niedziela, 2 kwietnia 2017

Od Lori - WB #5

Otworzyłam leniwie oczy i rozciągając się wyszłam powoli z prowizorycznej norki. Tego dnia wyjątkowo się źle czułam - pewnie moja wczorajsza kolacja przyprawiła mnie o jakąś chorobę czy coś w tym stylu.
- No cóż, nic nie poradzisz... - mruknęłam do siebie cicho i ruszyłam w poszukiwaniu jakiegoś wodopoju. Niestety okazało się, że w parku nie było żadnego jeziorka lub chociaż oczka wodnego, ale w sumie i tak miałam się jeszcze tamtego dnia stamtąd wynieść. 
***
Powoli ogromne biurowce zaczęły ustępować miejsca coraz to mniejszym blokom, by w końcu w okolicy widoczne były tylko domki jednorodzinne. Byłam już wybitnie zmęczona całą moją podróżą - nogi nie miały już siły nieść ciężaru, którym było moje ciało, głowa mnie okropnie bolała, w brzuchu mi burczało, czułam pragnienie, po prostu chodzące nieszczęście. W moim umyśle toczyła się zażarta walka - poddać się czy nie. Jednak w końcu zobaczyłam w oddali piękną i soczystą zieleń lasu, zaczęłam się upajać tym widokiem, bo on dodawał mi sił i nadziei. Przyśpieszyłam tempa. Wyobraziłam sobie jak gdzieś w tym pięknym zbiorowisku roślin biegają zające, jelenie, sarny i wszystkie inne stworzenia które tak jak lisy mają potrzebę życia w lesie...
Im bardziej się przybliżałam do ściany zieleni, tym bardziej odczuwałam potrzebę oddychania świeżym leśnym powietrzem, więc praktycznie tam biegłam i nic nie mogło mnie przed tym powstrzymać... Nagle zatrzymałam się tuż przed brzegiem... jeziora. Nie wiem jak mogłam go wcześniej nie zauważyć, ale nie powinnam narzekać - napoiłam się przy wodopoju i wskoczyłam do wody z zamiarem przepłynięcia zbiornika. Mimo mojego wcześniejszego zmęczenia czułam wyjątkową przyjemność z aktywności którą teraz wykonywałam, słyszałam jak z pomiędzy drzew wydobywa się melodyjny śpiew ptaków i z zachwytem patrzyłam jak zieleń odbija się w tafli wody jak w jakimś ogromnym lustrze. Ogólnie takie sytuacje są u mnie zwykle poświęcane na długie kontemplacje o życiu, celu istnienia i innych podobnych głupotach którymi się interesuję. Pewnie i tym razem by tak byłoby, gdyby nie mały punkcik na odległym horyzoncie który wydawał się do mnie przybliżać.
- Czy to nie jest przypadkiem Jarvis? - zapytałam siebie cicho wpatrując się w horyzont. Po chwili niewyraźna plama zaczęła nabierać kształtu i moim oczom ukazał się znany ptak.
- Tutaj jestem! - zaczęłam krzyczeć w stronę odnalezionego towarzysza, na co on zniżył lot i mogłam już dokładnie go zobaczyć - wyglądał na wyjątkowego wycieńczonego i w jednym miejscu miał ślad po jakiś pazurach. - Co ci się stało?! - zapytałam wystraszona widząc jego stan, na co on jedynie wskazał głową drugi brzeg jeziora.
Po chwili stałam już pewnie na piaszyczystym brzegu, wpatrując się w przewodnika oczekując jakiś znaków które wytłumaczyłyby mi co się stało, lecz Jarvis chyba nie za bardzo był w humorze - machnął strzydłem jakby odganiając zadane pytania. Przez chwilę staliśmy w ciszy, którą przerwało... burczenie w moim brzuchu. Mój towarzysz chyba już tam kiedyś był bo bez zastanowienia wskazał na pobliski krzak, gdy go obejrzałam dokładniej odkryłam, że po drugiej stronie był gęsto pokryty owocami. Co znaczyło zaspokojenie głodu, tak też się stało. 
***
Szłam w milczeniu pomiędzy łanami zboża, czułam się tak jakbym już kiedyś widziała to miejsce i powracałam do niego po latach. 
- Jarvis... a czy w ogóle wiesz gdzie mnie prowadzisz? - zapytałam się, na co on skinął twierdząco głową. - To gdzie? - miałam nadzieje na uzyskanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie, ale mój kochany towarzysz je zignorował. Nie polepszyło mi to zbyt humoru, ale cóż poradzić? Nie da się nikogo zmusić.
Nagle Jarvis błyskawicznie skręcił w lewo, przyśpieszając lot. To nie był dobry omen... Ruszyłam biegiem za nim, do dziś nie wiem co to było...
- Co się dzieje?! -krzyczałam spanikowana odwracając głowę, coś tam się ruszało... coś wyjątkowo dużego. Skupiłam wszystkie siły jakie miałam by móc uciec od tego niebezpiecznego stworzenia, co za skutkowało przegonieniem Jarvisa. Czułam jak teren powoli zaczyna się podnosić, a bieg pod górę nie jest zbyt dobry dla kogoś uciekającego. Gdy już byłam na szczycie wzgórza zobaczyłam przed sobą zarys małej ludzkiej wsi, zwykle oczywiście bym skręciła, ale dźwięk zbliżającego się wroga wydawał się straszniejszy niż możliwość spotkania człowieka.

Od Dreamcathera C.D Opowiadania Rity

Litery były nie zrozumiałe więc nie potrafiłem ich przeczytać. Nie było tu też bardzo jasno.
-Chodźmy-warknąłem cicho
Rita kichnęła od tych wszystkich zapachów i ruszyła za mną po schodach. Widać tu było lisy które były zrobione z lodu. Przełknąłem ślinę i zacząłem wspinać się na strome schody. Kiedy weszliśmy na szczyt zauważyłem że dwa lisy które znajdowały się na górze są podobne do alf,,obok nich są Silette i Milo, A jeszcze obok R i Freia i Alegoria.
-Wyglądają tak realistycznie - mruknęła Rita
-Tak - odpowiedziałem
Lisy rzeczywiście były podobne do tych ze sfory. Miały takie podobne pozy... Kiedy je oglądaliśmy naszyjniki znowu zaczęły lśnić. Nagle figury także zalśniły.
-Może te naszyjniki należały kiedyś do tych lisów?-zapytałem bardziej siebie
Rita wzruszyła ramionami. Spuściłem wzrok.
Rita?Sorry za nie odpisywanie

Od Lori CD opowiadania Floxii

Osobnik podszedł do nas i swoim zwyczajem złapał mnie za kark, spróbowałam jakoś go ugryźć by mnie puścił - co może za skutkowałoby wolnością, lecz niestety treser musiał mieć jakieś doświadczenie i pewnym ruchem położył swoją rękę przy mojej szyi unieruchamiając mnie . Taki stan trwał jedynie przez krótką chwilę, ponieważ zaraz zostałam włożona do przenośnej klatki, to samo stało się później z Flox. Po chwili Armando odwrócił się i wszedł na jakiś schodek znajdujący się w rogu pokoju i co dziwne, ale w tym momencie wszystkie zwierzęta zaczęły się wpatrywać w wysoką postać tresera, a nastała przy tym taka cisza, że jedyne co słyszałam to oddechy wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu stworzeń.
- Moi drodzy przyjaciele - zaczął, a ja poczułam do tego człowieka jeszcze większy wstręt, gdy usłyszałam słowo 'przyjaciele'. - do głównego występu zostały jeszcze tylko trzy tygodnie... A wśród nas są jeszcze tacy co nawet nie byli jeszcze na żadnej próbie... - poczułam jak ostre spojrzenia wbijają mi się w ciało. - Lecz niezrażeni tym będziemy dążyć do perfekcji, zero błędów będzie znaczyć dla nas wszystkich sławę i uznanie. - już myślałam, że skończył gdy nagle znów nabrał powietrza i krzyknął.
- Wszyscy na arenę!
Oczywiście żadne zwierzę nie miało otwartej klatki, więc powiedzenie tych słów nie miało sensu. W sumie to nic tu nie miało sensu... Czułam głód, pragnienie zwilżenia palącego gardła chłodną wodą, marzyłam o zdjęciu wżynającej się w ciało obroży i o utraconej wolności.
- Na Sun najwyższą... - mruknęłam cicho do siebie, ale to nie umknęło uwadze mojej towarzyszce.
- I na jej brata Moona... - szepnęła i poczułam jak wraca mi dobry humor.
- Czy zauważyłaś Hijo de la Luna, że według tych cyrkowych imion jesteśmy dziećmi bogów? - zaśmiałam się lekko.
- W sumie... - zobaczyłam blady uśmiech na pysku Flox.
W tym czasie treser zaczął podchodzić do różnych klatek i zagród otwierając je, a zwierzęta zamiast uciekać... przechodziły z gracją przez drzwi prowadzące na arenę, oczywiście jedynym wyjątkiem byłyśmy my - gdy z pomieszczenia wyszły już wszystkie stworzenia treser złapał za rączkę klatki i szybko przeniósł do sąsiedniego pomieszczenia, ale tym razem nie położył jej na sam środek, a jedynie w jakiś ciemny kąt.
- Teraz popatrzycie sobie jak wyglądają wasi ładnie wychowani bracia. - rzekł i potruchtał w stronę zwierząt.
- Tygrys jest? - nie wiadomo skąd Armando wyciągnął jakąś listę i coś na niej zaznaczał, a wyczytane zwierzęta odpowiadały. - Konie, psy, świnie, kozy, kucyk, kury, papuga, lew, reszta też jest? Tak? A więc zaczynamy!
Przez dłuższą chwilę nie mogłam oderwać wzroku od pokazu klęski silnej woli zwierząt, bowiem robiły one rzeczy tak niedorzeczne jak przeskakiwanie różnego rodzaju przedmiotów i robieniu różnego rodzaju sztuczek, przy dźwiękach trzaskania bata i krzykach tresera, raz czy dwa zobaczyłam jak po wykonaniu jakiejś sztuczki zwierze podchodzi do niego i dostaje jakiś mały przedmiot do jedzenia. Jak mi zaburczało w brzuchu na ten widok! Lecz byłam pewna, że i tak za nic bym nie zjadła czegoś co podawał ten człowiek. O dziwo zobaczyłam nawet jak treser raz przez przypadek ( albo może specjalnie?) nadepnął lewowi na ogon i... nic się nie stało! Wielki kot nawet nie zaryczał, nic, zero reakcji!
- To się robi chore... - powiedziałam zaniepokojona do przyjaciółki.
- Też tak mi się wydaje, co się z nimi działo, że są tak uległe! One nie mają za grosz ducha walki! - Spojrzałyśmy się na siebie zdenerwowane, bo co mogło się przyczynić do tak nienaturalnego zachowania, zwierzęta w tym cyrku były jak jakieś roboty czy jak to ludzie to nazwali.
- Boję się... - szepnęłam patrząc jak tygrys przeskakuje przez obręcz.
Nagle wszystko ustało, zwierzęta zatrzymały się w bezruchu wpatrując się człowieka, a on... patrzył się na nas,
- Teraz zobaczymy co wy umiecie.

Flox?

sobota, 1 kwietnia 2017

Od Silette

Weszłam do klasy i usadziłam liski. Dzisiaj miałam pierwszy dzień nauki z nimi.
-Już cisza,popracujemy trochę.-powiedziałam z uśmiechem
W klasie zapadła cisza i zaczęłam tłumaczyć.
-Sami może pokażesz jak zapolować?-zaproponowałam
Kiwnęła łepkiem i pokazała.
-Brawo.-powiedziałam
Po kolei prosiłam i pokazywałam i w końcu wyszliśmy. Zaplanowałam walkę z Nox'em. Nie agresywnie próbował atakować uczniów. Bardzo pomagał. Kiedy pierwsza lekcja się skończyła poszłam do pokoju nauczycielskiego i poznałam wszystkich innych nauczycieli. R był nauczycielem przetrwania a Lori myślistwa. Było bardzo miło uczyć kogoś swoimi umiejętnościami.

R. awansuje!

R. awansuje na stanowisko dowódcy wojsk!


Od R. - Sprawa wyższej wagi

Wziąłem głęboki oddech. Tak, to była przemyślana decyzja, a przede wszystkim była moja. Nikt nie próbował mnie na nią ukierunkować, po prostu wiedziałem, że tego chcę. Moje stanowisko mi już nie wystarczało. Nie chciałem być zwykłym wojownikiem. Chciałem być dowódcą wojsk, jak mój ojciec. Może byłby ze mnie dumny? Tego się nigdy nie dowiem. Chociaż... gdzieś tam mi świtało, że jednak mógłby być dumny. W każdym razie, ja bym był. Może teraz, gdzieś tam, ojciec mnie obserwuje? Zganiłem siebie za to. Takie bajeczki są dobre dla szczeniąt - nie dla przyszłego dowódcy wojsk. Raz kozie śmierć. Czas zapukać do drzwi alfy.
Uhh, mimo wszystko trochę się bałem. Co, jeśli im w czymś przeszkodzę? Nie chciałem być natrętny. W końcu jednak się odważyłem i ostrożnie zapukałem. Cisza. Zapukałem jeszcze raz, a wtedy otworzyła mi zaspana lisica.
- A, to ty, R. - zagadnęła przyjaźnie. Mimo snu, nadal wyglądała na zmęczoną. - Czego potrzebujesz?
- Alfo. - skłoniłem się, nisko opuszczając głowę. Co ja mam u licha powiedzieć? - Chciałbym... chciałbym zostać dowódcą wojsk.
Zamilkłem. Bogowie, jak strasznie się wtedy stresowałem. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Że alfa mnie wypędzi? Wyśmieje? Obie opcje są prawdopodobne. Nie odważyłem się podnieść wzroku. Mogłaby to uznać za obrazę... W każdym razie, byłem cholernie ostrożny. Ze zniecierpliwieniem wyczekiwałem od lisicy jakiegokolwiek sygnału, że zezwala na to. Nadzieja matką głupich. Nadzieja umiera ostatnia. Ehh... No nieważne. Trzeba czekać...
- Dobrze. - odparła ostrożnie. Nie mogłem uwierzyć w jej słowa. Zgodziła się! Zgodziła się, zgodziła się, zgodziła się! Bogowie! - Zanim jednak przyznam ci to zaszczytne stanowisko, musisz podołać pewnemu wyzwaniu. - Mój entuzjazm nieco przygasł, jednak i tak byłem szczęśliwy, że w ogóle zgodziła się na coś takiego. Ciekawe, co to za zadanie. - Więc wyślę cię do mojego przyjaciela, Nerona. Między jego stadem, a stadem innych lisów toczy się walka. Niedługo będzie ostateczne starcie. Proszę, abyś został dowódcą jego wojsk. Szybko rozpoznasz Nerona, ma odgryzione ucho. W każdym razie, to jakieś pół dnia drogi stąd. Powiedz, kto cię wysyła. Jeśli ci się uda, zostaniesz bohaterem. Jeśli nie... - Tutaj na jej pysku pojawił się grymas. - Zostaniesz przeklęty i wypędzony z tych terenów, a bogowie cię opuszczą.
Uuh. Niezbyt fajna perspektywa. Już wolę zostać tym bohaterem. Pamiętam, że każdy szczeniak z mojego otoczenia chciał być kimś wielkim. Każdy, oprócz mnie. Ja chciałem jedynie spokoju. W ogóle byłem jakimś takim niezbyt fajnym dzieckiem. Do nikogo się nie odzywałem, wolałem własne towarzystwo.
- Czy przyjmujesz wyzwanie? - dobiegł do mnie głos alfy.
- Tak. - Przyjąłem wyzwanie. Już nie ma odwrotu. Ja, Remus, przyjmuję to wyzwanie i obiecuję chronić ziem Nerona.
Dopiero teraz odważyłem się podnieść wzrok.
- Wyruszaj. Powodzenia. - powiedziała alfa.
- Dziękuję. - powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Muszę zwyciężyć tę walkę.
***
Łapy zaczęły mnie boleć od wędrówki, ale nie mogłem się zatrzymać. Potrzebują mnie, a ja potrzebuję tego stanowiska. To będzie doskonała rozgrzewka. Zapachy mojej sfory już dawno znikły, ustąpiły innym, ostrym woniom, tak nieznajomym. Szczerze mówiąc, czułem się przez to trochę, a nawet bardzo, nieswojo. Co mnie tam czeka? Śmierć? Chwała? A może jedno i drugie? Zaśmiałem się ponuro. Nie chcę umierać. Nikt nie chce.
***
W końcu po kilku godzinach drogi poczułem zapach innych lisów. Zmęczenie przepadło jak łapą odjął! Potruchtałem w tamtą stronę. Bogowie, mam nadzieję, że to te lisy, którym miałem pomóc - a nie ich wrogowie...  Ale do rzeczy. Neron. Szukać Nerona. Rudzielec z odgryzionym uchem, o ile wszystko dobrze zapamiętałem. Przed oczami zaczęły mi się majaczyć ich futra. Lisy były najróżniejsze, ale najwięcej było tych rudych. Oh, i jak ja mam go teraz znaleźć?!
Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem że lisy były poddenerwowane i chodziły z kąta w kąt, jakby nie mogły się zdecydować. No tak, wojna... W końcu z tego tłumu wyjrzał lis, który mnie interesował. Jeju, był o wiele starszy, niż myślałem. No i rzeczywiście nie miał ucha.
- Alfo. - Podszedłem na tyle, żeby mógł mnie zauważyć. - Witaj, alfo. Przybywam ze sfory Chalize. Poprosiła mnie, abym dowodził twoimi wojskami w czasie starcia.
Samiec popatrzył na mnie; był zmęczony i to było widać.
- Witaj, wojowniku. - przywitał mnie uprzejmie. - Chalize.. tak, przyjaźnimy się. Zaufam ci. Poprowadź starcie. Jako dowódca wojsk, będziesz walczył tylko w ostateczności. Zajmij się dobrze moimi lisami. Jeśli polegnie wiele z nich... zgładzę cię.
- Dobrze. - odpowiedziałem, wbijając wzrok w ziemię. - Uchronię twoje ziemie i stado.
Lis uśmiechnął się lekko, a następnie machnął łapą. Moja wizyta się skończyła.
Następnego dnia powitano mnie sporym kawałkiem mięsa jelenia. Mój ostatni posiłek? To całkiem miłe, że ktoś o mnie pomyślał.
Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie miała trwać walka. Nie powiem, okrutnie się stresowałem. Plus stresu dodawało to, że nie musieliśmy czekać długo na przeciwników. Przybyli punktualnie.
- W porządku. - Moje słowa skierowałem do lisów, które stały przede mną. Przestraszone. Zestresowane. - Zwycięstwo leży dzisiaj po naszej stronie! Nie martwcie się, ci przeciwnicy to nic. Jesteście w stanie ich pokonać bez większego wysiłku. - Teraz zniżyłem głos. - Na początku musimy przegonić ich na nasze tereny. Wiecie, jak to zrobić, prawda? Nękajcie, kąsajcie, uprzykrzajcie życie. Sami uciekną. Potem, gdy już tego dokonacie, będziecie walczyć na swoim terenie. Musicie ich zagonić w pułapkę. Zdezorientować. Tacy zdezorientowani i smutni nie będą już zagrożeniem.
Lisy wyglądały na zdeterminowane. Została jeszcze tylko jedna rzecz... Ofiara. Uniosłem swoją łapę i wbiłem kawałek głogu w poduszkę, aby poleciała z niej krew. Jako ofiara dla wszelkich bóstw.
- Do boju! - zawołałem, a lisy w mgnieniu oka rozpierzchły się wokół stada wroga.
***
Zachowywali się naprawdę dobrze. Wykonywali wszystkie moje instrukcje, od nękania wroga po atakowania go na ich terenie. Nie chcę opisywać walk. To piekło. Najważniejsze jest to, że nie poległ żaden "nasz" lis, a także lis wroga. Nie lubiłem takiego bezsensownego przelewania krwi. Po kilku godzinach było już po wszystkim. Mogłem wrócić do stada.
***
- Remusie. - Neron podszedł do mnie. - Spisałeś się doskonale. Dziękuję za uratowanie mojego stada.
- To obowiązek. - odparłem spokojnie. - Czy mogę już wracać?
- Oczywiście. - Pozdrowił mnie gestem.
W końcu do domu.
***
Po przybyciu do stada udałem się prosto do Legowiska Alf, aby przekazać wieść o zwycięstwie Nerona. Nie było to łatwe ze względu na łapę, która strasznie piekła przy postawieniu jej na ziemi. Naprawdę, okropnie. W końcu jednak udało mi się dobrnąć do mieszkania. Spełniłem swoją powinność.

Od Nabirie do Floxii

Przywarowałem na trawie, obserwując zająca siedzącego kilka metrów dalej. Tak bardzo chciałbym nauczyć się polować. W końcu mam już cztery miesiące, a w tym wieku powinienem rozpocząć naukę. Ciekawe kiedy moja mama nauczyła się polować? No i kto ją tego nauczył?
Po chwili ze stanu zamyślenia, wyrwał mnie fakt, iż szarak zaczął powoli się przemieszczać, toteż ruszyłem jego tropem. Powoli, bezszelestnie zakradałem się coraz bliżej. Już prawie go złapałem, aż tu nagle... Zza wysokiej trawy, wyłonił się czarno-rudy, smukły, lisi pysk. Zaskoczony odskoczyłem w bok. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się że spotkam tu kogoś z Naszej sfory.
-Dzień dobry...-lisica promiennie się uśmiechnęła-Jesteś z Naszego stada?
-Tak...
-Co tu robisz sam? Gdzie Twoi rodzice?
-Ja mam tylko mamę...-odparłem nieco spłoszony-Jestem Nabirie...
 -Mam na imię Floxia... A gdzie Twoja mama?
-Została w domu z resztą rodzeństwa, a ja poszedłem na polowanie.
-Na polowanie?-spytała lisica nieco zaskoczona-Nie jesteś na to za młody?
Floxia?

Od Chalize CD opowiadania Ace

Spojrzałam zdezorientowana na mojego partnera. Uciec? Ale jak? Nie znamy tego miejsca, korytarzy... Zapewne dopadną nas zanim w ogóle skojarzymy, gdzie jest wyjście. Ehh.. ale ze mnie pesymistka. No nieważne.
- Ace? - zapytałam szeptem, rozglądając się po celi. - W którą stronę teraz...?
- Na początku do wyjścia. Potem do sfory. Potem po Lizzie... - na jego pysk wstąpił złośliwy uśmieszek. - Albo nie, nie po Lizzie. Potem do legowiska...
- Ace! - zaśmiałam się cicho, lecz potem przeszłam w surowszy ton. - Mówię teraz. Znasz trasę?
Lis zamyślił się. No tak.. niby jak miał pamiętać całą trasę. Trochę już tu jesteśmy. Mógł zapomnieć. Gdzieś w głębi serca żywiłam nadzieję, że jednak pamięta cokolwiek, naprawdę cokolwiek. Bo jeśli nie, pierwsze lepsze rozgałęzienie może nas zgubić.
- Dobra, wychodzimy. - zdecydował, po czym zdecydowanym ruchem pociągnął mnie za sobą.
Stawialiśmy kroki bardzo ostrożnie, byleby nie narobić hałasu. Cały czas nasłuchiwałam wszelkich niepokojących odgłosów, takich jak na przykład kroki czy krzyki. Nic. Cisza. Strażnicy widocznie byli teraz w okolicach tunelu i czekali, aż wpadniemy im w łapy. Ha! Niedoczekanie. Jeśli cały plan się powiedzie, nie doczekają się tego nigdy.
Nagle stanęliśmy na rozgałęzieniu.
- Gdzie teraz? - szepnęłam gorączkowo. - Prawo, lewo? - Uh, sama nie pamiętałam, którędy szliśmy.
- Lewo. - odparł pewnie.
Położyłam po sobie uszy i skręciłam w tamtą stronę, jednak coś mi nie pasowało. Tak... Coś mi wybitnie nie pasowało. Czułam przejmujący niepokój, jakby zaraz miało stać się coś złego. I stało się. Kiedy końcówki naszych ogonów znikły w rozwidleniu, cały lewy tunel wypełniło światło. Było tak jasne, że aż pociekły mi łzy. Chcieliśmy zawracać, ale... tunel się zawalił. Byliśmy uwięzieni!
- Chazli? - Ace był tak samo zdezorientowany i zdenerwowany jak ja. - Chazli, jesteś tu?
- Jestem... - Lekko otarłam się o jego bark. - Co teraz?
- Nie mamy wyjścia. - Hałaśliwie przełknął ślinę. - Idziemy do przodu.
***
Z każdym kolejnym krokiem coraz wyraźniej czułam zapach róży i coraz jaśniej się robiło. W końcu stanęliśmy w... komnacie? Zapach róży był naprawdę wyraźny, a do tego było bardzo ciepło. Po środku komnaty siedziała lisica. Nie byle jaka, bo wielkości boga. Kiedy odwróciła pysk w naszą stronę, aż krzyknęłam. Wyglądała tak samo jak moja matka przed nabawieniem się wszystkich blizn i odleżyn.

Ace?

Od Bjorna cd opowiadania Lizzie

Uśmiechnąłem się promiennie do lisiczki.
-Może pójdziemy nad rzekę?-zagadnąłem po chwili-Często tam chodzę z mamą i rodzeństwem.
Lizzie przez moment zdawała się wahać.
-A nie zabłądzimy?
-No coś Ty! Znam drogę na pamięć...-uspokoiłem przyjaciółkę-To co? Idziemy?
-No dobra...
Pobiegliśmy przez las. Czułem wiatr delikatnie muskający moją sierść. Zerknąwszy na Lizzie, dostrzegłem jasne promienie słońca, oświetlające jej rude, lśniące futerko.
***
-Jesteśmy na miejscu.-stwierdziłem gdy dotarliśmy do brzegu rzeki.
-Ale tu ładnie...-Lizzie z zachwytem rozejrzała się wokół.
-Zawsze tu przychodzę kiedy mam gorszy dzień, z kimś się pokłócę, albo po prostu żeby poprawić sobie humor.
-Ale duże drzewo...-powiedziała lisiczka, podchodząc do rozrośniętego pnia.
-To magnolia. Tak mówiła mi mama. Prawdopodobnie w tym roku także zakwitnie...
Przycupnęliśmy w cieniu drzewa.
Lizzie?

Od Morgenstern cd opowiadania Sami

Lekcja szybko zleciała. Gdy czas nauki dobiegł końca ja i Sami udałyśmy się na krótki spacer. Na dworze zrobiło bardzo ciepło, toteż nieco się zmęczyłyśmy po kilku susach.
-Słyszysz to?-podniosłam głowę czujnie nastawiając uszu.
-Ale co?
-Ten... Dźwięk...
-Nic nie słyszę. Ale, zaraz poczekaj...-Sami rozejrzała się-To tylko kosy.
-Ładnie śpiewają prawda? Obok Naszej nory, na pobliskim drzewie znajdują się aż dwa gniazda tych ptaków. Często obserwuję jak rodzice przynoszą im pokarm. Może pójdziemy je zobaczyć.
Nim Sami zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, znów usłyszałyśmy coś dziwnego. Tym razem nie było to radosne świergotanie ptaków. Niespodziewanie coś dużego i kudłatego, przemknęło niemal bezszelestnie wśród ciemnych, kolczastych krzewów.
-Co to było?-moja towarzyszka zrobiła krok w tył.
-Spokojnie, to na pewno tylko lis...-uspokoiłam przyjaciółkę, starając się nie pokazywać po sobie emocji.
W rzeczywistości byłam tak samo przestraszona jak ona, a może nawet bardziej... Tak czy siak, nie było już drogi powrotu. Trzeba zmierzyć się ze swymi lękami.
-Co robimy? Może lepiej stąd chodźmy...-Sami powoli zaczęła się wycofywać.
Zatrzymałam lisiczkę.
-Nie, nawet nie wiemy co to jest. Może to lis z naszego stada?
-Nie wydaje mi się...
-Czemu?
-Odwróć się...
Nagle moim oczom ukazał się wielki, kudłaty pysk, o skośnych, ciemnych ślepiach. Ze strachu odebrało Nam mowę. Przez moment wszyscy staliśmy w bezruchu. W końcu lis przemówił cichym, tajemniczym głosem.
-Co Wy tu robicie?
-My... Wyszłyśmy na spacer...-wyjąkała Sami z trudem łapiąc oddech.
Zarówno mnie jak i niej serce waliło jak szalone.
-Na spacer powiadacie, hm... A gdzie Wasze stado? Nie macie żadnej rodziny? Tutaj nie jest zbyt bezpiecznie...-stwierdził lis nie odrywając od Nas wzroku.
-Ja, jestem... Morgenstern, a to Sami...-odparłam drżącym głosem.
-Mam na imię Nox. Boicie się mnie?
Nastała chwila ciszy, budująca napięcie. Odpowiedź była przecież oczywista.
Sami?