Powili otworzyłam swoje zaspane ślepia, tak bardzo nie chciało mi się wstawać! Rozejrzałam się dookoła i ze zdziwienia aż otworzyłam pyszczek. Przez całą noc spałam na jakiejś polance? Nie...
Wspomnienia z wczorajszego wieczoru niespodziewanie do mnie wróciły, te wszystkie gwiazdy na nieboskłonie, kwiaty oraz... jego miękkie jasne futro. Aż przymknęłam oczy na to wspomnienie...
ale szybko wróciłam na ziemię. Gdzie był Brooke? Nerwowo objęłam pobliskie krzaki wzrokiem, odszedł? Coś go porwało? O Boże! Oby nic mu się nie stało!
Błyskawicznie wstałam, ale to nie było potrzebne - w tym samym momencie zza listowia wychyliła się głowa mojego partnera.
- Patrz co dla ciebie mam! - uśmiechnął się i na chwilę zniknął w gąszczu liści.
Usłyszałam jakieś szuranie, lis prawdopodobnie coś właśnie przenosił.
- Brooke? - podeszłam w tamtą stronę nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać.
- Ruda, chodź tutaj!
Uczyniłam kilka niespokojnych kroków w tamtą stronę i moim oczom ukazał się ciekawy widok -
na przewalonym (dosyć płaskim) pniu drzewa znajdował się obrus z zielonych liści, a co na nim? Elegancko przygotowana dzika gęś otoczona owocami leśnymi.
- Voilà! Gotowe, ładnie wyszło? - uśmiechnął się samiec jednocześnie siadając na jakimś pieńku. Rozejrzałam się, tuż obok mnie był drugi taki sam, uśmiechnęłam się i wskoczyłam na to 'krzesło'.
- To jest do jedzenia? - zapytałam się trochę głupio, niezbyt wiedziałam jak według etykiety się prosi o takie rzeczy.
- A co do patrzenia? - Brooke nie czekając odgryzł kawałek mięsa. I takie rzeczy to ja rozumiem! Przez kilkanaście minut pałaszowaliśmy przepyszne mięcho tego ptaka który 'przypadkowo' wszedł pod łapy lisowi. Po chwili najedzeni leżeliśmy na miękkim mchu.
- Wiesz? Chwile jakie z tobą spędzam to najlepsze momenty mojego życia... - przybliżyłam się
do samca. To zapowiadało się na przyjemną chwilę... i taką było.
- Brooke, a na kiedy ustalimy datę ślubu? - zapytałam się cicho.
- Może... jutro? - lis spojrzał się w moje oczy, a ja posłałam mu ciepły uśmiech.
Czekanie tygodniami było zbyteczne.
- Musimy powiadomić o tym alfy... Chali i Ace jeszcze nie wiedzą, że jesteśmy parą... - wstałam na równe łapy, mu tu gadu-gadu, a formalności czekają!
Zaśmiałam się cicho na minę, kiedy dowiedzą się, że dopiero co mają samicę beta, a tu nagle ta następnego dnia ma już drugą połówkę. Miałam tylko nadzieję, że zrozumieją i osądzą to bez pochopnych wniosków.
Brooke? Nie ma to jak zepsuć romantyczność dla formalności! xD
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Od Lizzie
Jak zwykle, eh, nic się nie dzieje. To samo nudne niebo, te same nudne kwiaty, te same nudne ptaki... Jak zwykle, nihil novi, nic nowego. Postanowiłam się więc zapuścić w tereny, na które nikt nie wchodzi...
***
Udałam się więc do nory Mazikeena, może przynajmniej teraz będzie wszystko u niego dobrze i nie będzie rzucał mi się do gardła. Potruchtałam w tamtą stronę, jednocześnie zadając sobie wiele pytań. Co sprawiło, że jest jaki jest? Przecież żaden lis nie rodzi się zły, a już na pewno nie tak zły jak Mazik. Nie, to po prostu niemożliwe, być tak złym, tak przesiąkniętym mrokiem, aż do szpiku kości. Nie, to na pewno nabyte... Mazikeena zastałam w jego norze. Siedział skulony, przygarbiony. Jego oczy były dziwnie matowe i przekrwione.
- Nie... boisz się mnie? - zamruczał gardłowo, kierując spojrzenie w moją stronę. - Nie?
- No... - Przez krótką chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Właśnie w tej krótkiej chwili dostrzegłam pianę w jego pysku, zabarwioną na różowo. Różowo? - O bogowie, Mazik, jesteś chory...
- To wy jesteście chorzy. - zacharczał, zanosząc się kaszlem. Potem splunął na ziemię, a w jego ślinie była krew. - Lepiej stąd zmykaj, ale to już...
Szybka analiza... Krew, agresja, otępienie, światłowstręt. Diagnoza? Wścieklizna... O bogowie, trzeba o tym kogoś poinformować!
Ktoś?
***
Udałam się więc do nory Mazikeena, może przynajmniej teraz będzie wszystko u niego dobrze i nie będzie rzucał mi się do gardła. Potruchtałam w tamtą stronę, jednocześnie zadając sobie wiele pytań. Co sprawiło, że jest jaki jest? Przecież żaden lis nie rodzi się zły, a już na pewno nie tak zły jak Mazik. Nie, to po prostu niemożliwe, być tak złym, tak przesiąkniętym mrokiem, aż do szpiku kości. Nie, to na pewno nabyte... Mazikeena zastałam w jego norze. Siedział skulony, przygarbiony. Jego oczy były dziwnie matowe i przekrwione.
- Nie... boisz się mnie? - zamruczał gardłowo, kierując spojrzenie w moją stronę. - Nie?
- No... - Przez krótką chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Właśnie w tej krótkiej chwili dostrzegłam pianę w jego pysku, zabarwioną na różowo. Różowo? - O bogowie, Mazik, jesteś chory...
- To wy jesteście chorzy. - zacharczał, zanosząc się kaszlem. Potem splunął na ziemię, a w jego ślinie była krew. - Lepiej stąd zmykaj, ale to już...
Szybka analiza... Krew, agresja, otępienie, światłowstręt. Diagnoza? Wścieklizna... O bogowie, trzeba o tym kogoś poinformować!
Ktoś?
Od Brooke'a C.D opowiadania Lori
- Tak, okropnie dziwni, bo co prawda robią wielkie szkody, niszczą, co popadnie i wydają się tacy bezmyślni, ale jednocześnie posiadają taką wiedzę, jaką inny gatunek nigdy nie byłby w stanie - tłumaczyłem - Jak to możliwe? Że stworzenie tak mądre jest tak głupie?
- To paradoks na inny czas - uspokoiła moje wierzgające emocje Lori, wtulając się w należącą do mnie, śnieżną sierść. Przez chwilę siedzieliśmy w melancholijnej ciszy, przerywanej tylko koncertem świerszczy oraz szumami lekkiego wietrzyku, który smagał nasze futerka. Gwiazdy migały, tak pięknego nieba jeszcze nigdy nie widziałem. Ani jednej przysłaniającej chmurki! Moja partnerka też to zauważyła, przyglądała się granatowemu sklepieniu pełnym zadumy wzrokiem.
- Lubisz patrzyć w gwiazdy? - szepnąłem do jej rudego ucha.
- Uwielbiam... - rozmarzyła się samiczka, nie odrywając oczu od nieboskłonu.
- Ja też! Patrz, tam jest Gwiazdozbiór Lisa - podniosłem łapkę w stronę jednej z konstelacji - Pewnie chroni nas przed nieszczęściami i otacza opatrznością...
- A ten? - Lori wskazała zbiór świetlistych ciał niebieskich układających się w kształt litery W.
- To Kasjopea, bardzo rozpoznawalna. Ale najważniejsza i najjaśniejsza jest Gwiazda Polarna!
- Hmm... Jest kilka dużych, która to?
- Widzisz Wielką Niedźwiedzicę?
- Tak, o ta!
- Właściwie to też Wielki Wóz, żeby znaleźć Polaris, trzeba wziąć furmankę, czyli odcinek między tymi dwoma gwiazdami. I ciągniesz w górę razy pięć!
- Mam ją - stwierdziła samica, radując się jak mała dziewczynka - Och, jak ja się cieszę, że cię mam...
Kolejny raz wtuliła się w moje futro i ciągnęła.
- Gwiazdy kojarzą mi się z marzeniami i nieodkrytymi planetami... Są takie piękne!
- Prawda, i tajemnicze. Jakby kryły przepowiednię - potwierdziłem. Przez chwilę jeszcze trwaliśmy w bezruchu, wgapiając się w gwiazdy. Leżeliśmy przytuleni do siebie, gwiazdy spały. Lori powoli zasypiała, a ja znowu poczułem się najszczęśliwszym lisem na świecie. Kątem oka dostrzegłem spadającą gwiazdę. Lisi zwyczaj był taki, żeby pomyśleć życzenie. Ja nie musiałem. Moje największe już się spełniło.
Lori? Oni zasnęli ♥
- To paradoks na inny czas - uspokoiła moje wierzgające emocje Lori, wtulając się w należącą do mnie, śnieżną sierść. Przez chwilę siedzieliśmy w melancholijnej ciszy, przerywanej tylko koncertem świerszczy oraz szumami lekkiego wietrzyku, który smagał nasze futerka. Gwiazdy migały, tak pięknego nieba jeszcze nigdy nie widziałem. Ani jednej przysłaniającej chmurki! Moja partnerka też to zauważyła, przyglądała się granatowemu sklepieniu pełnym zadumy wzrokiem.
- Lubisz patrzyć w gwiazdy? - szepnąłem do jej rudego ucha.
- Uwielbiam... - rozmarzyła się samiczka, nie odrywając oczu od nieboskłonu.
- Ja też! Patrz, tam jest Gwiazdozbiór Lisa - podniosłem łapkę w stronę jednej z konstelacji - Pewnie chroni nas przed nieszczęściami i otacza opatrznością...
- A ten? - Lori wskazała zbiór świetlistych ciał niebieskich układających się w kształt litery W.
- To Kasjopea, bardzo rozpoznawalna. Ale najważniejsza i najjaśniejsza jest Gwiazda Polarna!
- Hmm... Jest kilka dużych, która to?
- Widzisz Wielką Niedźwiedzicę?
- Tak, o ta!
- Właściwie to też Wielki Wóz, żeby znaleźć Polaris, trzeba wziąć furmankę, czyli odcinek między tymi dwoma gwiazdami. I ciągniesz w górę razy pięć!
- Mam ją - stwierdziła samica, radując się jak mała dziewczynka - Och, jak ja się cieszę, że cię mam...
Kolejny raz wtuliła się w moje futro i ciągnęła.
- Gwiazdy kojarzą mi się z marzeniami i nieodkrytymi planetami... Są takie piękne!
- Prawda, i tajemnicze. Jakby kryły przepowiednię - potwierdziłem. Przez chwilę jeszcze trwaliśmy w bezruchu, wgapiając się w gwiazdy. Leżeliśmy przytuleni do siebie, gwiazdy spały. Lori powoli zasypiała, a ja znowu poczułem się najszczęśliwszym lisem na świecie. Kątem oka dostrzegłem spadającą gwiazdę. Lisi zwyczaj był taki, żeby pomyśleć życzenie. Ja nie musiałem. Moje największe już się spełniło.
Lori? Oni zasnęli ♥
Od Pelikara
Nieśpiesznie przemykałem pomiędzy krzakami, nie musiałem się zbyt śpieszyć - teraz polowałem jedynie by uzupełnić zapasy, które w ostatnim czasie zaczęły znikać szybciej niż zwykle.
Niesamowity zapach żywicy roznosił się w powietrzu, owady choć denerwujące latały wkoło jakby we wspaniałym tańcu. Powoli zapominałem o swoim celu, po prostu spacerowałem po lesie...
tak dla przyjemności...
Ach, pamiętam te czasy kiedy szumiące liście drzew były jedynie marzeniem biednego liska żyjącego za kratami zimnej kratki. Wbrew pozorom nie cierpiałem tam zbyt, byli tam ci nieliczni dobrzy ludzie którzy traktowali mnie jako przyjaciela, a nie maszynkę do pieniędzy, jedynie czasami zamykałem oczy i wyobrażałem sobie życie wolnego stworzenia... Ciekawe jakie są dalsze losy reszty trupy cyrkowej? Może wrócę się po swoich śladach i ruszę śladem innych?
Rozejrzałem się dookoła, chyba nikogo w okolicy nie było...
- Mam nadzieję, że nie zapomniałem tych sztuczek... Niektóre są nawet przydatne...
W jednym momencie podniosłem się na tylne łapy, widząc, że to nie sprawia mi
większego problemu, jednym susem przeniosłem się na dwie przednie łapy. Z tą sztuką zawsze były jakieś wątpliwości, więc nie wykonywałem jej na pokazach, w sumie to jedynie mój trener oraz Nick wiedzieli o tej umiejętności. Pamiętam jeszcze tego lisa, to on opowiedział mi o wspaniałości życia poza kratami...
Przeskoczyłem zgrabnym skokiem przez jakiś wartki strumyk. W ostatnim czasie dosyć dużo chwil poświęcałem wspomnieniom o 'starym' życiu... A gdyby tak kiedy Klemens i Mira podrosną wybrać się na wyprawę?
Nie zdążyłem w myślach dodać niczego więcej, ponieważ niespodziewanie do mojego nosa dotarł zapach jakiegoś szaraka, cóż historia historią, żołądek sam się nie zapełni!
Potruchtałem żwawo w tamtą stronę, ale... ktoś już tam był.
Jakaś nieznana Pelikarowi postać?
Niesamowity zapach żywicy roznosił się w powietrzu, owady choć denerwujące latały wkoło jakby we wspaniałym tańcu. Powoli zapominałem o swoim celu, po prostu spacerowałem po lesie...
tak dla przyjemności...
Ach, pamiętam te czasy kiedy szumiące liście drzew były jedynie marzeniem biednego liska żyjącego za kratami zimnej kratki. Wbrew pozorom nie cierpiałem tam zbyt, byli tam ci nieliczni dobrzy ludzie którzy traktowali mnie jako przyjaciela, a nie maszynkę do pieniędzy, jedynie czasami zamykałem oczy i wyobrażałem sobie życie wolnego stworzenia... Ciekawe jakie są dalsze losy reszty trupy cyrkowej? Może wrócę się po swoich śladach i ruszę śladem innych?
Rozejrzałem się dookoła, chyba nikogo w okolicy nie było...
- Mam nadzieję, że nie zapomniałem tych sztuczek... Niektóre są nawet przydatne...
W jednym momencie podniosłem się na tylne łapy, widząc, że to nie sprawia mi
większego problemu, jednym susem przeniosłem się na dwie przednie łapy. Z tą sztuką zawsze były jakieś wątpliwości, więc nie wykonywałem jej na pokazach, w sumie to jedynie mój trener oraz Nick wiedzieli o tej umiejętności. Pamiętam jeszcze tego lisa, to on opowiedział mi o wspaniałości życia poza kratami...
Przeskoczyłem zgrabnym skokiem przez jakiś wartki strumyk. W ostatnim czasie dosyć dużo chwil poświęcałem wspomnieniom o 'starym' życiu... A gdyby tak kiedy Klemens i Mira podrosną wybrać się na wyprawę?
Nie zdążyłem w myślach dodać niczego więcej, ponieważ niespodziewanie do mojego nosa dotarł zapach jakiegoś szaraka, cóż historia historią, żołądek sam się nie zapełni!
Potruchtałem żwawo w tamtą stronę, ale... ktoś już tam był.
Jakaś nieznana Pelikarowi postać?
niedziela, 4 czerwca 2017
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Ta chwila... Nic nie mogło jej tak po prostu przerwać... Wszystko, co było na świecie, czy to kwiat, czy to stworzenie, czy to strumień, w jednym zgodnym ruchu wzmacniało romantyczność
tego momentu. Otworzyłam swoje oczy, by móc zobaczyć jego - jeśli się zgodzę, mojego partnera, ale czy można przerwać te wspaniałe sekundy pocałunku dla kilku słów?
Powoli oderwaliśmy się od siebie.
- Tak! - rzuciłam się na szyję Brooke'a, byłam taka szczęśliwa! Radość rozpierała mnie od końcówki ogona po mój czarny nosek. Upadliśmy na miękką trawę i przeturlaliśmy się z dala od przepaści.
Temu wszystkiemu towarzyszyły ciche ciepłe słówka "kocham cię", ta chwila była przewspaniała...
Po kilku minutach wstaliśmy, wciąż zachwyceni ustaleniem partnerstwa.
- Brooke... - zaczęłam niepewnie, kiedy lekko ochłonęliśmy.
- Tak?
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś teraz betą?
O dziwo, te słowa nie zrobiły na nim wrażenia.
- Tak powiadasz? - uśmiechnął się i pieszczotliwie złapał mnie za uszko, nie odpowiedziałam tylko wtuliłam się w jasne futro lisa.
- Trzeba teraz zrobić wszystkie formalności... - prawdziwa ja, w takim momencie zacznę gadać
o papierkowej robocie.
- Jutro... - odpowiedział spokojnie samiec, podnosząc głowę. - Wyobraź sobie miny alf kiedy wybudzimy ich ze snu i powiemy im o tym wszystkim...
- W sumie... Kochanie, ale zrobimy uroczysty ślub? - zapytałam się patrząc w błyszczące oczy mojego partnera, a ten pomachał twierdząco głową.
- Takie z gośćmi, kwiatami... - zaczął powoli wymieniać.
- Kwiaty już były, ale ich nigdy nie za dużo! - rozpromieniłam się jeszcze bardziej, jednocześnie delikatnie głaszcząc łapką płatki jednej z dzikich róż. Ten wieczór był chyba najlepszym
w moim życiu, miałam kochającego partnera...
Niespodziewanie zza krzaka wyskoczył nieduży zajączek, ale widząc, że wszedł
pomiędzy drapieżniki, szybko pokicał z powrotem. Z niewiadomych przyczyn, nawet przez myśl mi nie przeszło by zaatakować tego szaraczka, w sumie to w ogóle przez tą noc nie chciałam zabić jakiegokolwiek stworzenia... Położyłam się na miękkim mchu i zaczęłam wpatrywać się w pysk lisa. Kto by pomyślał, że spotkany przypadkowo samiec okaże się moją drugą połówką?
W pamięci powoli przemijały mi sceny spotkania... To jak wpadłam na niego przez przypadek, porwanie przez gremliny, ścieżka śmierci...
- Brooke...
- Tak, Ruda?
- Jak brzmi twoje prawdziwe imię? - zapytałam się, jednocześnie siadając. Przez chwilę myślałam, że lis odmówi udzielenia mi odpowiedzi, ale tak się o dziwo nie stało.
- Gallardo, rodzice tak mnie nazwali, ale... nie podobało mi się, więc zacząłem się przedstawiać bardziej powszechnym imieniem które znasz. - uśmiechnął się i zapatrzył się w stronę Księżyca.
- Mimo iż jesteśmy partnerami to nic nie wiemy o swoich przeszłościach... - powiedziałam,
ale w moim głosie nie było żadnej nutki wyrzutu.
- Wiesz, w końcu chyba się liczy tu i teraz? Ale tak naprawdę to możemy trochę
o sobie poopowiadać... - Brooke usiadł tuż obok mnie.
Zamknęłam lekko oczy oddając się wspomnieniom które jak się mi wydawało - napływały wraz
z każdym tchnieniem wiatru.
- Urodziłam się w jakieś skromnej ludzkiej szopie, w sumie to nie mam co o niej opowiadać: prosta, drewniana, ale dalej. Mój pierwszy rok życia był istną sielanką, razem z szóstką rodzeństwa uczyłam się pod okiem matki, ojciec cały czas chodził na polowania, więc nie poznałam go dokładnie... Pewnego dnia który wydawał się być normalny, usłyszeliśmy czyjeś kroki, kroki człowieka... - zacięłam się, te myśli były zbyt dramatyczne, ale lis poklepał mnie delikatnie po karku, co o dziwo dodało mi otuchy. - Zaczęliśmy uciekać... ale uciec żywym nie wszystkim było dane, tato i ponad połowa miotu została zastrzelona...
Łzy powoli skapywały mi po pysku, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać w takim momencie, zaczęłam mówić dalej, o rozdzieleniu się i o innych moich przygodach które wydarzyły się podczas mojej długiej tułaczki. Kiedy skończyłam, rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę Brooke'a.
- Teraz moja kolej? - zapytał się i nie czekając na odpowiedź rozpoczął opowiadanie swojej historii. Oparłam o niego głowę i zamieniłam się w słuch. Powoli przed moimi oczami przewijały się obrazy: szczęśliwego dzieciństwa samca, straszliwych ludzi niszczących las...
- Człowieki to dziwne stworzenia... - mruknęłam, kiedy lis umilkł. - Chcą sobie podporządkować wszystko co istnieje...
Brooke? Druga połówko mojej postaci!
tego momentu. Otworzyłam swoje oczy, by móc zobaczyć jego - jeśli się zgodzę, mojego partnera, ale czy można przerwać te wspaniałe sekundy pocałunku dla kilku słów?
Powoli oderwaliśmy się od siebie.
- Tak! - rzuciłam się na szyję Brooke'a, byłam taka szczęśliwa! Radość rozpierała mnie od końcówki ogona po mój czarny nosek. Upadliśmy na miękką trawę i przeturlaliśmy się z dala od przepaści.
Temu wszystkiemu towarzyszyły ciche ciepłe słówka "kocham cię", ta chwila była przewspaniała...
Po kilku minutach wstaliśmy, wciąż zachwyceni ustaleniem partnerstwa.
- Brooke... - zaczęłam niepewnie, kiedy lekko ochłonęliśmy.
- Tak?
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś teraz betą?
O dziwo, te słowa nie zrobiły na nim wrażenia.
- Tak powiadasz? - uśmiechnął się i pieszczotliwie złapał mnie za uszko, nie odpowiedziałam tylko wtuliłam się w jasne futro lisa.
- Trzeba teraz zrobić wszystkie formalności... - prawdziwa ja, w takim momencie zacznę gadać
o papierkowej robocie.
- Jutro... - odpowiedział spokojnie samiec, podnosząc głowę. - Wyobraź sobie miny alf kiedy wybudzimy ich ze snu i powiemy im o tym wszystkim...
- W sumie... Kochanie, ale zrobimy uroczysty ślub? - zapytałam się patrząc w błyszczące oczy mojego partnera, a ten pomachał twierdząco głową.
- Takie z gośćmi, kwiatami... - zaczął powoli wymieniać.
- Kwiaty już były, ale ich nigdy nie za dużo! - rozpromieniłam się jeszcze bardziej, jednocześnie delikatnie głaszcząc łapką płatki jednej z dzikich róż. Ten wieczór był chyba najlepszym
w moim życiu, miałam kochającego partnera...
Niespodziewanie zza krzaka wyskoczył nieduży zajączek, ale widząc, że wszedł
pomiędzy drapieżniki, szybko pokicał z powrotem. Z niewiadomych przyczyn, nawet przez myśl mi nie przeszło by zaatakować tego szaraczka, w sumie to w ogóle przez tą noc nie chciałam zabić jakiegokolwiek stworzenia... Położyłam się na miękkim mchu i zaczęłam wpatrywać się w pysk lisa. Kto by pomyślał, że spotkany przypadkowo samiec okaże się moją drugą połówką?
W pamięci powoli przemijały mi sceny spotkania... To jak wpadłam na niego przez przypadek, porwanie przez gremliny, ścieżka śmierci...
- Brooke...
- Tak, Ruda?
- Jak brzmi twoje prawdziwe imię? - zapytałam się, jednocześnie siadając. Przez chwilę myślałam, że lis odmówi udzielenia mi odpowiedzi, ale tak się o dziwo nie stało.
- Gallardo, rodzice tak mnie nazwali, ale... nie podobało mi się, więc zacząłem się przedstawiać bardziej powszechnym imieniem które znasz. - uśmiechnął się i zapatrzył się w stronę Księżyca.
- Mimo iż jesteśmy partnerami to nic nie wiemy o swoich przeszłościach... - powiedziałam,
ale w moim głosie nie było żadnej nutki wyrzutu.
- Wiesz, w końcu chyba się liczy tu i teraz? Ale tak naprawdę to możemy trochę
o sobie poopowiadać... - Brooke usiadł tuż obok mnie.
Zamknęłam lekko oczy oddając się wspomnieniom które jak się mi wydawało - napływały wraz
z każdym tchnieniem wiatru.
- Urodziłam się w jakieś skromnej ludzkiej szopie, w sumie to nie mam co o niej opowiadać: prosta, drewniana, ale dalej. Mój pierwszy rok życia był istną sielanką, razem z szóstką rodzeństwa uczyłam się pod okiem matki, ojciec cały czas chodził na polowania, więc nie poznałam go dokładnie... Pewnego dnia który wydawał się być normalny, usłyszeliśmy czyjeś kroki, kroki człowieka... - zacięłam się, te myśli były zbyt dramatyczne, ale lis poklepał mnie delikatnie po karku, co o dziwo dodało mi otuchy. - Zaczęliśmy uciekać... ale uciec żywym nie wszystkim było dane, tato i ponad połowa miotu została zastrzelona...
Łzy powoli skapywały mi po pysku, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać w takim momencie, zaczęłam mówić dalej, o rozdzieleniu się i o innych moich przygodach które wydarzyły się podczas mojej długiej tułaczki. Kiedy skończyłam, rzuciłam niepewne spojrzenie w stronę Brooke'a.
- Teraz moja kolej? - zapytał się i nie czekając na odpowiedź rozpoczął opowiadanie swojej historii. Oparłam o niego głowę i zamieniłam się w słuch. Powoli przed moimi oczami przewijały się obrazy: szczęśliwego dzieciństwa samca, straszliwych ludzi niszczących las...
- Człowieki to dziwne stworzenia... - mruknęłam, kiedy lis umilkł. - Chcą sobie podporządkować wszystko co istnieje...
Brooke? Druga połówko mojej postaci!
Od Brooke'a C.D opowiadania Lori
Wiosenne promienie słońca połaskotały mnie w nos. Ospale odwróciłem się w stronę ściany, ale nie przyniosło to zbytniego ratunku - snopy światłą zaatakowały w plecy. Niechętnie przeciągnąłem się i wstałem, rozglądając się na boki. Moja norka świeciła pustkami - przecież wprowadziłem tak niedawno... To akurat nie sprawiało dla mnie większych problemów, ale za to brakowało mi czegoś innego. Czego? Otóż przez trzy bite dni miałem ciągły kontakt z jedną, rudą lisicą imieniem Lori i teraz trudno było żyć bez niego. Tak, może to dziwne, ale tego kontaktu tak strasznie mi brakowało, jakbym spędził z Rudą rok. Czy w trzy dzionki można się tak zaprzyjaźnić? Najwyraźniej...
Z niesmakiem na twarzy wyszedłem na świeże powietrze. Byłem piekielnie głodny, ale ta pustka w środku piekliła jeszcze większa. Co się ze mną dzieje?
- Pójdę do niej popołudniu, a teraz... Teraz będę się zastanawiać, jak wielki był ten kamień, który mnie rąbnął - stwierdziłem sam do siebie. Im dłużej błąkałem się bez celu, pod wymówką "szukam jedzenia" po lesie, tym dziura się powiększała. Koniec końców usiadłem na jakimś kamieniu i zatopiłem się w myślach.
- Halo, co się z tobą dzieje? - z zamyślenia wyrwał mnie męski głos - Może i jesteś marzycielem, ale nawet największy nie powinien się tak zachowywać.
Zerknąłem na postać przede mną - czarny samiec przyglądał się mi ze zdziwieniem.
- Taa, ale ja mam niezwykle poważny problem - uciąłem i już miałem odejść, kiedy ten sam głos mnie zatrzymał.
- Jaki, może ci pomogę?
- To znaczy... - już miałem kolejny raz odrzec gburowato, ale lis sprawiał wrażenie godnego zaufania, może rzeczywiście pomoże? - Bo ja niedawno spotkałem taką lisicę, przeżyłem z nią niezłą przygodę, która niepodważalnie wymagała współpracy i chyba się zaprzyjaźniłem... Teraz jakby mi jej brak.
- Hmm... - na mordce Czarnego pojawił się tajemniczy uśmieszek - Wiem, co to może być. Ale tym razem nie mogę ci za bardzo pomóc, to ty musisz zadziałać.
- Ale jak?! - zawołałem zrozpaczony.
- A wiesz, co to jest miłość? - zagadkowo zapytał samiec, ale nie oczekiwał odpowiedzi, zaraz później ulotnił się. Znowu usiadłem i rozmyślałem. Czy wiem, co to jest miłość? Nigdy w nikim się nie zakochałem... Myślałem jeszcze chwilę.
Do teraz.
- Ej, czekaj, wiesz, co lubi Lori? - próbowałem się dowiedzieć, kiedy dogoniłem lisa.
- Gwiazdy. Lubi patrzyć w gwiazdy - stwierdził i znowu uciekł, widocznie jednak się śpieszył. A ja już wiedziałem, co zrobić.
***
Szedłem pewnym krokiem do norki, która miała należeć do Rudej. To znaczy chciałem, żeby sprawiał wrażenie pewnego, w istocie wszystko we mnie gotowało się z niepewności w środku. A jeśli miejsce, które wybrałem okaże się zbyt skąpe? Wydawało mi się, że skarpa ma w sobie jakiś czar, ale nie miałem właściwie nic, oprócz niej. A jeśli dotarłem za wcześnie, ale za późno?
A jeśli powie nie?
Spokojnie, Brooke, "a jeśli" ci nic nie dadzą, myślałem. Ale dawały dużo - zmartwień i niepokoju. W końcu przybyłem na miejsce, przed wejściem do małej norki. W istocie była większa i o wiele bardziej przytulna niż moja.
- O, Brooke! To znaczy... Fajnie, że przyszedłeś - lisica posłała mi przepiękny uśmiech.
- Ja... Ja chciałem, w sensie że pomyślałem, że może wybrałabyś się ze mną nad skarpę? - zachowaj, spokój, zachowaj spokój!
- Świetny pomysł - odpowiedziała Lori i dołączyła do mojego boku. Przez chwilę szliśmy w niepokojącej, nerwowej ciszy.
- Zostałaś betą, prawda? Tak w ogóle to wielkie gratulacje - spróbowałem rozładować atmosferę.
- Tak, dziękuję. Ale właściwie to nic wielkiego - odrzekła Ruda. Jeszcze przez chwilę próbowałem ukryć ciszę, ale później zrobiły to za mnie melodyjne odgłosy wieczornych ptaków i świerszczy w zaroślach. I tak przydreptaliśmy do zaplanowanego wcześniej miejsca. Było to malownicze zbocze z widokiem na równinę, piękną łąkę pokrytą wysoką trawą. Czasami w krajobrazie pojawiał się krzak, całość mimo pozornej nieatrakcyjności wydawała się taka magiczna...Ostrożnie usiadłem na skraju skarpy, uważnie przyglądając się reakcji towarzyszki. Usiadła koło mnie. Skierowałem wzrok na słońce, które tylko górnym skrajem wystawało zza horyzontu. Chyba za wcześnie dotarliśmy. Chociaż nie, nad naszymi głowami widniały już pierwsze gwiazdy. Zmieniłem słońce na Loriannę. Czy to już czas?
- Mów, śmiało!
Zamknąłem otwarte przez nieuwagę usta i z zawstydzeniem opuściłem wzrok. Ale kiedy, jeśli nie teraz?
- Bo... Bo Lori, chciałem ci coś powiedzieć... Ja... - jąkałem się. Uświadomiłem sobie naraz, że muszę klęknąć, jaki jestem nierozumny... Kiedy to zrobiłem poczułem nagły szum w głowie. No powiedz to! - krzyczały moje myśli. Nie mogłem dłużej czekać.
- Ja cię kocham, Lori. Czy zgodzisz się zostać moją drugą połówką?
Lori otworzyła usta. Jej twarz rozjaśnił się w niemym szczęściu. Ale czy odpowie? Postawiła łapę bliżej mnie. I wtedy... Wtedy się poślizgnęła. Poleciała prosto na mnie, ba - nasze mordki mocno się zbliżyły.
Czy ona tego chce? Nie powiedziała... Ale widziałem to w jej przepięknych, maślanych oczach.
I po chwili złączyły się w niebiańskim pocałunku. Płatki dzikiej róży noszone przez wiatr wirowały wokół nas, tańczyły walca i kładły się na wysokiej trawie. Świerszcze świszczały, tylko dla nas. Gwiazdy świeciły blaskiem o wiele mocniejszym, migały na nieboskłonie, żeby pokazać, jak bardzo ważna jest ta chwila. Dla nas. Bo świat teraz zatrzymał się właśnie dla nas. I my byliśmy najważniejsi. Tylko my.
Lori? ♥♥♥♥♥♥♣
Czy ona tego chce? Nie powiedziała... Ale widziałem to w jej przepięknych, maślanych oczach.
I po chwili złączyły się w niebiańskim pocałunku. Płatki dzikiej róży noszone przez wiatr wirowały wokół nas, tańczyły walca i kładły się na wysokiej trawie. Świerszcze świszczały, tylko dla nas. Gwiazdy świeciły blaskiem o wiele mocniejszym, migały na nieboskłonie, żeby pokazać, jak bardzo ważna jest ta chwila. Dla nas. Bo świat teraz zatrzymał się właśnie dla nas. I my byliśmy najważniejsi. Tylko my.
Lori? ♥♥♥♥♥♥♣
Od Lori C.D opowiadania Brooke'a
Wszystko zamarło, nawet liście na wiekowych drzewach (ach ta moja wyobraźnia...), nikt nie odważył się poruszyć choćby o niecały centymetr. Mój wzrok niespokojnie wałęsał się od zdziwionego wyrazu pyska mojego towarzysza do mordki z kamiennym wyrazem należącej do alfy stada - Chali. Zachodzące promienie Słońca nadawały tej całej sytuacji jakiś dziwny wyraz...
Ale wracając czy wspominałam już, że pewnie uznano nas za zaginionych?
- Dobry wieczór... - Brooke postanowił jakoś rozładować napięcie które było już w takim natężeniu, że aż duszno się zrobiło, ale chyba niezbyt mu się to udało. Dobrze, teraz moja kolej na próbę...
- Witam, ładny dzionek dzisiaj był? - uśmiechnęłam się, ale jestem pewna, że wyszło sztuczniej
niż myślałam. Rzuciłam kolejne spojrzenie w stronę swojego kompana, wyglądał na równie zakłopotanego jak ja, no... w sumie to był w takiej samej sytuacji, więc...
- Gdzież wy się do jasnej ciasnej szwendaliście?! My tu was szukamy, martwimy się, a tu nagle wchodzicie i jak gdyby nic mówicie "Dobry wieczór"! - Chali wybuchnęła, a my nie potrafiliśmy jakoś powstrzymać płynących z jej pyska oskarżeń.
- Ale nas nie było przez jedynie...
- Trzy bite dni!
Zamurowało nas ( kolejny raz...), przecież dzisiaj rano wpadliśmy w pułapkę, a teraz jest
dopiero wieczór... To chyba nie możliwe, by tyle czasu minęło... A co jeśli lisica miała rację?
- Ale... chodzi o to, że wpadliśmy... - zaczęłam tłumaczenie, ale Brooke dyskretnie nadepnął mi
na łapę ( jakoś udało mi się powstrzymać pisk który cisnął mi się na pysku).
- Ona postanowiła mnie oprowadzić po terenach, było tak ciekawie, że postanowiliśmy... -
lis najwyraźniej nie chciał by uznano nas za pomylonych, więc zaczął wymyślać jakąś 'wiarygodniejszą' historię, ale w najważniejszym momencie się zaciął.
- Na coś zapolować! - prawie krzyknęłam, wiedząc, że moje słowa nie pasują do wypowiedzi samca.
- I... wtedy zobaczyliśmy jelenia!...
- I zaczęliśmy za nim gonić... ale on...
- Był zdecydowanie zbyt szybki, więc trochę nam zajęło dogonienie go... - wewnątrz siebie śmiałam się do rozpuku, takie rzeczy tylko u nas! Chali patrzyła się na nas podejrzliwie, wiedziała,
że kłamiemy, ale zarzucenie nam kłamstwa nie należało do dobrych manier jakie powinna znać alfa. Mogę powiedzieć, że razem z Brooke powoli się rozkręcaliśmy.
- I wtedy porwała nas rzeka!
- Ale udało się nam uratować! - przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając to coraz bardziej dziwne i śmieszne dopełnienia. W końcu wyszło na to, że goniąc rogacza wpadliśmy do
rwącej rzeki i nie mogliśmy się wydostać, ale po jakimś czasie ludzcy rybacy nas wyłowili. Z ich rąk udało nam się uciec dopiero następnego dnia, i po takich przygodach doszliśmy do stada.
Kiedy skończyliśmy tą opowieść Chali zmrużyła lekko oczy, wciąż nie wyglądała na przekonaną.
- Dobrze... Ale następnym razem nie biegnijcie poza tereny za jakąś zwierzyną. - mruknęła próbując zakończyć ten niewygodny dla obu stron temat. W końcu jesteśmy bezpieczni...
- Lori mam dla ciebie pewną wiadomość! - kiedy już mieliśmy się rozejść, alfa odwróciła głowę,
a ja zadrżałam. Dostanę jakąś karę?
- T...Tak? - ostatnie promienie słoneczne wpadły mi w oko pod takim kątem, że nie mogłam zobaczyć wyrazu pyska Chali, a co z tym idzie - przewidzenia czy wiadomość będzie negatywna.
- Muszę ci pogratulować. W ostatnim czasie odbyły się wybory i... zostałaś betą!
Powinnam uznać za normę to, że co chwilę coś mnie zamurowuje... Bo tak się stało i tym razem.
Ze zdziwienia ( i radości) nie miałam siły nic powiedzieć.
- Zapraszam cię jutro do Legowiska Alf, odbierzesz tam papiery i polecenia!
Nim zdążyłam ochłonąć, Chali zanurzyła się w gęstwinie pobliskich krzaków. W moich myślach nasunęło się tyle pytań!
Słońce już zaszło zostawiając po sobie Gwiazdę Wieczorną, zawiał chłodny wiatr powodujący przyjemny dreszczyk na karku, owady ucichły dając możliwość pokazu dla koników polnych które już powoli zaczęły się pojawiać... Aż trudno uwierzyć, że jeszcze jakąś godzinę temu walczyliśmy
o życie na ścieżce śmierci, trudno uwierzyć, że spotkaliśmy gobliny, trudno uwierzyć, że nauczyłam się tańczyć walca...
- Brooke... Ten dzień był męczący, może położymy się spać do swoich nor? - zapytałam się,
czując jak moje mięśnie protestują na wiadomość, że będą musiały przejść jeszcze kawałek.
- Dobry pomysł...
Brookuś? <3
Ale wracając czy wspominałam już, że pewnie uznano nas za zaginionych?
- Dobry wieczór... - Brooke postanowił jakoś rozładować napięcie które było już w takim natężeniu, że aż duszno się zrobiło, ale chyba niezbyt mu się to udało. Dobrze, teraz moja kolej na próbę...
- Witam, ładny dzionek dzisiaj był? - uśmiechnęłam się, ale jestem pewna, że wyszło sztuczniej
niż myślałam. Rzuciłam kolejne spojrzenie w stronę swojego kompana, wyglądał na równie zakłopotanego jak ja, no... w sumie to był w takiej samej sytuacji, więc...
- Gdzież wy się do jasnej ciasnej szwendaliście?! My tu was szukamy, martwimy się, a tu nagle wchodzicie i jak gdyby nic mówicie "Dobry wieczór"! - Chali wybuchnęła, a my nie potrafiliśmy jakoś powstrzymać płynących z jej pyska oskarżeń.
- Ale nas nie było przez jedynie...
- Trzy bite dni!
Zamurowało nas ( kolejny raz...), przecież dzisiaj rano wpadliśmy w pułapkę, a teraz jest
dopiero wieczór... To chyba nie możliwe, by tyle czasu minęło... A co jeśli lisica miała rację?
- Ale... chodzi o to, że wpadliśmy... - zaczęłam tłumaczenie, ale Brooke dyskretnie nadepnął mi
na łapę ( jakoś udało mi się powstrzymać pisk który cisnął mi się na pysku).
- Ona postanowiła mnie oprowadzić po terenach, było tak ciekawie, że postanowiliśmy... -
lis najwyraźniej nie chciał by uznano nas za pomylonych, więc zaczął wymyślać jakąś 'wiarygodniejszą' historię, ale w najważniejszym momencie się zaciął.
- Na coś zapolować! - prawie krzyknęłam, wiedząc, że moje słowa nie pasują do wypowiedzi samca.
- I... wtedy zobaczyliśmy jelenia!...
- I zaczęliśmy za nim gonić... ale on...
- Był zdecydowanie zbyt szybki, więc trochę nam zajęło dogonienie go... - wewnątrz siebie śmiałam się do rozpuku, takie rzeczy tylko u nas! Chali patrzyła się na nas podejrzliwie, wiedziała,
że kłamiemy, ale zarzucenie nam kłamstwa nie należało do dobrych manier jakie powinna znać alfa. Mogę powiedzieć, że razem z Brooke powoli się rozkręcaliśmy.
- I wtedy porwała nas rzeka!
- Ale udało się nam uratować! - przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając to coraz bardziej dziwne i śmieszne dopełnienia. W końcu wyszło na to, że goniąc rogacza wpadliśmy do
rwącej rzeki i nie mogliśmy się wydostać, ale po jakimś czasie ludzcy rybacy nas wyłowili. Z ich rąk udało nam się uciec dopiero następnego dnia, i po takich przygodach doszliśmy do stada.
Kiedy skończyliśmy tą opowieść Chali zmrużyła lekko oczy, wciąż nie wyglądała na przekonaną.
- Dobrze... Ale następnym razem nie biegnijcie poza tereny za jakąś zwierzyną. - mruknęła próbując zakończyć ten niewygodny dla obu stron temat. W końcu jesteśmy bezpieczni...
- Lori mam dla ciebie pewną wiadomość! - kiedy już mieliśmy się rozejść, alfa odwróciła głowę,
a ja zadrżałam. Dostanę jakąś karę?
- T...Tak? - ostatnie promienie słoneczne wpadły mi w oko pod takim kątem, że nie mogłam zobaczyć wyrazu pyska Chali, a co z tym idzie - przewidzenia czy wiadomość będzie negatywna.
- Muszę ci pogratulować. W ostatnim czasie odbyły się wybory i... zostałaś betą!
Powinnam uznać za normę to, że co chwilę coś mnie zamurowuje... Bo tak się stało i tym razem.
Ze zdziwienia ( i radości) nie miałam siły nic powiedzieć.
- Zapraszam cię jutro do Legowiska Alf, odbierzesz tam papiery i polecenia!
Nim zdążyłam ochłonąć, Chali zanurzyła się w gęstwinie pobliskich krzaków. W moich myślach nasunęło się tyle pytań!
Słońce już zaszło zostawiając po sobie Gwiazdę Wieczorną, zawiał chłodny wiatr powodujący przyjemny dreszczyk na karku, owady ucichły dając możliwość pokazu dla koników polnych które już powoli zaczęły się pojawiać... Aż trudno uwierzyć, że jeszcze jakąś godzinę temu walczyliśmy
o życie na ścieżce śmierci, trudno uwierzyć, że spotkaliśmy gobliny, trudno uwierzyć, że nauczyłam się tańczyć walca...
- Brooke... Ten dzień był męczący, może położymy się spać do swoich nor? - zapytałam się,
czując jak moje mięśnie protestują na wiadomość, że będą musiały przejść jeszcze kawałek.
- Dobry pomysł...
Brookuś? <3
Od Floxii C.D opowiadania Silette
Oglądnęłam się wokoło, rozkoszując się przepięknym krajobrazem. Mimo, że czułam się niepewnie chciałam tu zostać choćby po to, żeby podziwiać naturę. Na bagnach co jakiś czas pojawiała się kępka kolorowych, nieznanych kwiatów, pachnących jak miód. Zauważyłam, że im dalej szłam, tym skupisk pęków było więcej. Omamiona brnęłam jeszcze i jeszcze, za mną podążała Silette w podobnym stanie, co ja. W końcu oddaliłyśmy się od bagien i wylądowałyśmy na przecudownej polanie, z tą tylko różnicą, że zamiast trawy otaczały nas naręcza kwiatów różnego rodzaju. Wszystkie zapachy kręciły mi się w nosie, tylko obracałam się i nasycałam wzrok. Nagle moje patrzałki ujrzały jeden, malutki skrawek odsłoniętej, gołej ziemi. Nawet zielsko wszędzie-rosnące oszczędziło ten kącik. Na siedlisko wybrało go sobie coś innego, dziwnego, kuszącego. Podeszłam bliżej. Grzyb? Na to wyglądało, chociaż na kapeluszu miał wzory, jakich świat nie widział. Nie wszystkie grzyby są trujące... Podobno jest całkiem sporo takich, które i lisy mogą jeść, o ile wcześniej dobrze je przygotują! Jeden kęs nie zaszkodzi - bałamucił mnie w głowie głos. Moje zamiary wyprzedziła natomiast towarzyszka, dopiero teraz zauważyłam, że stałą koło mnie. Ja też spróbowałam skrawka kapelusza. O ile na początku poczułam się cudownie, to smakowało niebiańsko, to później zaczęło mi się kręcić w głowie, i to już nie od kwiatków. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, a później była tylko ciemność.
Sil? Grzybki halucynki, tajemnicze ziółka, co się z nami stanie?
Sil? Grzybki halucynki, tajemnicze ziółka, co się z nami stanie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

