość nie pozwala.
- Zgadzam się. Jeśli zdążycie z przygotowaniami na jutro jak najbardziej! - oznajmiła. W tej chwili do pokoju wszedł Ace, widząc mnie od razu powinszował:
- Gratuluję! Ale chyba coś mnie ominęło?
- Dokładniej wszystko. Ale nie ustaliliśmy żadnej ważnej decyzji, dlatego... Idź upolować coś na śniadanie - rzekła Chali. Szybko ulotniliśmy się z nory, ale kiedy byliśmy już na świeżym powietrzu Lori powiedziała z widocznym zmartwieniem na mordce:
- Niestety, ja dalej mam pracę i chyba muszę iść.
- Nie martw się, za niedługo przygotuję kolejną niespodziankę! - pocieszyłem, i chyba zadziałało. Odprowadziłem partnerkę pod miejsce pracy, hojnie pożegnałem i znowu zagłębiłem się w las. Po terenach sfory przepływała niewielka rzeczka, tworząc kilka minut drogi od legowiska alf niewielką zatoczkę. Bajeczne miejsce, ze sporą ilością kamieni do opalania i leśną, uroczą polanką koło niego. A jak brzmi stary, lisi zwyczaj: Żeby dom był naprawdę dobrym siedliskiem, musi go stworzyć własnymi łapami głowa rodziny.
***
- Myślę, że na początek może być - mruknąłem sam do siebie, stojąc przed sporym otworem. Słońce już powoli zbliżało się ku horyzontowi, a ja przez cały czas kopałem i tworzyłem. A stworzyłem całkiem przyjemną jamkę, jednopokojową, za to dużych gabarytów. Jak na razie oprócz pustki zewsząd ją wypełniającej znajdowało się tam duże łoże zrobione ze mchu, puchu i materiału na to naciągniętego, i jeszcze płaski pieniek z kolacją. Przygotowałem królika, tylko z rozmarynem, czas nie pozwolił na więcej. Dokładniej wybrałem takie miejsce, iż frontowa dziura wychodziła na niewielki skrawek zieleni, która ustępowała po kilku krokach jeziorkowi. Widok był naprawdę cudowny, ale czy Lori się spodoba? Powinna już wychodzić z pracy, dlatego szybko udałem się do siedziby dyrektora.
- O, jak cudownie, że jesteś! - krzyknęła na mój widok.
- Zamknij oczy, gwóźdź programu jeszcze czeka - szepnąłem. Poprowadziłem ją aż pod wcześniej przygotowaną norę, starając się nie wyjawić tajemnicy, a było o to łatwo, ponieważ partnerka nalegała. Gdy byliśmy na miejscu, krzyknąłem:
- Raz, dwa, trzy... Otwórz oczy! Podoba ci się?

Lori? ♥

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Od Lori C.D opowiadania Brooke'a

Powili otworzyłam swoje zaspane ślepia, tak bardzo nie chciało mi się wstawać! Rozejrzałam się dookoła i ze zdziwienia aż otworzyłam pyszczek. Przez całą noc spałam na jakiejś polance? Nie...
Wspomnienia z wczorajszego wieczoru niespodziewanie do mnie wróciły, te wszystkie gwiazdy na nieboskłonie, kwiaty oraz... jego miękkie jasne futro. Aż przymknęłam oczy na to wspomnienie...
ale szybko wróciłam na ziemię. Gdzie był Brooke? Nerwowo objęłam pobliskie krzaki wzrokiem, odszedł? Coś go porwało? O Boże! Oby nic mu się nie stało!
Błyskawicznie wstałam, ale to nie było potrzebne - w tym samym momencie zza listowia wychyliła się głowa mojego partnera.
 - Patrz co dla ciebie mam! - uśmiechnął się i na chwilę zniknął w gąszczu liści.
Usłyszałam jakieś szuranie, lis prawdopodobnie coś właśnie przenosił.
 - Brooke? - podeszłam w tamtą stronę nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać.
 - Ruda, chodź tutaj!
Uczyniłam kilka niespokojnych kroków w tamtą stronę i moim oczom ukazał się ciekawy widok -
na przewalonym (dosyć płaskim) pniu drzewa znajdował się obrus z zielonych liści, a co na nim? Elegancko przygotowana dzika gęś otoczona owocami leśnymi.
 - Voilà! Gotowe, ładnie wyszło? - uśmiechnął się samiec jednocześnie siadając na jakimś pieńku. Rozejrzałam się, tuż obok mnie był drugi taki sam, uśmiechnęłam się i wskoczyłam na to 'krzesło'.
 - To jest do jedzenia? - zapytałam się trochę głupio, niezbyt wiedziałam jak według etykiety się prosi o takie rzeczy.
 - A co do patrzenia? - Brooke nie czekając odgryzł kawałek mięsa. I takie rzeczy to ja rozumiem! Przez kilkanaście minut pałaszowaliśmy przepyszne mięcho tego ptaka który 'przypadkowo' wszedł pod łapy lisowi. Po chwili najedzeni leżeliśmy na miękkim mchu.
 - Wiesz? Chwile jakie z tobą spędzam to najlepsze momenty mojego życia... - przybliżyłam się
do samca. To zapowiadało się na przyjemną chwilę... i taką było.
 - Brooke, a na kiedy ustalimy datę ślubu? - zapytałam się cicho.
 - Może... jutro? - lis spojrzał się w moje oczy, a ja posłałam mu ciepły uśmiech.
Czekanie tygodniami było zbyteczne.
 - Musimy powiadomić o tym alfy... Chali i Ace jeszcze nie wiedzą, że jesteśmy parą... - wstałam na równe łapy, mu tu gadu-gadu, a formalności czekają!
Zaśmiałam się cicho na minę, kiedy dowiedzą się, że dopiero co mają samicę beta, a tu nagle ta następnego dnia ma już drugą połówkę. Miałam tylko nadzieję, że zrozumieją i osądzą to bez pochopnych wniosków.

Brooke? Nie ma to jak zepsuć romantyczność dla formalności! xD

Od Lizzie

Jak zwykle, eh, nic się nie dzieje. To samo nudne niebo, te same nudne kwiaty, te same nudne ptaki... Jak zwykle, nihil novi, nic nowego. Postanowiłam się więc zapuścić w tereny, na które nikt nie wchodzi...
***
Udałam się więc do nory Mazikeena, może przynajmniej teraz będzie wszystko u niego dobrze i nie będzie rzucał mi się do gardła. Potruchtałam w tamtą stronę, jednocześnie zadając sobie wiele pytań. Co sprawiło, że jest jaki jest? Przecież żaden lis nie rodzi się zły, a już na pewno nie tak zły jak Mazik. Nie, to po prostu niemożliwe, być tak złym, tak przesiąkniętym mrokiem, aż do szpiku kości. Nie, to na pewno nabyte... Mazikeena zastałam w jego norze. Siedział skulony, przygarbiony. Jego oczy były dziwnie matowe i przekrwione.
- Nie... boisz się mnie? - zamruczał gardłowo, kierując spojrzenie w moją stronę. - Nie?
- No... - Przez krótką chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Właśnie w tej krótkiej chwili dostrzegłam pianę w jego pysku, zabarwioną na różowo. Różowo? - O bogowie, Mazik, jesteś chory...
- To wy jesteście chorzy. - zacharczał, zanosząc się kaszlem. Potem splunął na ziemię, a w jego ślinie była krew. - Lepiej stąd zmykaj, ale to już...
Szybka analiza... Krew, agresja, otępienie, światłowstręt. Diagnoza? Wścieklizna... O bogowie, trzeba o tym kogoś poinformować!

Ktoś?

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- Tak, okropnie dziwni, bo co prawda robią wielkie szkody, niszczą, co popadnie i wydają się tacy bezmyślni, ale jednocześnie posiadają taką wiedzę, jaką inny gatunek nigdy nie byłby w stanie - tłumaczyłem - Jak to możliwe? Że stworzenie tak mądre jest tak głupie?
- To paradoks na inny czas - uspokoiła moje wierzgające emocje Lori, wtulając się w należącą do mnie, śnieżną sierść. Przez chwilę siedzieliśmy w melancholijnej ciszy, przerywanej tylko koncertem świerszczy oraz szumami lekkiego wietrzyku, który smagał nasze futerka. Gwiazdy migały, tak pięknego nieba jeszcze nigdy nie widziałem. Ani jednej przysłaniającej chmurki! Moja partnerka też to zauważyła, przyglądała się granatowemu sklepieniu pełnym zadumy wzrokiem.
- Lubisz patrzyć w gwiazdy? - szepnąłem do jej rudego ucha.
- Uwielbiam... - rozmarzyła się samiczka, nie odrywając oczu od nieboskłonu.
- Ja też! Patrz, tam jest Gwiazdozbiór Lisa - podniosłem łapkę w stronę jednej z konstelacji - Pewnie chroni nas przed nieszczęściami i otacza opatrznością...
- A ten? - Lori wskazała zbiór świetlistych ciał niebieskich układających się w kształt litery W.
- To Kasjopea, bardzo rozpoznawalna. Ale najważniejsza i najjaśniejsza jest Gwiazda Polarna!
- Hmm... Jest kilka dużych, która to?
- Widzisz Wielką Niedźwiedzicę?
- Tak, o ta!
- Właściwie to też Wielki Wóz, żeby znaleźć Polaris, trzeba wziąć furmankę, czyli odcinek między tymi dwoma gwiazdami. I ciągniesz w górę razy pięć!
- Mam ją - stwierdziła samica, radując się jak mała dziewczynka - Och, jak ja się cieszę, że cię mam...
Kolejny raz wtuliła się w moje futro i ciągnęła.
- Gwiazdy kojarzą mi się z marzeniami i nieodkrytymi planetami... Są takie piękne!
- Prawda, i tajemnicze. Jakby kryły przepowiednię - potwierdziłem. Przez chwilę jeszcze trwaliśmy w bezruchu, wgapiając się w gwiazdy. Leżeliśmy przytuleni do siebie, gwiazdy spały. Lori powoli zasypiała, a ja znowu poczułem się najszczęśliwszym lisem na świecie. Kątem oka dostrzegłem spadającą gwiazdę. Lisi zwyczaj był taki, żeby pomyśleć życzenie. Ja nie musiałem. Moje największe już się spełniło.

Lori? Oni zasnęli ♥

Od Pelikara

Nieśpiesznie przemykałem pomiędzy krzakami, nie musiałem się zbyt śpieszyć - teraz polowałem jedynie by uzupełnić zapasy, które w ostatnim czasie zaczęły znikać szybciej niż zwykle.
Niesamowity zapach żywicy roznosił się w powietrzu, owady choć denerwujące latały wkoło jakby we wspaniałym tańcu. Powoli zapominałem o swoim celu, po prostu spacerowałem po lesie...
tak dla przyjemności...
Ach, pamiętam te czasy kiedy szumiące liście drzew były jedynie marzeniem biednego liska żyjącego za kratami zimnej kratki. Wbrew pozorom nie cierpiałem tam zbyt, byli tam ci nieliczni dobrzy ludzie którzy traktowali mnie jako przyjaciela, a nie maszynkę do pieniędzy, jedynie czasami zamykałem oczy i wyobrażałem sobie życie wolnego stworzenia... Ciekawe jakie są dalsze losy reszty trupy cyrkowej? Może wrócę się po swoich śladach i ruszę śladem innych?
Rozejrzałem się dookoła, chyba nikogo w okolicy nie było...
 - Mam nadzieję, że nie zapomniałem tych sztuczek... Niektóre są nawet przydatne...
W jednym momencie podniosłem się na tylne łapy, widząc, że to nie sprawia mi
większego problemu, jednym susem przeniosłem się na dwie przednie łapy. Z tą sztuką zawsze były jakieś wątpliwości, więc nie wykonywałem jej na pokazach, w sumie to jedynie mój trener oraz Nick wiedzieli o tej umiejętności. Pamiętam jeszcze tego lisa, to on opowiedział mi o wspaniałości życia poza kratami...
Przeskoczyłem zgrabnym skokiem przez jakiś wartki strumyk. W ostatnim czasie dosyć dużo chwil poświęcałem wspomnieniom o 'starym' życiu... A gdyby tak kiedy Klemens i Mira podrosną wybrać się na wyprawę?
Nie zdążyłem w myślach dodać niczego więcej, ponieważ niespodziewanie do mojego nosa dotarł zapach jakiegoś szaraka, cóż historia historią, żołądek sam się nie zapełni!
Potruchtałem żwawo w tamtą stronę, ale... ktoś już tam był.

Jakaś nieznana Pelikarowi postać?