środa, 14 czerwca 2017

Od Ashley

Czy ten, kto stworzył lisy, musiał się uprzeć, żeby ich młode przez pierwsze dni bezczynnie leżały? Ta czynność wypełnia tak negatywną nudą, że ja, jeszcze na dodatek ciekawa lisiczka nie mogę wprost wytrzymać. Ciągle tylko jeść, spać, jeść, spać... Kiedy chciałoby otworzyć oczy, powiedzieć pierwsze słowo i iść w świat! Są jednak ciekawsze momenty - wtedy, jak przychodzi mama lub tata i opowiadają bajki. Albo chociaż coś szepczą. Co prawda nigdy ich nie widziałam, ale czuję, że to właśnie moi rodzice. Pierwsze, co pamiętam oprócz spania i jedzenia to to, gdy tata przyszedł i szepnął do nas, to znaczy do mnie i mojego rodzeństwa:
- Chcecie, żebym wam opowiedział bajkę?
Nie mogłam nic powiedzieć, jeszcze nie umiałam - ale bardzo chciałam, żeby mój proszący pisk uznał za tak. Moja siostra i brat dołączyli się, więc tatuś zaczął mówić.
- Pewnego razu był sobie jeden, samotny lisek. Cały czas błądził po lesie, nie mógł znaleźć innego lisa .Kiedy tak sobie szedł, przed jego oczami przeleciał bardzo szybko kolorowy, piękny motyl - to takie stworzenie, które lata na skrzydełkach. Lisy nie jedzą motyli, wiecie? Ale ten lis pobiegł za motylem, i biegł bardzo długo, był bardzo wyczerpany, ale nie przestawał. To nie miało sensu, ale opłacało się - po kilku godzinach wpadł w jakąś lisicę. A wiecie, kto to był?
Zamruczałam, bardzo chciałam poznać odpowiedź.
- To był wasz tata, i tak poznał waszą mamę! - oznajmił - Ale teraz powinnyście spać. Możliwe, że jak się obudzicie, to otworzycie już oczka.
Gdyby tego nie powiedział, piskiem domagałabym się więcej, ale ufałam mu ponad wszystko i postanowiłam natychmiast zasnąć. Już nie mogłam się doczekać! Poczułam, jak ktoś mnie przytula i całuje w główkę, i to koniec mojego pierwszego wspomnienia - natychmiast zasnęłam.

wtorek, 13 czerwca 2017

Lori urodziła!

Lori i Brooke zostają rodzicami - od dzisiaj na głowie będą mieć trójkę szczeniąt.

Rasa:  "Rudy ojciec, rudy dziadek,
Rudy ogon - to mój spadek,
A ja jestem rudy lis.
                     Ruszaj stąd, bo będę gryzł." ~ Jan Brzechwa
Imię: Każdy z nas pewnie skądś je kojarzy, a przynajmniej powinien. Poznajcie Nelly!
Tylko pamiętajcie: mówienie na nią Nel nie przysporzy wam jej sympatii, ponieważ z pewnych niewiadomych powodów młoda jak tylko je usłyszy to dostaje dreszczy, ale jak się już uprzesz 
i uznasz, że chcesz mówić na nią krócej to ksywka Joy jest do dyspozycji.
Płeć: Delikatna, niepodważalna samiczka!
Wiek: To jedenastoletnia staruszka! Nie, no szczerze to dopiero co się urodziła...
Umiejętności: Takie małe coś, a już ma coś umieć? Nelly na razie nie odznacza się jakąś siłą 
czy szybkością, czy co tam jeszcze jest. Po prostu, może za jakiś czas odkryje w sobie smykałkę 
do czegoś?
Pozycja: Przed Nelly stoi odpowiedzialne zadanie, ponieważ na razie jest młodą betą. 
Czemu akurat ona? W sumie to nie wiadomo, może rodzice zauważyli w niej potencjał?
Terminarz: Nelly jest zbyt delikatna by zająć się rzemiosłem wojennym, ale jednocześnie sądzi, 
że chciałaby się zająć czymś pożyteczniejszym niż sztuka, więc jej celem będzie zostanie 
opiekunką chorych.
Głos: W sumie to jeszcze nie da się go opisać, w końcu to jeszcze szczenię, prawda? Na razie możemy jedynie spróbować to przewidzieć: prawdopodobnie będzie on trochu melodyjny z odrobiną ironii, co odziedziczyła po ojcu, ale jednocześnie usłyszymy w nim nutkę głosu matki.
Charakter: Jej charakter jest dosyć skomplikowany, a do tego dopiero co się rozwija, więc istnieje możliwość, że się jeszcze zmieni, ale na razie gdyby się streścić można by go określić jednym słowem, a mianowicie: lady, czyli dama która umie sobie poradzić w każdej sytuacji. Może trzeba ją przenosić przez kałużę, ale w razie czego przepłynie jezioro ( Nelly jest na to zbyt młoda, ale gdyby liczył się duch, to by bez przeszkód przemierzyła Pacyfik).
Wbrew pozorom Nelly wcale nie należy do tych delikatnych lisic których nie można dotknąć by nie wybuchnęły głośnym płaczem, o co to nie! Młoda rządzi własnymi zasadami, własną netykietą której ( o dziwo jak na szczeniaka!) przestrzega. Oczywiście w jej regułach 'nie pisze' nic o nieokazywaniu uczuć, lecz jedynie o powstrzymywaniu się przed ich zbytnim 'rozdawaniem'. 
Cechy fizyczne: Nelly nie jest zbytnio umięśniona, ale określanie jej jako chucherka które nie ma 
w sobie oni grama mięśni czy choćby tłuszczyku ( którego ślady są znikome), jest przesadą.
Jej futerko jest dosyć przyjemne w dotyku, możemy zobaczyć na nim jaśniejsze przebarwienia.
Rodzina: Trochę ich jest, ale skoro trzeba...
- Mama: Lorianna {relacje są między nimi są pozytywne, cóż w końcu to matka i córka},
- Tata: Brooke {to właśnie od niego Nelly czerpie savoir-vivre},
- Siostra: Ashley {siostry jak to siostry trudno coś tu dodać},
- Brat: Valour {hmm... relacja jak... brat z siostrą},
- Wujkowie i ciocie {z obu stron rodziny, nigdy ich nie poznała}: Marine, Wario, Emma, Staria, Albin, Jasper < tu nie chodzi o jednego z bogów>, Windnir, Olive Oil, Atka, Szanta,
 - Babcie {też z obu stron rodziny, nigdy się nie widziały} Rozaila, Mellia,
- Dziadkowie {jak wyżej tylko odmień} (imię nieznane), Amante.
Zauroczenie: Może kiedyś, podczas jakiegoś ciepłego wieczoru zobaczy tego jedynego, 
ale nie śpieszy jej się. Jej serduszko jest na razie zbyt delikatne by wytrzymać jakiekolwiek 
zranienia miłosne.
Historia: Ano urodziła się i żyje, może za niedługo coś tu będzie?
Ciekawostki: -
Sterujący: patrz Lori

Rasa: Tutaj raczej nie powinno być wątpliwości - czysty lis rudy. Co prawda szatę ma troszkę rozjaśnioną, jednak w żadnym wypadku nie wskazuje to na inną kategorię.
Imię: Nadał je ojciec, Ashley. Jej osobiście strasznie się podoba, dlatego bez wyrzutów możesz tak na nią mówić. Rodzina skraca ją do Aszka, dla przyjaciół zarezerwowany jest także termin Ash.
Płeć: To oczywista, niepodważalna samiczka.
Wiek: Przed chwilą pierwszy raz obdarzyła świat swoim spojrzeniem.
Umiejętności: Ciężko to teraz stwierdzić, ale przewidują, że będzie silnym i niezwykle sprytnym jak na samiczkę lisem. Pewnie z czasem znajdzie sobie jakieś hobby, w obecnej chwili nie ma o tym jednak mowy.
Pozycja: Aszka jest szczęśliwym szczenięciem bet.
 Terminarz: Jako waleczna samiczka zdecydowała się zostać rekrutem.
Głos: Lekko piskliwy, dziewczęcy, czasami nawet histeryczny - zresztą jak każdy szczeniak.
Charakter: To samica pałająca energią. Nie raz, nie dwa razy coś spsoci, czasami nawet umyślnie - po to, żeby być w centrum uwagi, co tak bardzo lubi. Jest niezłą kłamczuszką, jak będzie chciała, to z pewnością tak się wykręci. Odziedziczyła po ojcu mądrość, ale wykorzystuje ją bardziej w kierunku chytrości - nie w głowie jej siedzieć grzecznie i uczyć się. Ash jest bardzo ciekawa świata, uwielbia odkrywać nowe tereny, nie boi się sięgać dalej. Śmiała, nie za bardzo obchodzą ją słowa innych. Nie zawsze jest miła, a już szczególnie nie wtedy, kiedy nie ma wzajemności. Umie jednak taka być,        a i owszem. Potrafi wykorzystać swój urok - zgrywa aniołka przy gościach, dzięki czemu ci nie mają zielonego pojęcia o jej prawdziwym temperamencie. Człapie własną ścieżką i trudno o to, żeby z niej zboczyła.
Cechy fizyczne: Jest po uszy jasno-ruda, jak wiadomo, będzie ciemnieć z wiekiem. Oprócz tego ma mocno zaakcentowane, czarne 'skarpetki' na łapkach. Aszka jest posiadaczką hipnotyzujących, maślano-brązowych oczu, trochę ciemniejszych, niż w przypadku taty. Oprócz tego to szczupła i drobna lisica, jednak niewątpliwe jest, że to nie po tym należy oceniać charakter - nawet nie domyślacie się, ile energii drzemie w tym ciałku!
Rodzina:
Brooke - ojciec, jako, że to córeczka tatusia ma z nim szczególnie dobry kontakt,
Lorianna - matka, jak każde dziecko kocha ją nad wszystko, choć nie zawsze słucha,
Nelly, Valour - rodzeństwo, pierwsi towarzysze zabaw,
Wujkowie i ciocie - Marine, Wario, Emma, Staria, Albin, Jasper, Windnir, Olive Oil, Atka, Szanta - na oczy ich nie widziała,
 Babcie - Rozaila, Mellia - nigdy ich nie poznała,
Dziadkowie - (imię nieznane), Amante - nigdy ich nie poznała.
Zauroczenie: Czy ona wie? Jeśli ktoś polubi taką zrzędę...
Historia: Urodziła się tutaj, jej historia dopiero się zaczęła.
Inne zdjęcia: -
Ciekawostki: -
Sterujący: patrz Brooke


Rasa: Oczywiście lisek rudy, jak inaczej?
Imię: Zwie się Valour, bez skrupułów przyjmuje wszelkie skróty tego imienia, choć trzeba przyznać, że chyba nikt nie lubi zbyt pieszczotliwych wołań. Rodzicom udostępnia termin Vallie, ale tylko rodzicom - osobom, które najbardziej kocha. Posiada też drugie imię - Mezzo, i jego też możesz używać.
Płeć: Tutaj nie trzeba się nawet zastanawiać - to stuprocentowy samczyk.
Wiek: Jak na razie doczekał się kilku godzin.
Umiejętności: Czego można się spodziewać po takim maluchu? Jak na razie nie znalazł konika, co nie zaprzecza, że w przyszłości złapie daktyla.
Pozycja: Razem z rodzeństwem obejmuje rangę szczeniąt bet.
Terminarz: Wybór stanowiska dla niego odpowiedniego był dla rodziców dość trudny - bez przemocy, pomocne i spokojne... Jednak on sam od razu podjął decyzję - pragnie w przyszłości zostać opiekunem chorych.
Głos: Tak to już jest, że szczeniaki mają do siebie niezwykle podobny ton, dopiero z wiekiem wykształca się on bardziej. Głosik Vallie'go jest na razie wysoki i po trochu melodyjny, natomiast najczęściej spokojny. Jako jedyny ze swojego rodzeństwa nie odziedziczył nutki ironii.
Charakter: Valour jest nieśmiałym, ostrożnym wobec obcych liskiem, co nie oznacza, że taki jest zawsze - kiedy się do kogoś przekona, potrafi naprawdę się otworzyć, zaszaleć i przeżyć przygodę. Jest oazą spokoju - można by wyobrazić sobie sytuację, w której jest pożar, wszyscy uciekają i krzyczą, a on ze spokojem zbiera ostatnie tobołki. Mezzo lubi pomagać innym, czasami przesadnie się martwi o nieswój żywot. Nie może patrzyć na lisie, choć nie tylko swojego gatunku cierpienie - wtedy potrafi nawet przezwyciężyć wcześniej wspomnianą nieśmiałość. Nie znosi za to zmian i decyzji, nieprędko je podejmuje. Valour to błyskotliwy samczyk, jest mądry i bystry, nienawidzi pośpiechu i nakładania na jego osóbkę granic czasowych. Niestety, swe uczucia wyjawia tylko najbliższym osobom - dlatego w gronie obcych osób będzie je krył.
Wie, że prowadzić życie dobrze nie jest łatwo, dlatego ma duży szacunek i respekt dla starszych. Nie można go nazwać bojaźliwym, ale również nie odważnym - taki sobie cichy samczyk.
Cechy fizyczne: Ten jeszcze szczupły i wątły samczyk jest posiadaczem rozjaśnionej, rudej szaty. W przeciwieństwie do większości lisów tego ubarwienia ma słabo zaznaczone czarne akcenty, także w większości przypadków biały brzuszek jest nieco bardziej rudy. Wyróżniają go także świecące, ciemnobrązowe oczy, ma je po matce - Jakby umieszczono w nich wszystkie gwiazdy świata.
Rodzina: 
Brooke - ojciec, podziwia jego inteligencję i czuje z nim silną, ojcowską więź,
Lorianna - matka, jak każdą mamę kocha nad wszystko i stara się słuchać,
Nelly, Valour - rodzeństwo, pierwsi towarzysze zabaw,
Wujkowie i ciocie - Marine, Wario, Emma, Staria, Albin, Jasper, Windnir, Olive Oil, Atka, Szanta - nigdy nie poznał,
 Babcie - Rozaila, Mellia - nigdy nie poznał,
Dziadkowie - (imię nieznane), Amante - nigdy nie poznał.
Zauroczenie: Nie myślał nigdy o takich sprawach, na razie nie ma to dla niego znaczenia - wyjdzie z biegiem dni, kiedy sam będzie gotowy.
Historia: Mezzo urodził się w lisiej jamce na terenach sfory i jak na razie tylko tyle można tutaj zapisać - jego życie ciągnie się przez tylko kilka chwil.
Inne zdjęcia: 1
Ciekawostki: -
Sterujący: patrz Brooke

Od Lori - poród

Dziwnie się czułam, z jednej strony omal nie wybuchłam z radości, ale z drugiej złapała
mnie niepewność. Czy nadaję się na matkę? Zapewnię dzieciom bezpieczną przyszłość?
Trzeba pamiętać, że jedno ze szczeniąt zostanie betą...
Spojrzałam się w stronę wyjścia z norki, już niedługo Brooke powinien przynieść jakąś zdobycz, której zadaniem będzie nasycić mój apetyt który teraz niezwykle szybko wzrósł. To znaczy, momentami wzrasta, a chwilę później maleje, co spowodowane są regularnymi mdłościami które mnie nawiedzają. Ponoć to dobry omen dla ciężarnych, ale trzeba przyznać, że jest to męczące...
Mój brzuch zaokrąglał się dziwnie szybko...
~*~
Poczułam nagły ból w okolicach słabizny. Stęknęłam głośno, mając wrażenie, że jestem rozrywana na strzępy. Tuż obok siebie usłyszałam nerwowy głos Brooke'a.
 - Lori, co się dzieje?! - prawie krzyknął mi do ucha.
 - Znachor... zawołaj go! - wyszeptałam, czując, że łapie mnie skurcz, potem dotarły do mnie dźwięki jakiejś bieganiny - to mój mąż zaczął wołać lekarza, pewnie podczas tego zajęcia zbudził pół stada, ale to w tej chwili nie było ważne, najważniejszą rzeczą była czynność jakiej byłam się zmuszona poddać - rodzenie trójki szczeniąt.
Mój oddech był wyjątkowo płytki, poczułam jak ktoś wchodzi do nory.
 - Pomóż mi ją przenieść...
 - Czy to nie trochę daleko?
 - Nie, do nory medycznej, tylko na to! - Znachor musiał ze sobą przytargać jakieś inne posłanie czy coś w tym stylu. Stęknęłam kolejny raz, bo zaczęło mi się wydawać, że między półgłosem trwa jakaś kłótnia z niewiadomego powodu, błyskawicznie w momencie w którym je wychwycili swoimi uszami poczułam jak ich wzrok wbija się we mnie.
 - Spokojnie, poradzisz sobie, dobrze ci idzie... - usłyszałam głos lekarza i w tym samym momencie usłyszałam jakiś brzdęk obok siebie, chyba Brooke, się o coś potknął...
 - Auć! Ale się uderzyłem, nie uwierzycie jak boli! - jęknął samiec, a ja mimo całego bólu podniosłam głowę i posłałam z lekka karcące spojrzenie skierowane w niego, kątem oka zauważyłam Znachora który zatrzymał się w półkroku słysząc tą wypowiedź. Miałam zamiar coś dodać, ale przed oczami pojawiły mi się mroczki i bezwiednie upuściłam głowę na poduszkę...
Ból zwiększał się z każdą chwilą, był nieprzerwany, ale wiedziałam, że jest jeden sposób by
go skończyć. W pewnym momencie jak ktoś wkłada mi coś do pyska.
 - Zaciśnij zęby na tym powinno pomóc... - usłyszałam głos medyka, tak jak polecił, tak zrobiłam, ale niestety zaraz po tym usłyszałam trzask - na szczęście nie we mnie, tylko to pękła ta rzecz.
 - Brooke, przynieś jakiś patyk, byleby był gruby!
 - Gdzie ja zostawiłem jakiś środek przeciw bólowy... - mruknął do siebie Znachor, widząc ból wymalowany na moim pysku. - Harp!
Z czego co usłyszałam, do nory wbiegł znajomy ksiądz czemu ja się śmieję?! xDD .
  - Naprawdę? Przecież jeszcze przedwczoraj udzielałem wam ślubu, a już dziś rodzisz?! - przez te słowa miałam zamiar trzasnąć go w pysk, ale z wiadomych powodów tego nie zrobiłam.
Znowu jęknęłam, czując jakby coś nie tylko mnie rozrywało na strzępy, ale jeszcze przy tym
paliło żywcem.
 - Znachorze, nie mogę pomóc... - szepnął czarny lis. - Klemens krąży koło nory, a ja
zdecydowanie sądzę, że jeszcze nie czas u niego na praktykę... - zgodnie z tymi słowami wyszedł.
Na krótką chwilę zapanowała cisza, lecz ta zaraz została przerwana moim spazmem.
 - Jeszcze trochę... - usłyszałam spokojny głos lekarza.
 - Już jestem, już jestem! - niespodziewanie do pomieszczenia wpadł Brooke, ale jego zapał
szybko zgasł.
 - Mi chodziło o patyk, a nie o pień!
 - Co za różnica?! - mruknął mój mąż, odkładając jakiś pokaźny kawał drewna, a Znachor puknął się w czoło. Taki bardziej facepalm...
Westchnęłam cicho, nie da się już rodzić w spokoju!
 - Ej... - zaczęłam, mimo tego, że ból prawie mnie rozsadzał. Samce nadal się kłócili...
 - ... to się nie nadaje! ...
 - Ejj... - powtórzyłam próbę zwrócenia na siebie uwagi.
 - ... ale przecież sam mówiłeś...
Przyznam, że rzadko czuję uczucie kiedy złość zaczyna wręcz we mnie kołatać.
 - EJ! Do jasnej cholery! - krzyknęłam, a lisy odskoczyły jak oparzone.
 - Nie przy dzieciach!... - Brooke i Znachor zaczęli przekrzykiwać się w sprawie przekleństw.
~*~
 - Raz, dwa, trzy... - wszystkie. - To wy już sobie poradzicie... - usłyszałam jak Znachor wychodzi
z norki, ale przyznam, że niezbyt to mnie interesowało - oto miałam przed sobą moje szczenięta.

Brooke?

Od Leviego

 - Wynocha z mojej jaskini, brudne kupy zawszonego futra! - wrzasnąłem, rzucając pierwszą lepszą rzeczą w kierunku wylegującej się na kamieniu pary ogromnych szczurów. Bliżej niezidentyfikowany przedmiot upadł na podłogę, roztrzaskując się na setki małych kawałeczków. Następnym razem powinienem pamiętać, że ze względu na takie sytuacje lepiej jest trzymać gliniane wazy na wyższych półkach.
Małe ssaki podniosły szare łebki, wydając z siebie pełne przestrachu piski. Szybko podniosły się, podwijając nagie ogony do góry, po czym uciekły, zostawiając mnie samego. Jedynymi śladami po wizycie niechcianych intruzów zostały ślady ubłoconych łapek oraz walające się po ziemi szczątki rdzawo czerwonego naczynia.
  - Opłacało się - westchnąłem, ogonem zamiatając śmieci do wiklinowego koszyka. - Może następnym razem pomyślą, zanim ponownie wpakują się do mojej nory. Co jak co, jednak nie będę dokarmiał leniwych darmozjadów.
Sprzątanie zajęło mi dobry kwadrans. Gdy zebrałem całą wazę do prowizorycznego śmietnika, wyszedłem da dwór, aby gliniane szczątki wrzucić do wykopanego obok mojej kryjówki dołu, służącego mi jako składzik potłuczonych i zniszczonych rzeczy codziennego użytku.
Wróciwszy do jaskini, delikatnie odłożyłem własnoręcznie wyplatany kosz pod ścianę, po czym spokojnie ułożyłem się przy wejściu do mojej kryjówki. Ze zmęczeniem oparłem łeb na skrzyżowanych łapach, by po chwili zatopić się w swoich myślach, ze spokojem na sercu obserwując rosnącą wokół florę.
Zaraz po tym, gdy powieki powoli zaczęły mi ciążyć, usłyszałem głośny szelest w krzakach. Niemalże natychmiast podniosłem się do pozycji pionowej, gotowy stanąć do walki z napastnikiem.
  - Kto tam jest? - szczeknąłem z nadzieją usłyszenia znajomego głosu innego członka stada.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Od Ace C.D. opowiadania Chalize

Ułożyłem się obok Chalize i dwóch małych, brudnych kulek. Zanim ona umyje jednego, drugiemu może zabraknąć powietrza.. Przecież na ogół, silne i niezależne lisice urodzą jedno, umyją i rodzą drugie, a tu od razu dwójka... Ruda przyciągnęła do siebie ciemniejszą z kulek. Nie czekając długo, najdelikatniej jak tylko potrafiłem, chwyciłem drugą, jeszcze ciepłą od krwi i przejechałem po jej grzbiecie szorstkim językiem patrząc i naśladując ruchy Chalize. Czy to czasem nie jest zbyt... dziwne? Niesmaczne? Ohydne? Idzie przywyknąć. W końcu to tylko krew, a ja pomiędzy łapami trzymam moje szczenię. Przyszłego najlepszego lekarza, najwybitniejszego naukowca, przyszłego Boga i waleczny jak lew sercu..? Kto wie? Witaj Maroon. Mój kochany synku. I.. czekaj. Czy mi się wydaje, czy Marion jest trochę.  Ekhe  jaśniejszy? Uniosłem wzrok patrząc na Horizona, ktory ewidentnie miał na sobie ciemne plamy, a następnie na Maroona. Jasnego, że o cholera.
- Znachorze?.. - zawołałem go przyglądając się czystemu już liskowi. - Czy to normalne, że jest taki jasny?
Znachor przejrzał się mu i tylko podniósł na chwilę ramiona.
- Nie jest aż tak jasny. Częściowo wdał się za Hestrą. Ciesz się, że nie całkiem, bo byłby nakrapiany.
Nie pytałem go, skąd to się, ale musiałem przyznać mu rację. Przytuliłem maleństwo do siebie i przysunąłem je do brzuszka rudej. Przyłożyłem pyszczek do brzuszka ciemniejszego Horizona. Mam dwóch synów. Będą rośli, rozwijali się, w końcu założą własne rodziny  Znachor wyszedł na zewnątrz, a ja odwrocilem się w stronę Chalize i intensywnie i czule ją pocałowałem.
- Dałaś radę. Mamy dwóch pięknych chłopców. - uśmiechnąłem się z ulgą.
Przypatrzyłem się jej. Była cała mokra i zaczynała się trześć. Na jej mordę malowało się jak nigdy przedtem zmęczenie, ale nadal była piękna jak zwykle. Widziałem, że lada chwilą zaśnie. Momentalnie poczułem na sobie chłód. Podszedłem do jednej szafek i znalazłem starą suszarkę do włosów. Nieźle. Może być. Podłączyłem ja do jakiegoś dziwnego ustrojstwa dającego prąd i przesunąłem czarny guzik. Z urządzenia zaczęło cicho lecieć cieplejsze powietrze. Przylozyłem ją do zimnej sierści lisiczki cierpliwie ja susząc.


  1. Rudzielko?:**


Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- W końcu przyszłaś! - zawołałem zbawiennym głosem - Hmm, a śniadanko?
- Nie znalazłam nic dobrego - odrzekła lisica bez większej chęci - Dziwnie się czuję.
- Może lepiej będzie, jak pójdziesz do norki i jeszcze trochę poleżysz, a ja przyrządzę coś smacznego i wyjątkowego - stwierdziłem z troską. Lori grzecznie podreptała do norki, a ja przez chwilę dalej sterczałem w miejscu, zastanawiając się, co zdarzyło się jej na tej wyprawie. jeszcze rano była szczęśliwa... Akurat wtedy przed moimi oczyma przebiegł szarak, to wyrwało mnie z zamyślenia - jakby tu nie wykorzystać takiej okazji, gdy śniadanie samo się znajduje?
Dzielnie dzierżąc wynik łowów, o ile tak można nazwać to krótkie polowanie powróciłem do jamy. Partnerka bez entuzjazmu zajmowała skrawek łóżka.
- Coś się stało? Co robiłaś na tej wyprawie? - zapytałem. Martwiłem się jej obecnym stanem, na pewno nie mógł się wziąć znikąd.
- Nic - ucięła, a po chwili dodała - Trochę boli mnie brzuch!
- Może z głodu? Popatrz, złapałem pokaźnego szaraka. Możesz zjeść całego, ja nie jestem głodny - ofiarowałem się, kładąc przed Rudą śniadanie. Skosztowała go, ale takiej reakcji nigdy bym się nie spodziewał.
- Według mnie jest za twarde.
- Przecież... Jadłaś gorsze mięsa tysiące razy, ten akurat jest bardzo ładny!
- Wydaje mi się tak, nie smakuje mi - stwierdziła. Z jakiegoś powodu te słowa bardziej mnie zdenerwowały.
- Skoro tak, to sama sobie upoluj! - podniosłem głos i zdecydowanym krokiem wyszedłem z nory. Miałem ochotę tylko wyłożyć się na kamieniu i wygrzewać na słońcu, ale tuż przed norką umiejscowić się nie mogłem. Musiałem więc trochę dojść, co jeszcze bardziej mnie rozeźliło. Może ten związek to nie był dobry pomysł? Nie, w głębi serca czułem, że dalej kocham Lori ponad wszystko. Ale te jej zachowania zdecydowanie wytrąciły mnie z równowagi. Co się z nią stało? Dalsze moje rozmyślania musiały poczekać, ponieważ prażące słońce sprawiło niezwykłą senność.
***
Kiedy znowu otwarłem oczy, byłem pewien, że niewłaściwie się zachowałem. Nie ważne, co, i tak żywię miłość do mojej partnerki. Przeciągnąłem się i szybkim krokiem skierowałem z powrotem do naszego mieszkanka. Miałem tylko nadzieję, że lisica mi wybaczy...
Znowu siedziała na materiale, lecz tym razem jej wzrok był żywy i niespokojny. Kiedy przekroczyłem próg, natychmiast wstała z lekkim uśmiechem, ale też skruchą na twarzy.
- Przepraszam, że tak powiedziałem...  - zacząłem - Może te mięso rzeczywiście nie było w porządku?
- Nie, to ja cię przepraszam! Chciałam ci coś oznajmić... - odpowiedziała, kołując wzrokiem po uklepanej podłodze. Widać było, że jej uśmiech z każdą sekundą się rozszerzał, aż w końcu, nie mogąc wytrzymać wybuchnęła:
- Będziemy mieli szczenięta!
Prze chwilę stałem w bezruchu, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem
- Nnna... Naprawdę? - moje serce już przepełniło się niewyobrażalnym szczęściem, ale rozum wciąż porównywał fakty.
- Tak! W czasie, w którym zniknąłeś byłam u znachora i... I stwierdziłam, że boli mnie brzuch, a ten... Ten mnie zbadał i odpowiedział, że zostanę matką! Co prawda to dziwne, że objawy zaczęły się tak wcześnie, ale są niepodważalne! - tłumaczyła, z każdą chwilą szczęścia było coraz więcej.
- Na Sun, och, jak ja się cieszę! - wrzasnąłem, prawie dusząc żonę w uścisku. Po chwili radości dodałem jeszcze trochę ciszej - W takim razie to ja przepraszam, że tak nie uważałem...
- Przecież nie wiedziałeś! A zresztą co było, to będzie. Jestem okropnie głodna!
- Dla mojej księżniczki wszystko, co tylko zapragnie - szarmancko się ukłoniłem - Najdelikatniejsze mięso idealnie przyprawione, z kremową polewą i wszystkim innym, co tylko zapragnie.
Tak naprawdę radość była największa, przepełniała każdą moją część ciała, bez wyjątku. Przedwczoraj zostałem partnerem, wczoraj - mężem, a już za niedługo... Ojcem!

Lori? ♥♥♥

Ciąża!

Lori jest w ciąży z Brooke!

Matka: Lorianna
Ojciec: Brooke
Liczba szczeniąt: 3 ( 2 lisiczki i 1 lisek)
Rasa szczeniąt: lis rudy
Data narodzin: 13.06.2017
Lekarz prowadzący: Harpagon


Od Lori C.D opowiadania Brooke'a

Promienie słoneczne zaczęły nacierać na moje biedne zamknięte oczka, w naturalnym odruchu machnęłam łapą jakby światło było natrętnym komarem, lecz oczywiście ten gest nie przeszkodził 
w odgonieniu blasku.
 - Sun, wygrałaś, już wstaję... - mruknęłam cicho, jednocześnie przeciągając się. Mój mąż jeszcze odsypiał wczorajszą szaloną noc, a ja uśmiechnęłam się lekko. Nie miałam zamiaru go budzić, 
ale w końcu becie nie wypada późno wstawać... Do mojej pustej głowy przyszedł wielkimi krokami pewien pomysł na obudzenie mojego partnera - oblanie go zimną wodą z jeziora. 
Wyszłam spokojnie z norki i złapałam za stojące obok wiaderko, myśl o 'niespodziance' jaką zrobię Brooke motywowała mnie, więc nie powstrzymało mnie burczenie w żołądku który najwyraźniej zapomniał o wczorajszej kolacji. 
Korzystając z tego, że nikt mnie nie obserwował nabrałam trochę wody do wiadra, oczywiście ta czynność nie odbyła się bez wpadek. Po krótkiej chwili cała przemoczona złapałam rączkę prawie, że pustego 'naczynia'. Na nieszczęście właśnie w tym momencie usłyszałam jak samiec wychodzi moim śladem z legowiska, jego krok był jeszcze dosyć niepewny, ale widać było, że lis chyba domyślił się mojego planu. 
 - Witaj kochanie! - przywitałam się doskakując do Brooke'a.
 - Dobry dzionek! - poczułam jak mój mąż delikatnie opiera o mnie głowę, ale czując, że mam mokre futro błyskawicznie ją odsunął.
 - Chyba jest jakiś minus mieszkania przy jeziorze, teraz pewnie co ranek będziesz do niego wskakiwała, a potem nie ostrzegała, że jesteś mokra... - uśmiechnął się, ale widać było, że był chyba jeszcze zbyt zmęczony by wyjść z ciepłego legowiska.
 - To ja coś upoluję na śniadanie... - powiedziałam tonem który nie znosił sprzeciwu, Brooke otworzył pyszczek by zaprzeczyć, ale zanim cokolwiek dodał, zdał sobie sprawę z brzmienia 
mego głosu. Dałam długiego susa w pobliskie krzaki, próbując wywęszyć jakąś zwierzynę, ale to chyba nie było wykonalne - do moich nozdrzy dochodził jedynie słodki zapach pobliskich kwiatów. Muszę przyznać, że było w nim coś hipnotyzującego, więc mimowolnie porzuciłam zamiar zaatakowania jakiegoś niespodziewającego się niczego szaraczka na rzecz skoczenia pomiędzy wspaniałe rośliny. Jak pomyślałam tak zrobiłam, więc już po chwili tarzałam się w białych płatkach.
Musiałam stracić poczucie czasu, ponieważ w pewnym momencie w którym trzymałam jeden
z kwiatków wyjątkowo blisko swojego pyszczka, usłyszałam głos mojego już wypoczętego partnera. Poczułam się jakbym była obudzona z jakiegoś transu, co za skutkowało... przypadkowym połknięciem rośliny.

Brooke?

niedziela, 11 czerwca 2017

Od Brooke'a C.D opowiadania Lori

- Nie, nie, nie, jestem już wykończony! Lori, ty tłumacz te kroki, nie dam rady - spojrzałem błagalnie w stronę Lori, która dyskretnie podjadała którąś z potraw. Była już noc, ale wesele trwało w najlepsze - wszyscy świetnie się bawili, z wyjątkiem szczeniąt, które oczywiście już trochę temu poszły do łóżek. Muzyka głośno grała, jedzenia nie było brak, zewsząd słychać było głośne rozmowy.
- Spróbuj tego! - zamiast poratowania mnie żona wskazała kawałek tłustej sarny, wykwintnie przyprawionej i podanej w ten sposób, że nawet mnie pociekła ślinka. Bufet był po brzegi wypełniony podobnymi potrawami, wyglądały na równie smaczne. Tak naprawdę mój żołądek był równie pełny, ale jeszcze jeden, mały kęs nie zaszkodzi...
- Pozwólcie, że na początku zaspokoję głód - skłamałem i ulotniłem się z parkietu, na szczęście goście nie zatrzymywali.
- Racja, przepyszne! - przyznałem, próbując tego i owego. Popatrzyłem na niebo - gwiazdy lśniły tak mocno, jak w noc, w którą oświadczyłem się partnerce. Przyciągnęły całą moją uwagę, znowu zapragnąłem siedzieć i wpatrywać się w nie. Oczywiście zawsze razem z Lori.
- Wiesz co... Może uciekniemy na chwilkę z imprezy, żeby ochłonąć i złapać trochę świeżego powietrza? - zaproponowałem.
- Tak, to dobry pomysł - Ruda złapała mnie za łapę i pobiegła wąskim przesmykiem między stołami. Po chwili byliśmy na drugiej części skarpy, znowu sami. Klapnęliśmy na mokrej trawie i przyglądaliśmy się migającym ciałom niebieskim. Przybliżyłem się do żony i szepnąłem jej na ucho:
- Lisic na świecie jest tyle, co tych gwiazd, ale żadna z nich nie świeci większym blaskiem, niż ty.
Przesłała mi najszczerszy uśmiech, na co odpowiedziałem tym samym.
- Wiesz co? Wpadło mi coś na myśl...
- Mi też - przerwała Lori, posyłając kolejną, tym razem tajemniczą minę. Znowu liczyliśmy się tylko my, weselni goście mogli poczekać. To była nasza noc, szalona i najpiękniejsza noc.

Lori? Pseeplasam, że takie króciutkie, ale jest 23 w nocy (heh), i nie dałam rady cokolwiek rozciągać i opisywać - a co dopiero wchodzić w życie prywatne lisiełków... Na pewno nie chciałam nie zdążyć, więc coś wybazgrałam xD

Od Lori C.D opowiadania Brooke'a +ślub

Byłam taka radosna! Aż trudno było uwierzyć, że w tej chwili ktoś na świecie może się smucić lub nie czuć tego pozytywnego nastroju którym wręcz emanowałam. W końcu dzień ślubu jest ponoć najszczęśliwszym dniem w życiu!
 - Wszystko dopięte na ostatni guzik! - uśmiechnęłam się, rzucając ciepłe spojrzenie
w stronę Brooke'a. Czułam, że ze swojej radości mogłabym wręcz latać nad kłębiastymi chmurami!
 - A jakie mamy plany na przyszłość? - zapytał się samiec równie szczęśliwy.
 - Hmm... Na razie skupmy się na tym co jest obecnie! - odpowiedziałam, wiedząc, że rozmyślanie nad przyszłością w takim momencie nie jest wskazane.
Po kilku minutach rozdzieliliśmy się, Brooke miał być już przed improwizowanym 'ołtarzem', a ja według zwyczaju powinnam dopiero podczas uroczystości tam dojść.
 - Według zwyczaju powinnam mieć na sobie - przypomniała mi się pewna zasada. - coś starego,
coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego... - ku mojemu zadowoleniu miałam na sobie wszystkie wskazane elementy. Podczas tego zajęcia, udało się mi dojść do Pelikara który zgodził się się odprowadzić do 'ołtarza'.
  - Witam szanowną damę! - ukłonił się lekko na mój widok i jakby czekając na ten moment usłyszałam dzwony, to znaczy z ludzkiego radia które posiadał jakiś członek sfory.
Ceremonia się zaczęła.
 - To idziemy! - powiedziałam do siebie. Prowizoryczne drzwi otworzyły się i do moich uszu dotarła znana melodia, charakterystyczna dla ślubu. Przeszliśmy przez próg i ruszyliśmy po zielonym dywanie z miękkiej trawy. Rozejrzałam się, goście patrzyli się na mnie uśmiechnięci, a ja poczułam jak robi się mi ciepło na sercu. Pomiędzy nieznanymi mi członkami stada przewijały się znane pyski, w pewnym momencie poczułam jak powoli opadają na mnie płatki kwiatów, pewnie tych samych które widziały jak Brooke mi się oświadcza... Pomyśleć, że jeszcze niedawno nie zdawaliśmy sobie sprawy o istnieniu przyszłej drugiej połówki! A kiedyś myślałam, że nigdy nie poczuję tej sławnej miłości na sobie...
Powoli i dostojnie podeszłam z Pelikarem w stronę podwyższenia, ten ważny moment się zbliżał... Poczułam przyjemny dreszczyk na plecach...
Brooke podszedł w stronę schodka i lekko ukłonił się, a czarny lis skinął głową z zakłopotaniem. Nabrałam powietrza i postawiłam swoje łapki w wyznaczonym miejscu, już znajdowałam się na platformie z wielkiego płaskiego głazu. Mogłam z niego dokładniej się przyjrzeć całej 'sali',
która była praktycznie cała (łącznie z gośćmi) pokryta kwiatami i ich płatkami. Wszędzie unosił się piękny zapach róży, jaśminu i kilku innych przyjemnie pachnących roślin. Uśmiechnęłam się już kolejny raz tego wspaniałego dnia i odwróciłam głowę w stronę równolegle stojącego Brooke'a.
Harp najwyraźniej pierwszy raz udzielał ślubu, więc po prostu czytał wszystko co normalnie powinno być wyrecytowane z pamięci. W sumie to nawet nie jestem pewna o co chodziło,
ponieważ wpatrywałam się w błyszczące maślane oczy mojego partnera i można powiedzieć,
że zapadłam w coś w rodzaju transu, po chwili jednak obudziły mnie słowa:
 - Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
 - Chcemy. - odpowiedzieliśmy zgodnie.
 - Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?
 - Chcemy.
Odetchnęłam z ulgą, nie popełniłam na razie żadnej gafy, teraz najtrudniejsze zadanie...
 - A teraz poznajmy treść przysiąg małżeńskich! - powiedział Harp, na chwile nie patrząc do tekstu.
 - Ja Brooke, biorę ciebie Lorianno za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nigdy cię nie opuszczę aż do śmierci.
Po chwili powtórzyłam te słowa ( oczywiście zamieniając imiona) i poczułam, że już chyba nic nie powinno pójść źle. Usłyszałam jak ktoś przynosi pudełko w którym znajdowały się obróżki.
Moje serce zdecydowanie mocniej zabiło, związek małżeński wystarczyło jeszcze tylko zapieczętować.
 - Więc zgadzacie się zostać mężem i żoną? - wyczułam jak spojrzenia wszystkich obecnych wręcz świdrują nas z niecierpliwości.
 - Tak! - prawie krzyknęliśmy. Włożyłam obróżkę na szyję i posłałam piękny promienny uśmiech
w stronę mojego męża.
 - Możesz pocałować swoją żonę. - rzekł Harpagon do Brooke'a, nie musiałam długo czekać by nie poczuć jak nasze pyszczki się łączą. Po sali przebiegły gromkie wiwaty.
*
Wszyscy spojrzeli się na nas zdziwieni, cóż w końcu nikt oprócz nas nie wiedział o ścieżce śmierci
i o tańcu którego byliśmy zmuszeni się nauczyć. Jeszcze niedawno konieczność - dziś przyjemność, tak chodzi tutaj o walc... W sumie to śmiesznie było patrzeć na zdziwione miny gości,
kiedy zobaczyli jak podnosimy się na tylne łapy i przy taktach wybranej przez nas nuty zaczynamy lekko sunąć po przygotowanym specjalnie parkiecie. Po chwili zdumienie wymalowane na pyskach lisów ochłonęło i ustąpiło miejsca podziwowi, ten czy tamten zaprosił swoją partnerkę do tańca
i spróbował naśladować nasze ruchy.
Odstaw, dostaw, odstaw, dostaw. Raz, dwa, trzy. I od początku.
 - Brooke, kocham cię, wiesz? - zadałam retoryczne pytanie i spojrzałam się w oczy partnera,
w których jak w lustrze odbijała się szczera miłość.
 - Ja ciebie bardziej... - mruknął mi do ucha.
 - Nie, ja ciebie bardziej! - udałam lekko obrażoną.
 - Wiesz co to oznacza? - samiec zrobił tajemniczą minę, a przytaknęłam by mówił dalej. - Ktoś z nas jest kłamcą! - rzucił żartobliwym tonem. Zaśmiałam się cicho i przystanęłam obok bufetu, który miał iście szeroką gamę smaków: od słodkowodnej ryby, przez sarnę, do owoców leśnych i wiele więcej smakowitych kąsków które były niebem dla podniebienia. Wiedziałam, że przydałoby się posłać pozdrowienia gościom którzy postanowili przynieść swoje jedzenie na wesele. Dyskretnie zabrałam
z misy trochę soczystego mięsa szaraka i korzystając z tego, że cała uwaga skupiła się na moim partnerze który był zmuszony jakoś tłumaczyć kroki do tańca, wepchnęłam jedzenie do pyszczka,
cóż panna młoda też bywa na weselach głodna!

Brooke? <3 Pobiłam!